Lubimy być oszukiwani. Nie zaprzeczajcie, bo tak jest. Każdy z nas lubi też czuć się wyjątkowym. Te dwie rzeczy idealnie, z chirurgiczną precyzją łączą ze sobą marketingowcy motocyklowych marek. Custom z fabryki? Tak. Edycja limitowana bez limitu sztuk i numeracji egzemplarzy? Oczywiście. A wiecie co jest najgorsze? To, że to działało kiedyś i działa nadal…
Zacznijmy od oksymoronu, czyli fabrycznych customów

W latach 60. „custom” nie był stylem, nie był segmentem, czy dopiskiem w nazwie modelu. To był proces zarezerwowany dla klientów z pomysłem, umiejętnościami lub grubszymi portfelami. Nieważne, czy sam przerobiłeś swój motocykl, czy zrobił to za ciebie twój dealer marki, ale customizing był procesem, który miał miejsce w garażu lub w serwisie, a nie w fabrycznej hali, na linii produkcyjnej. Custom oznaczał ingerencję w homologowany, poprawny, fabryczny model, indywidualny pomysł, czasem błędy, czasem genialne rozwiązania, ale przede wszystkim to, że ktoś wziął seryjny motocykl i zrobił z nim coś swojego, innego, pod konkretnego klienta.
Już w latach 70. marketingowcy podłapali chwytliwą nazwę i zaczęli doklejać tę nazwę do modeli stricte fabrycznych. Custom stał się motocyklem wielkoseryjnym, zaprojektowanym, policzonym, zoptymalizowanym pod produkcję i powielanym w tysiącach egzemplarzy. Honda CB 750 Custom… brzmi dumnie, prawda?

W latach 80. i 90. producenci prześcigali się w dodawaniu tych kilku liter do nazw swoich motocykli. W ofercie wielu producentów bez problemu znajdziemy fabryczne customy z tamtych lat. Żeby nie być gołosłownym: Harley-Davidson Softail Custom, dalej Honda Shadow VT600C Custom oraz Honda Shadow 750 Custom, a także Yamaha V Star Custom i Yamaha XV750 Special (gdzie Special to tak naprawdę synonim słowa custom), czy wreszcie Kawasaki Vulcan 900 Custom, Kawasaki Vulcan 800 Custom oraz Suzuki Intruder 800 Custom. Wszystkie seryjne, wszystkie powtarzalne, a jednak dumnie noszące w nazwie słowo „custom” – z ang. klient.

Ostatnim fabrycznym customem był HD 1200 Custom, czyli stary poczciwy Sportster zdziełany chyba już w setkach tysięcy egzemplarzy, bo produkowany aż do 2021 roku…
Nawet d… ma swoją cierpliwość. Wjeżdża limited!

Na szczęście fabryczne customy to już za nami. Fabryki przegięły, ludzie się zorientowali, że są robieni w bambuko. Słowo custom przestało oznaczać coś indywidualnego, zdezaktualizowało się. Jednak marketing nienawidzi próżni i marketingowcy znaleźli inne, dzisiaj modne i nagminnie używane słowo. Teraz ekskluzywność, ale taka typu soft, bo fabryczna, sprzedawana jest z dopiskiem… limited, a czasem i limited edition.
To słowo działa jeszcze mocniej, bo uderza w coś bardzo prostego – w poczucie wyjątkowości. W przekonanie, że to jest okazja, która zaraz zniknie, że nie każdy będzie to miał, że warto się pospieszyć, że z czasem wartość twojego limitowanego pojazdu zamiast spadać, będzie rosła. Problem w tym, że bardzo często za tą „limitowaną edycją” stoi jedynie lakier z brokatem, dodatkowa naklejka, czy matowy lub chromowany kolor wykończenia dodatków. A czasem… zupełnie nic. Mistrzami „limitowanych” serii motocykli są Amerykanie – HD, ale i Indian, wspominając aktualne modele Challengera, Chiefa czy Chieftaina – oczywiście wszystkie Limited… Ale Włosi (Ducati, MV Agusta) czy Brytyjczycy (Triumph) wcale nie są gorsi.

Czy coś naprawdę jest limited, jeśli ten sam model sprzedawany jest rok później w identycznej formie, ale z innym odcieniem baku? Jeśli różni się detalami, które można by spokojnie zamówić jako akcesoria? Jeśli jego edycja nie jest numerowana, a jeśli jest, to otrzymujesz 6354 egzemplarz z… 10 000 wyprodukowanych w tym roku?
Fabryczne, limitowane cruisery, bobbery, klasyki…

Motocykle klasyczne są tu idealnym polem do tych marketingowych nadużyć, bo to segment, który sprzedaje emocje bardziej niż liczby. Nikt nie kupuje neoklasyka dla tabelki z osiągami. Kupuje się klimat, styl życia, obraz siebie na danym motocyklu. I to jest w porządku. Problem zaczyna się wtedy, kiedy marketing zaczyna sprzedawać nie tylko emocje, ale też iluzję wyjątkowości.
„Factory custom” brzmi świetnie, dopóki nie zastanowisz się przez chwilę, czy te dwa słowa w ogóle do siebie pasują. „Limited edition” brzmi jeszcze lepiej, dopóki nie zobaczysz kolejnej „limitowanej” wersji tego samego modelu w następnym sezonie…
