Dziś zatrzymamy się przy nieco prozaicznej czynności, na którą zwracamy uwagę głównie ze względów bezpieczeństwa, a jednak może ona zwiastować nieco więcej…
Czerwona pręga
Klamra puszcza z suchym kliknięciem, pewnie nawet nie każdy z nas zwraca na to szczególną uwagę. Kask schodzi przez głowę z oporem, jakby nie chciał jeszcze oddać tego, co ma w środku, co samo w sobie jest dobrym świadectwem prawidłowo dobranego garnka. W lustrze, w przedpokoju pojawia się twarz: czerwona pręga na czole od krawędzi wyściółki, włosy ułożone w kształt, którego nie zaprojektowaliby nawet Wierzbicki razem do kupy ze Schmidtem. I oczy. Oczy są najgorsze, bo dalej skanują. Szukają kałuży, albo oleju na środku pasa, ciężarówki, która za moment zmieni zdanie czy piasku na wyjściu z zakrętu. W tym samym momencie z kuchni pada pytanie: „Kupiłeś chleb?”. Przez ułamek sekundy nie wiadomo, kto ma na nie odpowiedzieć.
Przedpokój zmienia fazy
Przedpokój to najbardziej niedoceniane pomieszczenie w domu motocyklisty. Urządza się go z myślą o butach i wieszaku, a tymczasem właśnie tu odbywa się coś, co Arnold van Gennep nazwałby fazą liminalną: zawieszenie między tym, kim się przed chwilą było, a tym, kim trzeba zaraz być. Już nie jeździec, jeszcze nie mąż. Ktoś pomiędzy, z kaskiem pod pachą i rękawicami rzuconymi na komodę.
Nieco inaczej podeszli do tego tematu Blake Ashforth, Glen Kreiner i Mel Fugate (2000) nazwali takie codzienne przeskoki mikroprzejściami między rolami. Zauważyli, że im bardziej dwie role się od siebie różnią, tym trudniej przejść z jednej do drugiej i tym bardziej potrzebny jest do tego rytuał. Mało które dwie role leżą od siebie dalej niż ta, w której przez trzy godziny przewiduje się cudze błędy, i ta, w której trzeba ocenić, czy zupa była „dobra, ale trochę za słona”.
Rola motocyklisty
Ciekawiej robi się wtedy, gdy rytuał nie wystarcza. Ralph Turner opisał w 1978 roku zjawisko zlania się roli z osobą (role-person merger). Wymienił trzy jego objawy. Pierwszy: roli nie da się zamknąć w miejscu, do którego należy. Drugi: trzymamy się jej nawet wtedy, gdy inna byłaby korzystniejsza. Trzeci: przejmujemy nie tylko zachowania, ale i postawy, które do niej pasują. Mówiąc językiem przedpokoju: niektóre role nosi się jak ubranie, a inne jak skórę.
Motocyklowa brać zna wszystkie trzy objawy, nawet jeśli nigdy nie słyszała o Turnerze. Pierwszy widać za kierownicą rodzinnego kombi, kiedy wzrok sam szuka linii przejazdu, a pobocze ocenia się pod kątem żwiru. Drugi przychodzi w listopadzie, kiedy rozsądek mówi „sezon skończony”, a ręka i tak sięga po kluczyk. Trzeci jest najcichszy: czujność, która na drodze ratuje życie, w domu zaczyna wyglądać jak nieufność. Kto przez pół dnia zakładał, że każdy wokół zaraz zrobi coś głupiego, ten nie przestawi się w trzy sekundy tylko dlatego, że zdjął kask. – Tu pojawia się pytanie na marginesie – Czy motocykliści nie są przypadkiem dzięki temu bezpieczniejszymi kierowcami puszek? Tu chyba każdy powinien zastanowić się sam.
Metafora w szafie motocyklisty
Do tego dochodzi problem czysto językowy. Nasze motocyklowi ubranie nazywamy często skórą, więc metafora, która innym służy do opisu, nam wisi w szafie. W kwestii eufemizmu, bo tylko to przychodzi mi do głowy, powinien wypowiedzieć się przynajmniej językoznawca albo neurolingwistyk – niestety nie jestem żadnym z nich.
Domownicy nie widzą ani van Gennepa, ani Turnera. Widzą kogoś, kto wszedł do domu, ale jeszcze nie wrócił. Odpowiada półsłówkami, patrzy w okno, jakby sprawdzał jutrzejszą pogodę, a pytanie o chleb słyszy z opóźnieniem, jak przez interkom. Dla nich to nie faza liminalna, tylko nieobecność. Lustro w przedpokoju jako jedyne widzi całe przejście, od twarzy z drogi do twarzy przy stole. Reszta domu dostaje tylko wynik, i to czasem niedokończony.
Kurtkę można powiesić w przedpokoju. Skóry nie ma na czym.
