Zmiany w przepisach, drakońskie kary pieniężne, większa liczba punktów karnych przyznawanych na dłuższy czas, zabieranie praw jazdy przy każdej nadarzającej się okazji – tak władza walczy z kierowcami, oficjalnie zmuszając ich do przepisowej jazdy, nieoficjalnie czerpiąc zyski z ich karania. Oto dlaczego, moim skromnym zdaniem, ta chora karuzela nigdy się nie zatrzyma…
Jeżeli jesteś posiadaczem pojazdu, to znaczy, że jesteś bogaty. To znaczy, że stać cię na kurs na prawo jazdy, jazdy doszkalające, kilka egzaminów, kupno auta czy motocykla, opłaty rejestracyjne, podatek PCC-3, coroczny przegląd w stacji diagnostycznej, obowiązkowe ubezpieczenie OC (a być może nawet AC!), serwis mechaniczny z wymianą elementów eksploatacyjnych, doraźne naprawy lub prewencyjne wymiany zużywających się elementów, tankowanie (!), opłaty za przejazdy drogami płatnymi, parkomaty, wynajem garażu lub miejsca parkingowego w miejscu zamieszkania, a nawet jeśli masz takowe na własność, to miesięczne opłaty za nie… Dużo tego. Oczywiście w przypadku motocykla dochodzą jeszcze wydatki na akcesoria, ubiór, w tym wymagany przez prawo kask. Jeśli masz swój pojazd, to znaczy, że masz pieniądze. A jeśli masz pieniądze, to powinieneś się nimi dzielić, bo to co wymieniłem, to jest jeszcze mało, zatem…
Mandaty!
No właśnie – kij, czyli mandaty. Bo przecież nie ma możliwości, żeby jak w Holandii, ktoś wpadł u nas na pomysł, by zamiast kija była marchewka. Maksymalna kwota mandatów stała przez lata w miejscu i wynosiła 500 zł. Mało? Fakt, niezbyt dużo. Rządzący postanowili więc podnieść tę karę, aby była bardziej dotkliwa, co za tym idzie stała się odstraszająca. I co? Podnieśli ją dwu, trzy, czy czterokrotnie? Nie, dziesięciokrotnie do zabójczej kwoty 5000 zł, podnosząc także maksymalną grzywnę wyznaczaną przez sąd sześciokrotnie, do 30 000 zł. Choć według nowego taryfikatora, obowiązującego od 1 stycznia 2022 roku, za niektóre wykroczenia należą się teraz kwoty rzędu 500 zł (np. za tamowanie lub utrudnianie ruchu), to ze znajomymi śmiejemy się, że policjant praktycznie zawsze mówi 1500, ewentualnie półtora tysiąca… Maszynka do sponsorowania życia tym, którym nie chce się pracować by żyć, ale mają prawo wyborcze, ruszyła pełną parą…
Łupieżcy czy obrońcy
Jesteśmy, moi drodzy, łupieni jak kupcy na gościńcu. Zastawia się na nas zasadzki na drodze i jest to częste zjawisko. Nie wierzycie? Przytoczę historię mojego kolegi, która miała miejsce pod koniec września. Wracał autem z działki. Jechał przez las, podwarszawską drogą jednopasmową, typowo wiejską. Wtem na jego ogonie pojawiła się stara vectra, która podjechała blisko do zderzaka jego auta. Odruchowo przyspieszył, pomyślał, że komuś się spieszy, pusta droga przed nim, a nie mogą to być funkcjonariusze, bo auto za stare. Okazało się, że ten las, to był teren zabudowany. 102 km/h, 1500 zł (a jakże), 15 punktów (bo już tyle można) i prawo jazdy zatrzymane na 3 miesiące. Co to było jak nie pułapka zastawiona przez urzędników państwowych, na – w tym momencie naiwnego, bo dającego się podpuścić jak dziecko – podróżnego? A narzędziem do wyłudzenia pieniędzy nie było tylko zachowanie funkcjonariuszy, ale również ich auto. Wydaje się, że policja drogowa upomniała się o swoje stare radiowozy, które już dawno poszły do obyczajówek i kryminalnych, jako nie rzucające się w oczy. Jesteś czujny za kierownicą, szukając beemki z grupy speed? Taki jesteś cwany? To co powiesz na 15-letnią vectrę? Mamy cię!
Znak jest najważniejszy, nawet gdy go być nie powinno
Zanim co poniektórzy wezmą się za lincz mojego kolegi, pragnę zauważyć, że w naszym kraju znaki stawiają ociemniali zarządcy dróg. Wielokrotnie zdarza się, że jadę przepisowo 90 km/h w terenie zabudowanym, bo w tym miejscu zarządca nie uznaje kilku chałup przy drodze za takowy teren. Często też jest inaczej – trasa ekspresowa wydzielona murem z jednej, ekranami dźwiękoszczelnymi z drugiej strony, pole z chałupą na horyzoncie, czy las, gdzie nie ma niczego oprócz drzew, ale tam stoi znak terenu zabudowanego, lub też nie ma tablicy go odwołującej. Bo po co? Przecież to jest tak bezpieczne, tak wspaniałe, tak wygodne miejsce, by karać, zabierać prawo jazdy, zarabiać…
Dezinformacja

W ogóle ze znakami to w Polsce jest El Dorado dla ich producentów. Mam wrażenie, że Polska jest krajem znaków. Nie sposób jest widzieć wszystkie i przyswajać każdą informację na nich zawartą. Kiedyś próbowałem to policzyć. W ciągu minuty podróży samochodem po Warszawie zostałem zbombardowany 43 znakami… Teraz przecież powinno być gorzej, w związku z wprowadzeniem nowej definicji skrzyżowania. Przecież skrzyżowanie odwołuje w Polsce wszystkie znaki, które były przed nim. A skoro skrzyżowaniem jest teraz wyjazd z pola albo pas do skrętu w lewo drogi z naprzeciwka, to polscy producenci znaków powinni zacierać ręce na rządowe zamówienia.
Może nie jestem jakimś wybitnym globtroterem, ale większość Europy mam zjeżdżoną motocyklem i nigdzie nie ma takiej liczby znaków co u nas. A wiecie jak to jest – zbyt wiele informacji staje się dezinformacją… A wtedy ofiara jest bardziej zdezorientowana i łatwiejsza do upolowania…
Limity prędkości
To jest już w ogóle śmieszne. Mam wrażenie graniczące z pewnością, że limity prędkości na 99% istniejących od PRL-u dróg w Polsce nie były nigdy zrewidowane. Gdy robotnicy w 1966 roku, na nowo otwartej drodze, ustawiali znaki ograniczające prędkość na danych jej odcinkach, dostosowane do warunków ówczesnej motoryzacji, nie zdawali sobie sprawy z tego, że ich dzieło przetrwa ponad pół wieku… Przez ten czas droga została już wielokrotnie przebudowana, jeździmy pojazdami z elektroniką i osiągami odrzutowców, ale limity pozostały. Dlaczego? Bo przecież to niepolitycznie zwiększać dozwoloną prędkość – jeszcze ktoś się zabije i będzie draka. Pamiętacie tę kampanię społeczną?
Pozostawiam ją bez komentarza, bo łzy same cisną się na policzki… Albo dobra, nie. To jest tak żenujące i skierowane do kompletnie bezmózgich niedzielnych kierowców (albo ich matek nieposiadających prawa jazdy), że aż mi się słabo robi. Jak można byłoby w takiej sytuacji, jadąc tylko licznikowe 60 km/h (czyli rzeczywiste 56-57 km/h), wjechać w ten sposób w tę ciężarówkę. Trzeba byłoby być ślepym, nie patrzeć na drogę, albo nie mieć w ogóle hamulców w aucie. Przecież to jest nierealne, niemożliwe, kompletna bzdura! I tak, jeżeli ktoś uważa, że tylko PIS jest pozbawiony pomyślunku w tym co robi (przyznaję jednak, że oni są w tym mistrzami), to tylko zauważę, że ten rządowy spot Krajowej Rady Bezpieczeństwa Ruchu Drogowego jest z 2014 roku…
Nasza motoryzacja

No właśnie. Temat limitów prędkości, dróg i bezpieczeństwa bardzo mocno powiązany jest z tym czym jeździmy. Inaczej jedzie się w zakręcie VW Garbusem, a inaczej Passatem z 2020 roku. Jedźcie sobie na sławny Zakręt Śmierci w Karkonoszach. Kiedyś mógł budzić przerażenie wśród kierowców, dziś jest to po prostu jeden z wielu winkli, tylko że ze spektakularnym widokiem…

Oczywiście nie każdy Polak dzisiaj jeździ aktualnie produkowanymi pojazdami, ale obecnie nawet 20-letnie auto jest dużo lepsze technicznie, a co za tym idzie bezpieczniejsze, niż nowe w rzeczonym 1966 roku. Wydaje się jednak, że nikt tego nie zauważa.
Ciągłe zmiany w przepisach
Jest jednak jedna rzecz, która wciąż się zmienia – przepisy drogowe. Nawet nie zdajecie sobie sprawy z tego, ilu znajomych pyta mnie o różne rzeczy z zakresu aktualności przepisów PORD, traktując mnie – z racji wykonywanej pracy – jako skarbnicę wiedzy. A wiecie, że nawet ja często odpowiadam, że nie wiem i szybko edukuję się szukając odpowiednich ustaw i przepisów w necie? To wszystko za szybko się zmienia i dodatkowo jest mało czytelne. Bezwzględne pierwszeństwo pieszych na przykład. Okazuje się, że wcale nie takie bezwzględne, bo dotyczy tylko przejść dla pieszych oznaczonych, a nie sugerowanych. Co to jest sugerowane przejście dla pieszych zapytacie… No właśnie, jak widzicie to materiał na osobny artykuł. Teraz sobie to wygooglajcie i przy okazji też to, jak to jest obecnie z pierwszeństwem rowerzystów na przejazdach rowerowych i przed nimi. To mają obecnie to pierwszeństwo czy nie? No właśnie…
Jak można przestrzegać przepisów, których się nie zna? Nie można… Polskie przepisy podatkowe są jednymi z najbardziej zagmatwanych na świecie, a księgowi nie przestrzegają ich, tylko je interpretują. Mam wrażenie, że to samo robi większość kierowców i ja ich rozumiem. Po prostu nie da się z tym całym bałaganem być na bieżąco, jeżeli poruszanie się pojazdem w ruchu drogowym nie jest całym twoim życiem.
Jakie zmiany w przepisach od 17 września 2022? Dużo łatwiej stracicie prawo jazdy
Prawo jazdy nie dla każdego
I tu dochodzimy do kolejnej kwestii, według mnie kluczowej dla bezpieczeństwa ruchu drogowego. Otóż według mnie, ale wierzę że nie tylko, prawo jazdy to nie jest dowód osobisty, żeby posiadał je każdy. To nie jest zwykły dokument, a glejt dający nam wiele przywilejów, ale też ogromną odpowiedzialność i obowiązki. Dlaczego zatem praktycznie każdy, kto zrobi kurs na prawo jazdy, to prawo jazdy w końcu dostaje – po pierwszym czy szóstym egzaminie? Przecież patrząc na to, jak jeżdżą niektórzy ludzie, oni powinni być zmuszani do odbycia specjalnego kursu na kierowanie wózkiem sklepowym, a samochodem czy motocyklem powinni jechać jedynie na tylnym siedzeniu. Co najwyżej, bo na motocyklu pasażer też musi wiedzieć o co w tym wszystkim chodzi. Dlaczego nie jest tak, że krajowy system wyłapuje beztalencia, które zagrażają zdrowiu i życiu innych uczestników ruchu? Dlaczego osoba, która szesnaście razy nie zdała egzaminu w warszawskim WORD-zie jedzie do Łomży i tam dostaje papier za pierwszym razem? Czy wydanie prawa jazdy osobie, która nie ogarnia (każdy z nas zna takich kilka) ma coś wspólnego z naszym bezpieczeństwem? Ano nie, ale dlaczego – pod znakiem wolności i równości każdego obywatela – nie zarobić sobie na takim kursancie, osobie zdającej egzamin, a w końcu na sprawcy kolizji drogowej…
Bezpieczeństwo = zarobek
Wypadki były, są i będą, nieważne jakie przepisy się wprowadzi, jakie ograniczenia narzuci, jak wyceni mandaty i jak będzie się to wszystko egzekwować. Ich liczba może spaść, ale… wypadki się przydają, są potrzebne. I nie chodzi tutaj o to, że dają zarobić warsztatom blacharskim i ubezpieczycielom (gdyby nie one to OC nie byłoby wymagane prawem), a o to, że są wspaniałą groźbą, piękną wymówką dla wprowadzania kolejnych ograniczeń. To wszystko sprawia, że na słowo bezpieczeństwo dostaję już powoli uczulenia.
Na koniec małe zadanie dla was, moi drodzy Czytelnicy. Słuchając serwisów informacyjnych w mediach zamieńcie sobie słowo bezpieczeństwo, odnoszące się do zagadnień w ruchu drogowym, na słowo zarobek. Ten eksperyment sprawi, że zdziwicie się i przestraszycie zarazem jak bardzo jest ono wymienne, jak świetnie pasuje. A o czyj zarobek chodzi? Przecież nie nasz… To skoro tak, to czy kiedyś chodziło tu o nasze bezpieczeństwo?
Donos na motocyklistów enduro jadących po drodze publicznej. Troska o bezpieczeństwo czy zwykłe…

No cóż… żyjemy w państwie teoretycznym, „władza” liczy na kolejne kilka lat u koryta, populizm jednak kosztuje, dodruk pieniądza ma swe granice, w związku z tym trzeba je pozyskać. Jak je pozyskać? Między innymi łupiąc innych na drogach, w urzędach itp. Mamy tu jaskrawy przykład tego jak jesteśmy sadzeni bez wazeliny w dudę…..
W anżeja?????
Hej, przeczytałem kilka artykułów na tym portalu i mam pytanie do twórców: czemu tak stękacie na wszystko, co dotyczy ruchu drogowego w Polsce? Nic wam się nie podoba. Wszystko źle według was. Nawet gówniarze na crossach bez tablic na drodze publicznej to według was do usprawiedliwienia. Każde zachowanie kierowcy jest do usprawiedliwia bo według was kierowca to półbóg, który jest najmądrzejszy a cały świat przeciwko niemu.