Kanion zagłady
U Steriosa jemy kolację i rano meldujemy się w krótkich spodenkach i koszulkach z 1,5 l wody mineralnej na 3 osoby gotowi na kanion. Ojciec Steriosa z szerokim uśmiechem pakuje nas do busa z krótkim komentarzem wypowiedzianym przez zęby „jeszcze zobaczycie co to jest kanion” po czym rusza. Wiezie nas godzinę, po drodze piękne zakręty.
Dojeżdżając do serpentyny trąbi informując auta z naprzeciwka, że jedzie. Ciekawy pomysł, jednak aut o tej porze w takim miejscu nie ma żadnych. Opowiada o Polaku Arturze, który mieszka tutaj z nimi, w miejscowości Papigo. Zakochał się w kobiecie z Grecji postanowił tu zamieszkać.
Określa go krótko: dobry pracownik, alkoholik, awanturnik. Jak pije z nimi przepija każdego, jednak potem ze wszystkimi chce się bić. Oni tego nie rozumieją. Dla nich alkohol jest po to by się bawić, cieszyć z życia.. nie po to by robić komuś krzywdę. Są jednak plusy Artura, bo gdy przyjeżdżają nieproszeni gości, Artur wybrania całą wioskę. Tacy są właśnie Polacy, mówi ojciec Steriosa „first to fight”.
[sam id=”11″ codes=”true”]
Po godzinie rozmowy, wychodzimy z busa i rozpoczynamy zwiedzanie Kanionu. Pierwsze 50 minut tracimy na zejście w dół. Mi wychodzi to najgorzej, więc na dole chłopakom, którzy robią przerwę mówię, że idę, a oni mnie dogonią bo i tak jestem najwolniejszy. Ruszam dalej szlakiem i idę zupełnie sam. Wokół mnie śliczne skały, piękna niepowtarzalna roślinność, brak śladów człowieka. Idę, idę i idę i stwierdzam, że narzucam chyba dobre tempo, bo chłopaków nie widać.
Po godzinie dzwonią chłopaki i dogadujemy się, że zeszli niechcący ze szlaku. Jednak nie wracają na trasę tylko mamy spotkać się w połowie, bo wszystkie drogi prowadzą do celu. Tak uważają. Słońce wychodzi na horyzont, Robi się 30 stopni i pojawia się zmęczenie.
Chłopaków moich nie widać a ja spaceruję zupełnie sam jak palec… Ale za to z wodą! Tak jest, to ja mam na plecach plecak. Rozradowany tą informację wypijam jej znaczną część . Na 12 km słońca w górach zabraliśmy 1,5 litra wody na 3 osoby. Doszedłem do wniosku, że jesteśmy kompletnymi kretynami!
Chłopaki chyba jeszcze nie doszli do tego wniosku, bo godzinę temu zeszli ze szlaku i kierują się tylko i wyłącznie intuicją w gęstym lesie w górach. Są momenty, że muszą zeskakiwać z 1,5-metrowych skał w dół, mimo to nie mówią basta i idą dalej.
Nie daje im do myślenia, że nie wiedzą dokąd ta droga prowadzi? Może do niedźwiedzi? Są coraz dalej od szlaku, w coraz bardziej niebezpiecznych miejscach. Zaczynają mnie wołać, jednak to na nic – nie słyszę ich. Jesteśmy oddaleni od siebie skałą szerokości 900 metrów.
Ja tymczasem, zgodnie z planem, lecz równie zmęczony chodzeniem po ostrych kamieniach w adidaskach na rzepy dochodzę do zabytkowego, liczącego kilka tysięcy lat mostu łączącego jedną ścianę kanionu z drugą. Wracają mi siły, jest pięknie, aż chce się żyć. Kładę się na moście i próbuje zrelaksować.
Jednak tylko na chwile. Stado jaszczurek wchodzi na mnie. Panikuję i szybko wstaję. One wchodzą na mnie dalej. Nie wiem o co chodzi ale panicznie uciekam. Stoję dalej na moście, widzę piękny widok z wysokości, ale chłopaków brak! Czas, czas, czas – tłumaczę sobie i nagle słyszę wycie.
[sam id=”11″ codes=”true”]
To nie chłopaki, a jakieś zwierzęta na górze. To chyba wilk, a może tylko głodny pies? Robi to na mnie imponujące wrażenie. Zwierzę patrzy na mnie, a ja na nie. Po chwili dochodzą jeszcze dwaj inni przedstawiciele tego gatunku i robi mi się gorąco. Jestem zupełnie sam, dwie godziny drogi od najbliższego człowieka.
Po chwili przestaję widzieć zwierzęta i nie wiem do końca jaki jest cel ich wizyty. Po godzinie pojawiają się chłopaki, którzy zmuszeni byli zawrócić ze swojej „drogi marzeń” i wrócić na szlak. Jest 30 parę stopni, kapie z nas pot, pojawiają się obtarcia na nogach, ale śmigamy dalej z lekkim opóźnieniem.
Musimy dziś pływać w tym pontonie, więc pospiesznie idziemy dalej w górę pod kątem 30 stopni. Niestety – meldujemy się w jakiejś wiosce i okazuje się, że poszliśmy źle. Nie chce nam się wracać tam w to zadupie, upał wykańcza. Odpalamy nawigacje na znalezionym przez nas asfalcie i okazuje się, że idąc tym asfaltem w górę serpentynami za 30 km będziemy w Papigo u Steriosa i naszych motocykli. Stwierdzamy, że to lepsze wyjście – przynajmniej się nie zgubimy i na pewno ktoś nas podrzuci na stopa. Przecież widać, jacy jesteśmy wykończeni a ludzie tutaj się na pewno nad nami zlitują.
Liczyć na innych – jak się okazuje – totalna głupota. Przez godzinę spaceru w upale, totalnym upale pod górę po gorącym asfalcie robimy 4 kilometry. Szalone 4 kilometry z 30! Woda nam się kończy i siły zaczyna brakować. Przez godzinę przejechało tu 10 samochodów i żaden, ale to żaden nawet nie spróbował się zatrzymać.
[sam id=”11″ codes=”true”]
Mati wpada na pomysł, aby na stopa machać banknotem 10 euro. Liczymy, że Grecy pokuszą się na kasę i nam pomogą. Pomysł nie wypala, kolejne auta także nie stają. Mamy poważny kryzys, szczyty gór, asfalt pełen zakrętów, węży, które wchodzą nam pod nogi, masa świerszczy, brak wody i totalny brak sił. Idziemy, bo nogi same nas prowadzą, bo jest chwila z górki. Nie myślimy już o niczym, nie mówimy nic. Pojawia się ból głowy.
Po kolejnej godzinie staje jakieś auto. To niesamowite! Auto podwiezie nas jedynie 16 km, dobre i to ! Facet, który się zatrzymuje jest profesjonalnym wspinaczem. Uważa, że mamy kupę szczęścia, kilka tygodni temu podwoził tu człowieka, który konał w tym miejscu już z braku wody i od przegrzania ciała, mimo to Grecy bali się go podwieźć – bo boją się turystów.
[sam id=”11″ codes=”true”]
Opowiada nam, że z górami nie ma żartów i że jesteśmy słabo przygotowani do panujących warunków… Polish Fighters – odpowiadamy. Najważniejsza jest przygoda. Humor nam wraca, bo siedzimy w aucie, ale nie chce się myśleć co by było gdyby facet nas nie podwiózł. Po udanej podwózce idziemy dalej ostatnie 8 km pod górę na nogach. Znów zmęczenie i znów kryzys, a myśleliśmy że jesteśmy tak blisko…
Machamy na przejeżdżające auto i kolejne wielkie szczęście – auto zatrzymuje się i chce nas podwieźć. Jak to możliwe, czy to Grecy? Nie, nie Grecy a ruscy turyści. Mówimy, że jesteśmy z Polski, ale nie będziemy poruszać tematu Krymu. Uśmiechają się głęboko, nie są za bardzo rozmowni.
Po podwiezieniu dziękujemy gorąco rosyjskim przyjaciołom i udajemy się do Steriosa napaleni – pomimo ogromnego zmęczenia – na walkę z żywiołem na pontonie. Nikt z nas nawet się nie sprzeciwia, każdy chce kolejnej przygody tego dnia. Pomimo, że tak wiele dziś za nami.
Sterios omal nie dostaje zawału. Według jego danych przeszliśmy Kanion w mega szybkim tempie!! Nie wybijamy go z takich informacji, nie wyjawiamy prawdy, że przeszliśmy ćwierć kanionu, a resztę dzięki pomocy przejechaliśmy autem jak idioci.
Sterios pełen szacunku do nas stawia nam colę i biegnie szykować ponton… Polish Fighters – stwierdza. Sama zabawa z pontonem okazuje się bardzo przyjemna. Woda ma 10 stopni, co dodaje adrenaliny. Są momenty spadku pontonu na małych wodospadach, podczas których chowamy się do środka.
To bardzo uatrakcyjnia zabawę. W wodzie również pływamy. Prąd wody porywa nas i robi z nami co chce. Najlepiej z tego wychodzi Krzychu, który sprawia wrażenie, że panuje nad sytuacją pływając sobie przy skałach na plecach zupełnie wyluzowany. Po dwóch godzinach machania wiosłami na pontonie przybijamy piątkę Steriosowi, pakujemy się na motocykle i wracamy nieco prostszą drogą do Kastorii.
Wracamy nocą. Modlę się żeby nie padało. Mati swierdza, że nie widać gwiazd – więc nie będzie padać. Ma na myśli, że chmury zasłaniają gwiazdy – niestety znaczyło to zupełnie odwrotnie – będzie padało i to już niedługo. Po kolejnych godzinach zmęczenia dojeżdżamy na miejsce i w samym mieście strzela do nas z radaru patrol policji. Na szczęście prędkość jest OK. Kolejne kolejne dziś wielkie szczęście, bo nie mamy kasy nawet na najmniejszy mandat. Po dojechaniu na miejsce po dwóch minutach rozpoczyna się burza i ulewa. Wszystko wymierzone co do minuty. My już w hotelu. Coś niesamowitego. Zasypiamy.
[sam id=”11″ codes=”true”]

Szcun ze zebraliscie sie na wycieczke z kims kto przejechal miesiac na motocyklu. Ja bym mu kazal spadac na drzewo….
Druga sprawa, nie wiem jakie Ty masz bagaze ale zeby zgubic spiwory i rekawice, to mieliscie chyba to przywiazane nitką.
Panowie szacun za determinację ale wielki minus za bezmyślność a wręcz igranie ze śmiercią. Przejechałem na moto europę z Albanią i Grecją włącznie ale Wasze niezorganizowanie wręcz poraża. Mam nadzieję że przy kolejnych wyprawach szczęście Was nie opuści a przybędzie zdrowego rozsądku … LwG
Widze ze nie tylko na zachodzie w lipcu pogoda nie dopisywala, ja pierwsze 2 tygodnie lipca na wyjezdzie mialem dzien w dzien w deszczu. Wyjazd mieliscie fajny. Pozdrawiam
Kąpiele w oceanie w Grecji… Wypas…
Fajny wypad. Też mielismy w planach ale powstała inna opcja.
Już widzę ze ktos wyżej wypowiadał sie na ten temat. Super fajnie ze bierzecie niedoświadczonego motocyklistę ze sobą, dajecie mu szanse, tyle że taki motocyklista to jak male dziecko w takiej trasie. Może tak jest tekst napisany , może miało to pokazać zaradność Mateusza w co nie wątpie, jednak by kilku krotnie gubić chłopaka, raz tam gdzieś na zjeździe gdzie on szedł pieszo a tu piszecie ze sobie cole pijecie to jest mega nieodpowiedzialne. tym bardziej ze wiecie ze dokumenty, telefon ma u was w bagażu.
Poczatek tekstu pisany był z zapałem, od połowy do końca zapał ustal. tak czy inaczej Super wyjazd
Wow…. Chłopaki ten opis pokazuje, że wypad był thrillerem. Niesamowity wyjazd pełen grozy….
Świetnie się to czyta, ale faktycznie sporą dawkę ryzyka sobie zadundowaliście.
Panowie gratuluję – wykąpać się w oceanie będąc w Grecji – bezcenne. Smutne jest to, że jesteście całkowicie nieodpowiedzialni i jeździcie motocyklami.
Najważniejsze to wyciągnąć wnioski na przyszłość.
Mieliśmy w planach podobny kierunek ale koniec końców pojechaliśmy dookoła Bałtyku.
Znakomicie się czyta, dzięki za tekst, za ocean, kanion, adidasy na rzepy, 44 stopnie i całą resztę.
Opadły mi ręce. I nie tylko ręce. Ale można ten tekst traktować jako szkoleniówy pt. „jak wszystko zrobic źle”.