Nerwowa sobota
Dziś musimy wrócić do Tomka, do Hagen. Wstajemy o dziewiątej, jemy śniadanie w barze na kempingu. Zapach marihuany unosi się od samego rana. Heh, zapowiada się wesoły dzień. Spakowani wyjeżdżamy o 11. Pogoda piękna, na termometrze 25 stopni. W planie mamy jeszcze obejrzeć Amsterdam za dnia. Jedziemy do centrum na Rembrandt Square, nieopodal miejsca, które zwiedzaliśmy nocą.
Przeciskamy się przez wąskie uliczki nad kanałami oraz miejskie korki. Na jednym ze skrzyżowań moje Kawasaki gaśnie i już nie odpala. Przy próbie odpalenia słychać tylko cykanie. Pierwsza myśl – padł akumulator. Chłopaki zsiadają ze swoich maszyn i pchają. Motocykl odpala. Spoglądam na ładowanie wyświetlacza w kokpicie – wskazuje tylko 11V. Przecież powinno być więcej!
Dojeżdżamy na plac i parkujemy maszyny. Kolejna próba odpalenia kończy się niepowodzeniem. I znowu – co robić? Wszyscy zgodnie podejrzewamy że rozsypał się akumulator. Mam mieszane uczucia. Szybko przez internet namierzam sklep HeinGericke, gdzie dzwonię z pytaniem o nowy akumulator. Okazuję się, że mają. Wsiadam na Haykę Szymona i jadę zakupić.
Po godzince, o 100 euro lżejszy wracam do swojej Kawy. Wkładamy nowy akumulator, wyświetlacz pokazuje 12,5 V, motocykl odpala, lecz cały czas nie daje mi spokoju wartość ładowania którą wskazuje komputer. Zawsze było ok. 14,2 V przy pracującym silniku. Odchodzi mi chęć na zwiedzanie – zostaję by pilnować motocykli i rzeczy, chłopaki idą trochę pospacerować.
Wracają po godzinie z drobnymi pamiątkami i ruszamy w drogę powrotną. Moto odpala, lecz niestety powoli volty na baterii spadają. Już nie mam wątpliwości, że padło ładowanie, prawdopodobnie alternator. Dojeżdżamy około 10 km za Amsterdam przy autostradzie A1 na stacje BP, gdzie bateria ma już tylko 10,6 V. Wiadomo, że do domu na motocyklu w tym stanie nie dojadę. Jest sobota, godzina 15. Chłopaki mnie pocieszają, ale nie jest mi do śmiechu. Jestem członkiem klubu ADAC, więc dzwonię – pomocy!
Po krótkim czasie przyjeżdża mobilny serwis, który wypytuje co się stało. Stwierdza, że motocykla dzisiaj naprawić się nie uda, trzeba czekać do poniedziałku. Problem w tym, że w poniedziałek muszę stawić się w pracy na statku w Norwegii. Hehe. Gość z ADAC mówi, że motocykl musi trafić do najbliższego serwisu, a ja mogę dostać pojazd zastępczy na powrót do domu. Z tej opcji rezygnuję.
Pan mechanik oferuje podwózkę motocykla do Hagen, 280 km za 1200 euro. Żart się go złapał, albo już coś przyjarał. Kamil kombinuje transport poprzez swojego kolegę, który ma firmę transportową. Razem jeżdżą off-roadowo na KTM-ach. Po chwili jest telefon. 200 km od Amsterdamu jedzie bus na pusto do Szczecina. Uratowani! Czekamy na niego do godziny 22. Do tego wszystkiego zaczyna padać deszcz. Pakujemy Kawę na pakę i o 23 ruszamy – ja jako plecak Szymona – do Hagen. ZZR jedzie prosto do Kołobrzegu, ma dojechać na 16 następnego dnia.
Pada tak, że po 40 km jazdy Tomek, który nie ma pin-locka, oddaje mi swoje moto i wsiada do Szymona. Warunki do jazdy są ciężkie. Do samego celu już tylko deszcz. Dojeżdżamy na godzinę 2 w nocy. Nawet nie wiemy kiedy zasypiamy, zmęczenie daje się we znaki.
Niedziela, pobudka o 8.00. Przecież trzeba zygzaka odebrać o 16. Żegnamy się z Tomkiem i Milą i strasznie pomęczeni ruszamy do Kołobrzegu. Utrzymujemy tempo 180-200 km/h. Cieszę się, że wracamy do domu, że jakoś się ułożyło ze wszystkim, ale to nie tak miało być. Droga powrotna bez kropli deszczu, na jednej ze stacji Szymon musi wymienić klocki hamulcowe, na szczęście ma ze sobą nowe.
Do Kołobrzegu wjeżdżamy o 16.30. Bus z moją ZZR-ą od pół godziny już czeka. Ściągamy moto z paki, kierowcy płacę 230 euro. Odpalam moto i jadę do garażu Szymona, mówi że moto mi naprawi, mogę spokojnie jechać do pracy.
Mimo problemów wypad mogę uznać za udany, bo byłem w doborowym towarzystwie. Mogłoby nie być tych przygód z awariami, ale kto mógł to przewidzieć. Wielkie dzięki dla chłopaków za cierpliwość i duże wsparcie. W takim składzie nawet na koniec świata! Kawasaki po wymianie alternatora chodzi jak przedtem i czeka na kolejne kilometry do przejechania.
