Opactwo na wyspie
Jeszcze przed rajdem uzyskuję zgodę komandorów na odłączenie się od grupy i przejazd na skalistą wysepkę Mont Saint Michel z sanktuarium Michała Archanioła. Powątpiewają w moje plany, lecz nie daję za wygraną. Wybieram się tam w dniu, kiedy rajdowy program zostaje zaliczony, jest wczesna godzina i 220 km do celu. Jeśli mam dotrzeć do opactwa to lepszej okazji nie będzie. Grupowemu zameldowałem o odjeździe, a w ostatniej chwili zabierają się ze mną jeszcze dwa motocykle, Bogdan z Dorotą na Suzuki VTX1300 i Władek na Dragstarze 1100.
Nie żałują decyzji. Do zamknięcia wyspy pozostaje półtorej godziny, lecz jest problem z wejściem. Sympatyczne Francuzki za ladą recepcji jakimś cudem wyciągają dla nas bilety, kiedy tłumaczymy skąd i po co jedziemy. Tak mocno przejmują się rolą, że na mapie pokazują nam miejsca związane z desantem aliantów.
Jest miło, ale czas ucieka. W końcu znajdujemy się pod murami opactwa i z zegarkiem w ręku prowadzimy rekonesans połączony z sesją fotograficzną. W drodze powrotnej spotykamy Włocha, który na motocyklu zwiedza świat. Daję mu na pamiątkę plakietkę choszczeńskiej grupy motocyklowej.
[sam id=”11″ codes=”true”]
Rączka na pożegnanie i każdy w swoją stronę. Kiszki już marsza grają, więc czas na dłuższy postój w przydrożnej oberży. Uczynny właściciel nie tylko serwuje smaczne jadło, lecz nawet ratuje Władzia paroma litrami benzyny. Zadowoleni z dnia dojeżdżamy w końcu do kempingu na wybrzeżu Normandii i rozstawiamy namioty po ciemku.
Plaże Gold i Yuno. Tu 1. sierpnia 1944 roku w Arromanches-Les-Bains rozpoczął się desant 1. Dywizji Pancernej liczącej 16 tysięcy żołnierzy przerzuconej do Francji z Wielkiej Brytanii. Był to element największej operacji wojskowej w historii świata, czyli desantu aliantów w Normandii, który rozpoczął się 6 czerwca 1944 roku.
– Myśmy wylądowali na plażach dopiero w sierpniu. Ciężkie czołgi nie były i nie powinny być, używane w pierwszym dniu lądowania. Uniknęliśmy wielkich strat, które mogliśmy ponieść – mówi jeden z żołnierzy gen. Maczka, który przeszedł z nim cały szlak bojowy.
W miasteczku zwiedzamy muzeum D-Day Saint Mere Eglise. Na makietach pokazano m. in. układ sztucznego portu wybudowanego przez aliantów. Pozostały po nim do dziś widoczne w morzu betonowe bloki. Cały pomysł polegał na tym, że w środku były puste. Doholowane do wyznaczonych miejsc zostały napełnione wodą i zatopione. Na nich spoczęły przęsła mostów i platform wyładunkowych sprzętu wojskowego.
W południe spotykamy się z synem gen. Kazimierza Sosnkowskiego – naczelnego wodza PSZnaZ. O wodzu napisał książkę nasz rajdowy kolega Jerzy Kirszak, historyk z IPN. Na plaży Yuno zauważają nas pracownicy kanadyjskiego Memoriału. Bardzo nalegają na odwiedziny w ich muzeum i nie dajemy się prosić. Na tej plaży kanadyjscy żołnierze ponieśli największe straty. Nasza wizyta kończy się projekcją filmu o współczesnej Kanadzie. Zapewniam, nie jest nudno.
Na szlaku gąsienic
Na szlaku bojowym dywizji pancernej gen. Maczka towarzyszyły nam dzieci „maczkowców” – Ronald i Cristina Marek ze Szkocji oraz Monica i John Pater z Australii. Nie zabrakło grupy członków Koła 10. Pułku Strzelców Konnych z Joanną i Bogdanem Wielgat na czele.
Krętymi i wąskimi drogami jechaliśmy za autem Jacquesa Wiacek. Francuz polskiego pochodzenia zna doskonale język polski. Pasjonuje się historią i uważany jest za przyjaciela rajdu. W uznaniu zasług komandor Wojtek wręcza mu pamiątkową szablę z dedykacją.
[sam id=”11″ codes=”true”]
Jakub m. in. doprowadza nas do brodu, gdzie przez rzekę Dives w pogoni za hitlerowskimi dywizjami przeprawiały się polskie shermany. Niepozorną rzeczkę forsuję dokładnie w tym miejscu na pontonie dzięki uprzejmości przygodnego turysty. Trasa rajdu prowadza do Potigny na spotkanie z merem Gerardem Kepa.
Na uroczystym koktajlu opowiada o Polakach, przybyłych tu przed wojną za chlebem. Wśród nich był Edward Podyma, który wyzwolił miasto i jest jednym z ostatnich żyjących uczestników walk w Normandii.
Ograniczeni czasem kierujemy się na biwak do Chambois. Tu koktajlem podejmuje nas Stephan Jonat. Wesoły dyrektor Memoriału Montormel pilnuje osobiście, by niczego nam nie zabrakło na stole. Opróżniamy wspólnie kilkanaście butelek cedrowego wina, ale jedzenia nie dajemy rady wykończyć. Kto wcześnie rano wstał ten łapie się jeszcze na gratisowe śniadanie.
Maczuga
Jesteśmy w trójkącie Chaambois –Trun – Montormel. Na wzgórzu 262 rozstawiamy namioty. Ze zbocza roztacza się widok na dolinę. Kiedy siedemdziesiąt lat temu 1.Dywizja Pancerna otrzymała rozkaz opanowania rejonu miasteczka Chambois, gen. Maczek z własnej inicjatywy zajął te wzgórza i nazwał „Maczugą”.
Był inteligentnym strategiem i uznał je za kluczowe do wykonaniu zadania. Przez trzy dni i noce na Maczudze trwały krwawe walki. – Nie musieliśmy celować, stłoczonych w dolinie hitlerowców mieliśmy jak na dłoni – relacjonował nam mjr. Jan Słowiński z 1. Pułku Czołgów. Polacy zostali okrążeni przez Niemców, a ci Niemcy okrążeni przez dywizje brytyjskie i kanadyjskie. Powstał prawdziwy kocioł.
Mimo tego, że przewaga Niemców była zdwojona przez rozpaczliwą wolę przebicia się, niemieckie korpusy pancerne nie wydostały się w całości z okrążenia. Wzięto wówczas do niewoli blisko 6 tysięcy Niemców, zniszczono 70 czołgów, 500 samochodów i ponad 100 dział. O tych wydarzeniach opowiadają nam przy ognisku bohaterowie tamtych dni.
[sam id=”11″ codes=”true”]
