Podczas przemieszczania się motocyklami chcemy zaparkować na jednym z parkingów. Nie jest to łatwe – masa aut, motocykli, skuterów, bzyków, rowerów, wszystkie parkingi zajęte, a ludzie jeżdżą jak chcą. Jeśli nie jedzie się pewnie, to wszyscy wokoło zajeżdżają drogę.
Naprzeciwko nas pojawia się wolne miejsce na parkingu, ale dzieli nas podwójna linia ciągła. Ryzykujemy i ustawiamy się by zrobić niedozwolony manewr. Naprzeciwko jedzie policja i widzi naszą chęć wykroczenia. Mruga nam światłami i macha rękami że nie wolno przekraczać podwójnej linii. Jedziemy dalej przestraszeni, zawracamy do tego miejsca, parkujemy. Jeden problem mniej.
Słońce świeci, świeci i jeszcze trochę świeci. Śmiejemy się, że buty mamy chłodzone cieczą. Kurtki, spodnie motocyklowe, buty, skarpetki dają nam znać o sobie że są, ciąża nam strasznie. Mokry słony pot spływa nam na nos oczy sprawiając ból i szczypanie. Na szczęście dziś zostawimy wszystkie bagaże gdzieś w hostelu i kolejne dni będziemy jeździć w t-shirtach… taki mamy zamiar!
[sam id=”11″ codes=”true”]
Godziny mijają i rozpoczynamy agresywne szukanie hotelu. Ja zostaję z motocyklami i bagażami, a chłopaki zaczepiają młodych ludzi pytając o tani hostel. Nie jest to łatwe, bo każda uliczka prowadzi pod górkę, co nakręca większe zmęczenie. Mija czas, efektu żadnego. Chłopaki znikają mi z pola widzenia i właśnie wtedy podjeżdża do mnie policja. Ta, która wcześniej groziła mi palcem. Pyta mnie co tu robimy i skąd jesteśmy.
Opowiadam im, że jesteśmy z Polski. Mówią, że stwarzamy zagrożenie, że ludzie informują ich że się nas boją, z zeznań świadków wychodzi na to, że zaczepiamy każdego w mieście i dodatkowo chcemy przekraczać podwójną linie za co powinien być mandat. Pytają o co nam w ogóle chodzi? Byli bardzo poważni , chyba mieli nas za jakiś gangsterów. Nie było mi zupełnie do śmiechu.
Szukamy hotelu mówię, taniego hotelu na trzy osoby. Proszą o komplet dokumentów. Daję im dowód, prawko, dowód rejestracyjny, OC. Macie macie i dajcie nam spokój – mówię po polsku. Wracają chłopaki – nie przechodźcie tutaj przez jezdnię, bo nie ma pasów! – Krzyczę do nich. Jednak policja wyraża zgodę na przejście. Rozpoczyna się dyskusja, chłopaki pokazują swoje dowody. Policja angażuje się w pomoc dla nas. Odpalają swoje motocykle, koguty i postanawiają znaleźć dla nas tani hotel.
Wsiadamy pośpiesznie na motocykle i zaczynamy wyjeżdżać z parkingu. Nie jest łatwo wypchnąć nogami motocykl, który obecnie waży blisko pół tony. Policja blokuje ulicę z dwóch stron tak, żebyśmy swobodnie wydostali się na jezdnię. Dalej jedziemy za nimi omijając wszelkie korki, lekceważąc wszystkie przepisy. Jeden policyjny motocykl jest przed nami, drugi za nami. Mamy obstawę przez samo centrum miasta aż pod elegancki kilkugwiazdkowy hotel.
Wchodzimy do hotelu wraz z policjantami. Robi to wrażenie na panu z recepcji, który pospiesznie chowa wszystkie swoje rzeczy z biurka. Nie interesuje nas co na nim miał, chcemy tylko tanio się wyspać. Facet podaje cenę 50 zł od osoby, znajduje jakąś promocje dla nas. Brzmi super. Wraca nam wiara w ludzi. Dziękujemy policji za pomoc i wchodzimy do windy z masą bagaży.
[sam id=”11″ codes=”true”]
Winda jest z metalu, a Mati tankbag ma z magnesami neodymowymi. Magnesy przyczepiają się do windy blokując nam wyjście. Po kilku minutach poświęconych walce z drzwiami windy, torbą i zmęczeniem wchodzimy zadowoleni do pokoju. Warunki bardzo dobre. Ja idę spać, chłopaki pędzą na imprezę.
Dromo OK
Krzychu informuje nas, że niedaleko stąd jest najgłębszy kanion w Europie i warto go zwiedzić. Sama nazwa nie wzbudza w nas strachu, przecież nikt z nas nie ma pojęcia jaką potęgą są góry czy kanion – wszystko dopiero jak się okazuje przed nami. Ja zabieram krótką koszulkę i jakąś bluzę, chłopaki podobnie – bluza na wszelki wypadek. Ruszamy. Nawigacja jednak mówi nam, że do celu mamy 140 km nie 30.
Halo Krzychu? Mieliśmy zaraz być na miejscu? Bez paniki 140 km to przecież dwie godziny – jak z Kalisza do Poznania. Z tym tokiem myślenia wsiadamy na motocykle. Na szczęście bez bagaży – bo wszystkie zostawiamy w hotelu. Okazuje się, że droga prowadzi przez szczyty gór serpentynami. Czas ucieka, słońce wykańcza. Dojeżdżamy do remontowanego mostu, w którym są dziury. Jeden zły ruch i możemy wylądować 15 metrów niżej w rzece.
Mam problem ze swoim lękiem wysokości, ale pomału, „na flinstona” przejeżdżam most. Pytamy pracowników budowy gdzie jechać i jaki jest stan nawierzchni. „Dromo OK” – odpowiadają, co nas bardzo uspokaja. Jedziemy dalej wspinając się wyżej i wyżej, widoków nie da się opisać.
Nagle awaryjne hamowanie bo za zakrętem wychodzą nam na drogę kozy. Nie 10, nie 50, nie 100, a 1000 sztuk. Każda inna, każda mówiąc coś w swoim języku. Jedne nami zainteresowane inne zupełnie nie. Czekamy aż przejdą, schodzi nam 25 minut.
Jedziemy dalej robiąc przerwy co chwilę bo widoki zmuszają nas do robienia zdjęć. Po kolejnych kilometrach coś kilkadziesiąt metrów wyżej bardzo się nami zainteresowało. To wielki czarny ptak przypominający sępa lub Urubu. Ptak zaczyna krążyć nad nami coraz niżej zataczając koło. Szerokość skrzydeł dwa-trzy metry. Jest przepiękny, na tyle duży, że zaczyna nas niepokoić. Ptak zaczyna opadać w naszą stronę. Na szczęście w ostatniej chwili podnosi się i leci w inną stronę.
[sam id=”11″ codes=”true”]
Nie wiemy czemu nas nie atakuje, jesteśmy pewni że chciał to zrobić. Według Greków tu mieszkających mógł wystraszyć się warkotu motocykla. Jedziemy dalej serpentynami mijamy przepiękną przezroczystą rzekę. Na miejscu jesteśmy po pięciu godzinach. Miejscowość Papigo, cała zrobiona z kamienia i chyba 50 km od najbliższej stacji benzynowej. Jak tu ludzie żyją? Domy jak z horroru. Jest godzina 16, a my jeszcze chcemy dziś zwiedzić 12 km kanion. Szukamy transportu, który mógłby nas zawieźć na koniec Kanionu, stamtąd poszlibyśmy na nogach do motocykli.
Mamy kupę szczęścia. Trafiamy na busa który tutaj jeździ raz na pół dnia. Kierowca informuje nas, że nie pojedzie na miejsce. Uważa, nas za szaleńców, że w ogóle o tym myślimy o tej porze. Momentami nawet nas obraża – opowiada, że kanion profesjonaliści przechodzą w pięć godzin.
Dojazd to będzie godzina, więc zaczęlibyśmy go zwiedzać o godzinie 17, a wracalibyśmy nocą – dziś zapowiadają w górach burzę. Nie chce mieć nas na sumieniu i się nie zgadza, zaprasza nas jutro na 8 rano. Nalegamy by nas jednak zawiózł, mówimy mu że jesteśmy żądni przygód.
Odpowiada nam, że jego firma nazywa się przygoda i już nas lubi, pyta skąd jesteśmy? POLSKA! Nie mam więcej pytań odpowiada, u Polaków to normalne. Rozumie nasze zaangażowanie i zaprasza nas jutro o 8 rano. Ostrzega nas, że z górami nie ma żartów, że tu są niedźwiedzie wilki i podczas burz ludzie spadają w przepaść, mgła i deszcz uniemożliwiają dalszą drogę i ludzie stoją w miejscu.
Stwierdziliśmy, że panikuje – a my wiemy wszystko najlepiej – chcieć to móc. Myślimy co tu zrobić? Hotel mamy 140 km stąd. Bez sensu marnować siłę, paliwo i czas. Postanawiamy drugi hotel wynająć tu, w miasteczku w szczytach gór.
Nie wiem jak nas stać na wynajmowanie dwóch hoteli naraz… Kto bogatym zabroni? Tak więc idziemy coś zjeść do karczmy, a z samego rana w koszulkach atakujemy kanion. W karczmie siadamy ze Steriosem, szefem firmy „Przygoda” i przedstawiamy mu nasze plany. Rano zwiedzamy kanion, na który nas zawiezie, po południu pływamy z nim pontonem w rzece przez kanion (ciekawa oferta) a wieczorem wracamy 140 km do swojego hotelu w Kastori.
[sam id=”11″ codes=”true”]
Sterios mówi, że to niewykonalne. Kanion jest przerażający i łatwo się pogubić, nie da się go zrobić w kilka godzin. Po Kanionie będziemy tak wymęczeni, że nie wsiądziemy do pontonu, nie damy rady nawet wrócić na motocyklach. Podziwia nas, że przyjechaliśmy tu z Polski na moto i lekko nie dowierza. Podpytuje gdzie je wypożyczyliśmy, ogląda rejestracje.
Niby przytakuje nam, że przyjechaliśmy na nich z Polski, a jednak wątpi. Uważa, że jesteśmy crazy. Prosi nas, by ta chora odwaga i motywacja nigdy nas nie zgubiła, bo gdzie kończy się przygoda – tam zaczyna głupota i niebezpieczeństwo.


Szcun ze zebraliscie sie na wycieczke z kims kto przejechal miesiac na motocyklu. Ja bym mu kazal spadac na drzewo….
Druga sprawa, nie wiem jakie Ty masz bagaze ale zeby zgubic spiwory i rekawice, to mieliscie chyba to przywiazane nitką.
Panowie szacun za determinację ale wielki minus za bezmyślność a wręcz igranie ze śmiercią. Przejechałem na moto europę z Albanią i Grecją włącznie ale Wasze niezorganizowanie wręcz poraża. Mam nadzieję że przy kolejnych wyprawach szczęście Was nie opuści a przybędzie zdrowego rozsądku … LwG
Widze ze nie tylko na zachodzie w lipcu pogoda nie dopisywala, ja pierwsze 2 tygodnie lipca na wyjezdzie mialem dzien w dzien w deszczu. Wyjazd mieliscie fajny. Pozdrawiam
Kąpiele w oceanie w Grecji… Wypas…
Fajny wypad. Też mielismy w planach ale powstała inna opcja.
Już widzę ze ktos wyżej wypowiadał sie na ten temat. Super fajnie ze bierzecie niedoświadczonego motocyklistę ze sobą, dajecie mu szanse, tyle że taki motocyklista to jak male dziecko w takiej trasie. Może tak jest tekst napisany , może miało to pokazać zaradność Mateusza w co nie wątpie, jednak by kilku krotnie gubić chłopaka, raz tam gdzieś na zjeździe gdzie on szedł pieszo a tu piszecie ze sobie cole pijecie to jest mega nieodpowiedzialne. tym bardziej ze wiecie ze dokumenty, telefon ma u was w bagażu.
Poczatek tekstu pisany był z zapałem, od połowy do końca zapał ustal. tak czy inaczej Super wyjazd
Wow…. Chłopaki ten opis pokazuje, że wypad był thrillerem. Niesamowity wyjazd pełen grozy….
Świetnie się to czyta, ale faktycznie sporą dawkę ryzyka sobie zadundowaliście.
Panowie gratuluję – wykąpać się w oceanie będąc w Grecji – bezcenne. Smutne jest to, że jesteście całkowicie nieodpowiedzialni i jeździcie motocyklami.
Najważniejsze to wyciągnąć wnioski na przyszłość.
Mieliśmy w planach podobny kierunek ale koniec końców pojechaliśmy dookoła Bałtyku.
Znakomicie się czyta, dzięki za tekst, za ocean, kanion, adidasy na rzepy, 44 stopnie i całą resztę.
Opadły mi ręce. I nie tylko ręce. Ale można ten tekst traktować jako szkoleniówy pt. „jak wszystko zrobic źle”.