Byle dalej od komarów
Dalej ruszamy do Wilczego Szańca – kolejnego z zakładanych wcześniej punktów pośrednich. Powrót po czterech latach tym razem latem jest dla mnie czymś wyjątkowym. Za nami łącznie już 3088 km.
Zaczynamy jechać na zachód, co nas bardzo cieszy, gdyż będzie tam zdecydowanie mniej komarów. Stanowczo Mazury nie są dla nas, choć miło zobaczyć na tutejszych winklach rosyjskie Gold Wingi i spotkać po prawie 3000 km jazdy ziomka z Międzychodu. Tym akcentem przy piwku kończymy dzień.
Po przyjemnej ciepłej burzy i słonej opłacie za parking pod zamkiem lecimy w stronę Bałtyku. Około 30 km przed Zatoką Pucką dopada nas niezła burza i byliśmy zmuszeni wbić się na camping w Chałupach. Chałupy są do dupy! Jedyny plus to brak komarów. No i pomidorki w śmietanie wieczorową porą czyli plażing wg Sylwii.
Dalej na zachód wzdłuż brzegu Bałtyku lecimy na totalnym luzie, bo według obliczeń wychodzi, że czasu nam wystarczy. Wiec może kawka po drodze na bogato. Starcza też czasu na mały spacerek. A więc wydmy zdobyte – łącznie ok 10 km dreptania pod górę na latarnię lasem oraz plażą, no i na końcu piękny widok z wydm. Plaża też piękna, no i tylko nasza praktycznie. Teraz koczujemy w Jarosławcu.
Ostatni nocleg w drodze. Docieramy do Pobierowa. Miało być romantycznie, zachód słońca, ale pogoda nas chyba dobrze poznała podczas podróży i funduje nam mgłę jak z horroru.
Ostatni dzień w drodze. Pakujemy się i ruszamy. Nic już się nie liczy. Z motylami w brzuchu zasuwamy przez kolejne miejscowości i zakręty. Nic się nie liczy bo jedziemy na Woodstock! Serducho pędzi, motor się grzeje, ale resztki rozumu mówią – spokojnie, najwięcej problemów zdarza się na ostatnich kilometrach. Wiec przerwa i ostatni posiłek w drodze.
Się udało!
No więc dziś już możemy powiedzieć – tak, udało się! Łącznie z powrotem do domu wyszło 4105 km. Tego, co przeżyliśmy nie da się opisać słowami. Wiele cudownych chwil i kilka negatywów, których nawet nie warto pamiętać. Stanowczo możemy powiedzieć, że Polska jest piękna i warta objechania. Dziękujemy z całego serducha wszystkim którzy nas wspierali. Wszystkim którzy nas ugościli, jak i tym którzy nas zapraszali, a do których nie było dane nam zajechać (nie martwcie się jeszcze się Wam kiedyś na łeb zwalimy).
Wszystkim którzy byli z nami podczas naszej podróży oraz wszystkim życzliwym ludziom których spotkaliśmy po drodze. Dziękujemy tym którzy czekali i przywitali nas na Woodstocku. Specjalne podziękowania dla koncernu PKN ORLEN, który zadbał o to aby nigdy nie zabrakło nam… cukru.
Dziś, siedząc w domu po operacji kolana, zastanawiam się czy w ogóle warto planować wyprawy poza granice naszego pięknego kraju. Wielu powie że tak – bo ładniej, czy taniej czy dalej. Może i tak, ale to była nasza pierwsza dalsza wyprawa i uznaliśmy wtedy, że najpierw trzeba poznać choć troszkę swoją ojczyznę.
Może w tej relacji nie ma dokładnych opisów, map czy danych z encyklopedii. Opisaliśmy mały procent naszych przeżyć i widoków z pozycji siedzenia motocykla. Jeździcie motocyklami i wiecie, że żadne opisy i suche informacje nie oddadzą tego, co przeżywa się gdy, jadąc motocyklem, odkrywa się miejsca, swoje miejsca i swoje drogi. Bo przecież choćbyśmy jechali dokładnie drogą którą nam ktoś poleci i zobaczyli wszystkie miejsca, które widzieliśmy na zdjęciach, to dla każdego z nas to będzie moja droga i moja wyprawa, która zostaje w nas w naszych sercach. Wiec szukajmy swoich dróg!


Bardzo trafne podsumowanie, podpisuję się pod tym rękami i nogami ;)