Nasza motocyklowa wyprawa na Korsykę przez Alpy miała miejsce we wrześniu 2012 roku.  Wzięło w niej udział pięć cruiserów:  Harley-Davidson Sportster, Harley-Davidson Softail oraz trzy Yamahy: Wildstar, Roadstar i RS Venture. 

Tekst: Stefan “Steffek” Gajda, Iwona “Iva” Jędrzejak

Zdjęcia: uczestnicy wyprawy

Sama motocyklowa wyprawa, a w zasadzie pomysł wyjazdu w góry jest – jak zwykle – wynikiem  splotu okoliczności. To moja znajomość z operatorem apartamentów na Korsyce i chęć pobytu w fajnym ciepłym miejscu. Istotne jest też to, że większość uczestników nigdy nie jeździła w wysokich Alpach.

Najpierw załatwiamy formalności: rezerwacje apartamentu w Ghisonaccia (wschodnie wybrzeże wyspy – brak wiatru, piękne plaże, ale mało pięknych lagun), opracowanie trasy przez Alpy, rezerwacja promu z Savony do Bastii i dalej do Livorno. Dogadujemy też miejsce spotkania z grupą chłopaków, którzy z Bogatyni i Zgorzelca ruszają jeden dzień później niż Iva i ja w kierunku Maishofen pod Zell Am See.

Iva mało w tym sezonie jeździła i do przejechania 800 kilometrów potrzebuje po prostu więcej czasu.

Pierwszy przystanek, pierwsze zachwyty na Grossglocknerhochalpenstrasse
Pierwszy przystanek, pierwsze zachwyty na Grossglocknerhochalpenstrasse
Ruszamy. Deszcz, wietrznie i zapowiedź lepszej pogody dopiero w Austrii. Po przejechaniu całych Czech i wjechaniu do Austrii kierujemy się w stronę najbliższej autostrady. Nocleg w akademiku w Hollabrunn. Nadal pada i prognoza jest kiepska. Ja muszę naprawić podłączenie kilku przewodów do masy, a chłopaki w tym czasie ruszają w długą trasę 850 kilometrów do miejsca spotkania w Maishofen w Austrii.

Autostrady do szybkiego przemieszczania się to jedyny rozsądny wybór. Pokazuje się słońce i nasze psychiczne akumulatory ładują się pozytywnie. Naszą radość trochę mąci bardzo późnym przyjazd pozostałych uczestników. Kompasy lidera grupy się zbuntowały i wpuścili się w innym kierunku niż trzeba. Pensjonat w Austrii jak zwykle pełen pelargonii i miłych domowników.

Uczestnicy wyprawy

– Grzegorz “Mosiu” Mosiński – Yamaha XVZ 1300 RS Venture

– Marek “Solek” Solecki – Yamaha Wildstar 1600 VP

– Janusz “Duduś” Dudek – Yamaha Roadstar

– Iwona “Iva” Jędrzejak – Harley-Davidson XL Sportster 1200L

– Stefan “Steffek” Gajda – Harley-Davidson Softail Standard

Grossglockner

Dwa dni przed naszą trasą na Grossglockner w górach spadł śnieg. 20 centymetrów. Szybkie spojrzenie na narciarską pogodynkę, telefon do stacji na przełęcz i ruszamy w górę. Przez moment tylko się zastanawiamy, czy przy takiej pogodzie nie zwiedzić Toskanii, ale pierwszy promyk słońca przez chmury zmienia nasze rewolucyjne myśli. Bilety kupujemy na parę kilometrów przed stacją dolną, co pozwala na oszczędności i kolejne piwa więcej podczas wieczornych biesiad. Marek nie pęka, wjeżdża coraz wyżej, ale też dalej od krawędzi bardzo krętej drogi. Śnieg na poboczach i małe strumyki przez pasy ruchu dają znać o opadach sprzed kilku dni. Zimno. Parkingi wypełnione zaledwie do jednej trzeciej. Głównie samochodami.

To jedynie wskazanie kierunku na Grossglockner
To jedynie wskazanie kierunku na Grossglockner
Na wjazd do górnej stacji nie decyduje się Iva i Marek. Mokra kostka brukowa, wiele zakrętów. Widok niesamowity. Wszystko w śniegu, wspaniała widoczność. Cała trasa tego etapu po świetnym asfalcie, z wieloma zakrętami jest generalnie bardzo dobrym doświadczeniem dla tych motocyklistów, którzy chcą poćwiczyć i zdobywać dalsze doświadczenia. Większość skrętów do 180-ki.

Czas umyka, a do przejechania jeszcze 150 kilometrów w górach do następnego miejsca. Miejsca imieninowej biesiady, wszak 02 września to mój dzień. Plan zakłada wizytę u Svarowskiego (miał być prezent dla Ivy) w Wattens, ale jest zbyt późno by tam się zatrzymać. Dalsze etapy zrobiłyby się zbyt długie, więc szybki zjazd z gór przez znane stacje górskie typu Kitzbuehel do autostrady. Potem przelot do Haiming, gdzie znajduje się Oilersclub, knajpa, scena dla wielu koncertów muzyki typowej dla bikerów. Mały odpoczynek, zero alkoholu i nocleg w małomiasteczkowym pensjonacie.

Ja zapraszam na imieninową ucztę: zamawiam wszystkim wienerschnitzel na cały talerz i piwo. Sporo wspomnień z innych podróży i próba planów na kilka dni do przodu. Zabawa kończy się na balkonie przy kolejnych piwach około pierwszej.

Mapy

Więcej map do tej wyprawy tutaj, tutaj oraz tutaj.

Sielanka Liechtenstein

Ponieważ plan zakłada jazdę w górach, chcemy zrobić Markowi, nizinnemu chłopakowi przyjemność i planujemy trasę w kierunku do Vaduz w Liechtensteinie, by obejrzeć poukładane miasteczka w jednym z mniejszych państewek Europy. Rzeczywiście porządek, wszystko poukładane, ale gwar jakby ten sam, więc szybko zjazd w strefę podgórskich szlaków. Zamiast autostrady wybieramy drogę wolniejszą, dającą nam możliwość obejrzenia więcej i doznania spokoju natychmiast po wyjechaniu z miasta. Samochód – raz na jakiś czas.

Kierujemy się na południe, by zaraz zjechać w stronę Andermatt i przejechać przez Oberalp Pass. Zanim jednak tam dojedziemy parkujemy w malutkim Sumvitg, by sprawdzić czy namioty się sprawdzą podczas tej podróży. Kemping samoobsługowy. Wieczorem właścicielka kasuje po 8 euro od pyska. Cisza, spokój i wszechobecne szczyty gór. Wielogodzinne rozprawianie o podróżach w takiej scenerii to niebywała przyjemność.

Z jednej sielanki - Liechtenstein w drugą - Szwajcaria
Z jednej sielanki - Liechtenstein w drugą - Szwajcaria
Trochę z musu, trochę na przekór, wybieramy drogę przez Andermatt górną trasą Oberalp Pass, by ćwiczyć kolejne tuziny 180-tek. Dzielny Marek podąża równo z nami, choć nieco wolniej. My podziwiamy piękno szczytów. Po porcji lodów w pięknym szwajcarskim miasteczku i stacji narciarskiej Andermatt ruszamy do stacji kolejki z platformą, by za chwilę – już bez Marka – udać się na Furkapass. Platforma dla samochodów i motocykli czeka na Marka w Hospental. Jedziemy do siebie równolegle, lecz o parę pięter wyżej. W Oberwald Marek czeka z bananem na twarzy, opalając się na peronie. Po drodze podziwiamy rowerzystów, pokonujących te same trasy co my, tylko trochę wolniej.

Furka to trasa bardzo malownicza. Prowadzi między pasmami gór przy granicy kantonu Uri/Valais i włoskim regionem Ticino. Tylko kilka miejsc z serpentynami przypomina wcześniejsze wysokogórskie trasy. Wzdłuż rzeki Rhone zmierzamy już wszyscy razem w stronę Martigny we frankojęzycznej części Szwajcarii, by przenocować na kempingu. Nocleg jest sympatyczniejszy niż mogliśmy przypuszczać. Wobec zbliżającego się deszczu, postanawiamy nocować w bungalowie, którego oczywiście nie ma, ale w zamian oferują nam izolatkę przy gabinecie kempingowego lekarza. Całkiem fajnie. Prycze piętrowe ok.

W WC robimy biuro i planujemy nową trasę na dzień następny. W nocy mamy kilka wizyt chorych czy zdefektowanych mieszkańców kempingu, chcących pomocy lekarza. Niestety dysponujemy tylko paroma środkami na ból głowy.

Vizille – smutne miejsce polskich pielgrzymów

Wobec planowanej drogi, wysokogórskiej i bardzo krętej, proponujemy Markowi trasę przez Chamonix Mt. Blanc w stronę Albertville, gdzie wypada kolejny nocleg. Po czasie okaże się, że trasa jest wprawdzie krótka, ale równie kręta jak nasza. Cóż, Marek przeżywa.

Wjazd i zjazd do Andermatt
Wjazd i zjazd do Andermatt
Po drodze przekraczamy masyw górski na przełączy St. Bernarda na 2500 m n.p.m. i granicę włoską. Pełne słońce, widoki marzenie, dziesiątki zdjęć i krótkich przystanków. Zanim wjedziemy w góry pełne zakrętów Dudek traci linkę sprzęgła. Decyzja szybka. Element blokady flagi z mojego masztu ląduje na końcówce linki i jedziemy dalej. Tymczasem Marek poinformowany o awarii szuka serwisu Yamaha i zamawia linkę z dostawą do Ghisonaccia na Korsyce!

Aosta to wielkie miasto, które jak najszybciej chcemy opuścić, ale po drodze nie możemy się oprzeć typowo włoskiej kuchni w malutkiej rodzinnej knajpce. Pasta, białe pieczywo, woda do popicia. Mniam.

Droga SS26 okazuje się wyjątkowa pod względem krajobrazowym. Chcemy jechać w górach do oporu przez Beaufort o nad jeziorem napoić się kawą, lecz czas upływa tak szybko, że musimy uciekać drogą oznaczoną we Francji jako N90 w stronę Albertville. Linka zamówiona, Marek wypoczęty i po zakupach w miejscowym markecie udajemy się na zasłużony odpoczynek. Pakujemy się do taniego hotelu przy autostradzie. Nazajutrz pełne słońce zachęca do szybszego wstawania i ruchów w stronę Grenoble, by zaraz zjechać w stronę Drogi Napoleona (N85). Nie odpowiada nam wypychanie Marka na autostrady, wszak jest to wspólna wyprawa. Jednakże uznajemy, że lepiej skorzystać z obietnicy Marka, że na Korsyce będzie codziennie gotować obiady, nie zawsze jadąc z nami w tamtejsze góry, niż martwić się o jego psychikę.

Wiejski kemping szwajcarskiej doliny, Sumvitg
Wiejski kemping szwajcarskiej doliny, Sumvitg
Szybki przejazd Marka do Savony przez góry i autostradami. My w stronę Grenoble drogą szybkiego ruchu N90, a potem minąwszy centrum wielkiego miasta do Vizille, by po chwili trafić w miejsce wypadku polskiego autokaru z pielgrzymami. Obok polskiego pomnika znajduje się płyta poświęcona Belgom, którzy lipcu 1973 tym samym miejscu też mieli wypadek – zginęły wówczas 43 osoby. Pokłoniwszy się nad miejscem, ruszamy wolniej do góry, sielankowo przejechać drogą N85 Napoleona do Cannes.

Wspólna kolacja w Savona

Droga Napoleona, jaką pamiętam z czasów studenckiego wyjazdu okazuje się kichą w porównaniu z trasami alpejskimi. Po pierwsze – połowa drogi to przepychanie się wśród wariacko jeżdżących Francuzów, bez widoków. Jedziemy w oczekiwaniu na wrażenia otwierające nam gęby, ale nic z tego. Dopiero przed Digne Les Bains nocleg w oberży, która jest na tyle przyjacielska, że sami obsługujemy bufet, a kolacja z motocyklami pod daszkiem z płacht trzciny do późnych godzin nocnych daje dużą frajdę. Nazajutrz powolne wstawanie, bo w świadomości mamy długą trasę przez Lazurowe Wybrzeże do Savony, gdzie Marek czeka z kolacją.

Przejazd przez Cannes
Przejazd przez Cannes
Wjazd do Cannes w strojach pełnego motocyklowego wyposażenia jest czymś kosmicznym w porównaniu z ubiorem lokalesów na podobnych motocyklach. Szybka decyzja i w miejscu mniej dozwolonym przebieramy się w mniej krępujące stroje, jednakże bez przesady. Żar z nieba, stop and go, milion turystów wzdłuż głównej promenady nadmorskiej nie jest przyjemnością. Dlatego uznajemy, że zrobienie kilku fotek nam wystarczy. Ja chcę jeszcze pokazać Monte Carlo i Monaco, ale roboty drogowe powodują straszne korki. Przejazd w grupie motocyklistów po wąskich uliczkach, objazdami, za autokarem nie mieszczącym się na zakrętach, skręty 180 stopni, pod górę w tłoku – to ekstremalne doświadczenie, szczególnie dla Ivy. Spisuje się dzielnie. Jedynie wiązanki jakie lecą pod moim adresem są nie do powtórzenia. Lepiej czujemy się jednak w naturze, a w Monaco króluje blichtr i egoizm. Szybko opuszczamy to miejsce, kierując się do autostrady do Savony.

Bez problemu o godzinie siódmej wieczorem spotykamy się z Markiem w porcie, by potwierdzić rezerwacje promu na szóstą rano. Marek nie próżnował i znalazł dwa kilometry od naszego noclegu knajpę. Lokalna kuchnia śródziemnomorska była wyśmienita. Objedzeni i napojeni jak bąki usypiamy szybko, by jeszcze szybciej wstawać.

Ledwo wybudzeni na promie na wyspę
Ledwo wybudzeni na promie na wyspę
Po raz pierwszy mamy się znaleźć na wyspie, która znana jest podobno jako jedyna z tak dużą ilością dwutysięczników. Ciepło już od szóstej rano. Kolejka na prom okropna, a podróż w miękkich fotelach daje naszym tyłkom wytchnąć przez cztery godziny. Prom jak każdy inny, jedynie namalowany Maur na kominie wskazuje, dokąd płyniemy. Basen okupuje grupa Rosjan, a reszta już się opala na leżaczkach. Tylko motocykliści jak zwykle zwarci i gotowi, w kosmicznych ubraniach.

Przejazd z Bastii do Ghisonaccia to 80 kilometrów walki z tłokiem i notoryczne łamanie przepisów. Parę razy się gubimy. Marina d`Oru to miejsce wybrane pieczołowicie przez mojego znajomego. Piękne miejsce z wielką czystą plażą, apartamenty super, a sumaryczny koszt na głowę na tydzień to 300 zł. Po czasie dojdziemy do wniosku, na Korsyce nie warto rezerwować jednego miejsca jako bazy wypadowej, ale o tym później.

Trochę Polaków, Rosjan, Niemców, prawie wszyscy bladzi jak my. Przykry widok czerwonych skór. Planujemy pierwszą wycieczkę w góry, a Marek zabiera się za gotowanie. Przyjemna perspektywa.

Pierwsza górska wycieczka, pierwsze rozczarowanie

Pobyt na wyspie zaplanowaliśmy razem i ma to wyglądać następująco: po przyjeździe zapoznajemy się z lokalnymi warunkami w ośrodku, gdzie mamy apartament. A więc spokojnie obchodzimy wszystkie możliwe punkty wydawania lekkich i mocniejszych napojów. Następnego dnia bierzemy na celownik plaże i byczenie się po jeździe. Najbardziej z takiego obrotu sprawy cieszy się Iva, wszak obiecałem jej ciepłe wakacje po zeszłorocznej mokrej Norwegii.

Wolny chów. Codzienność jak greckie kozy
Wolny chów. Codzienność jak greckie kozy
Wieczorem zbieramy kasę do wspólnego kapelusza, niezbyt głębokiego, a ja ruszam z Markiem na zakupy do miasta, czyli Ghisonaccia. Market ze znanej w Polsce sieci Leclerc okazuje się świetnie zaopatrzony – robimy zakupy na kilka dni. Wózek jest pełen smakołyków, o których tylko Marek wie co z nich powstanie. Nasze motocykle z bocznymi sakwami plus torby na kierownicach są bardzo pojemne.

Następnego dnia zbieramy tyłki na siodełka i jedziemy we czwórkę w pierwszą wycieczkę górską w kierunku Priopriano. Czeka na nas piękna zatoka, widoki na lagunę i smakołyki w przydrożnej oberży. Zaczynamy o dziewiątej. Ruszamy w stronę Ghisoni, prostopadle do wybrzeża, by szybko znaleźć się w górach. Jesteśmy wszyscy spragnieni zakrętów i widoków górskich szczytów. Pełne słońce. Droga bardzo dobrej jakości, choć z mapy wynika, że podrzędna. Trochę się odzwyczailiśmy od jazdy w górach, ponadto w Alpach drogi są szersze i jakościowo oczywiście lepsze. Cała trasa obliczona jest na całodzienną wycieczkę 250 kilometrów i powrotem na godzinę 17., by wspólnie zjeść obiad zrobiony przez Marka. Po przejechaniu połowy trasy do Priopriano, często się zatrzymując na zdjęcia, orientujemy się, że nie zdążymy zrealizować planu. Z Ghisoni zjeżdżamy między pasmami gór ze szczytami 2000 m n.p.m. przez Zicavo, Santa Maria-Siche do bardzo dobrej drogi i dalej na południe do Petreto Bicchisano, gdzie następuje zwrot w stronę domu.

Tak pięknie było codziennie
Tak pięknie było codziennie
Nie lubimy jazdy po ciemku i na wariackich papierach, więc około 15.30 zwijamy się do Marka. Przez góry do Serrai dalej przez Zonza zjazd w dół z dziesiątkami agrafek do wybrzeża do Solenzara. Zjazd drogą wzdłuż rzeki Solenzara to widoki najgłębszego kanionu Korsyki i wiele miejsc z kanioningiem. Wysoko w górach kilkadziesiąt kilometrów jedziemy mokrym asfaltem bezpośrednio po mocnej burzy. To standard w tym miejscu i o tej porze. Dalszy odcinek to nudna droga wzdłuż wybrzeża. Można jechać szybciej, ale zmęczenie daje się wszystkim we znaki i do Ghisonaccio zjeżdżamy około 20. Ściemniło się szybko. Prawie jak zimą w Polsce o tej porze już jest ciemno.

Obiad pierwsza klasa. Marek bardzo dobrze gotuje. Trasa z pierwszego dnia okazuje się zbyt wolna, by przejechać 240 kilometrów zatrzymując się na zdjęcia, delektując widokami strzępiastych pasm górskich i szczytów do 2000 m n.p.m. Niestety wrzesień w górach to pora zmiennej aury i w tym również dniu mamy obawy, czy ominiemy zachmurzenie w wyższych partiach gór. Udaje się. Potem tak dobrze już nie będzie.

Trochę lepsza trasa

O dziewiątej rano ruszamy według planu z Ghisonaccia do Corte w górach i dalej do Calvi z zamiarem zwiedzenia również I`lle Rousse, St – Florent. Namówiłem wszystkich na kawałek drogi zielonej, ale jeszcze bardziej podrzędnej. Wcześniej jednak na jednej z prostych spotykamy stado owiec – zatrzymujemy się na sesję zdjęciową. To zły pomysł: Duduś „wprowadza” się w mój kufer, wyłamuje kierunek i wygina wydech. Wspólnym sumptem reanimujemy to, co konieczne.

Przed apartamentem w Marina d`Oru
Przed apartamentem w Marina d`Oru
Cała trasa obliczona na 310 kilometrów wydała się nam wcześniej bardzo realna. Już pierwszy odcinek daje jednak w kość: droga wąska na jeden samochód, mnóstwo zakrętów między 90 a 180 stopni i na dodatek bez widoków. Jazda wśród krzaków jakich w Polsce wiele, a więc krajoznawczo kompletnie bez sensu. Wjeżdżamy wyżej do miasteczka typowego dla Korsyki. Cisza, spokój, kawiarenka, piekarnia, parę osób na ławce w tzw. centrum przy kościele. I kolejna ciekawa sytuacja. Otóż mam w zwyczaju nakręcać kamerą GoPro prawie wszystko, co się nawinie na licznik. Przy pytaniu się o drogę mieszkańca pada jednak kategoryczne życzenie wyłączenia kamerki. Korsykańczycy nie życzą sobie kręcenia filmów, nie tylko z nimi, ale w ogóle w ich obecności. Generalnie są jednak bardzo uczynni i mili – ale od momentu wyłączenia GoPro.

Corte to miasteczko znane ze swojego strategicznego ongiś położenia. Dawna stolica Korsyki. Twierdza umieszczona w najwyższym punkcie miasta, otoczona wieloma uliczkami z charakterystyczną zabudową dla wszystkich miast wyspy. Wiele śladów po lokalnych wendettach lub porachunkach z Francuzami z kontynentu. Droga do L`lle Rousse okazuje się piękną nadmorską trasą, z lagunami w kolorze turkusu w pełnym słońcu. Jazda wzdłuż wybrzeża nie należy jednak do przyjemnych ze względu na ogrom samochodów i dużo miejsc, w których należy zwolnić. Drogi wewnątrz wyspy są jednak przyjemniejsze. Zwiedzamy miasto Calvi z zabytkami warownymi, a droga powrotna przeznaczona jest na odpoczynek na plaży w jednej z pięknych zatoczek. Zjeżdżamy 300 metrów w stronę otwartej plaży, by zażyć wspaniałych chwil w wodzie w kolorze turkusu i jeszcze o tej porze mocnego słońca. Plaża niestety oddala się tak szybko jak została znaleziona. Powód prosty: jest prywatna. Wracamy wolno. Dodatkowo gubię grupę na jednym z rond w natłoku samochodów. 20 minut wzajemnego szukania się opóźnia powrót na wspaniały obiadek. Marek znowu nas zaskakuje i oprócz chłodnego piwa raczy wspaniałymi kurczaczkami z ryżem. Wieczór spędzamy na wymianie dzisiejszych wrażeń.

Lajtowe chwile

Ja i Iva zostajemy na gospodarce, mamy zrobić obiad. Marek postanawia zrobić wycieczkę z pozostałymi chłopakami do Bonifacio na południu wyspy. Trasa łatwa, bez konieczności przejazdu przez kręte drogi środka wyspy. Cała trójka ruszyła w drogę, a ja zapraszam na plażowy spacer niepocieszoną brakiem wczorajszego plażowania Ivę. Wieczorna biesiada nie jest już tak smaczna jak Markowa, ale za to było jest opowiadać po wyjeździe do Bonifacio. Chłopaki zwiedzili klify i charakterystyczne zabudowania na skałach. Kupili drobiazgi kobietom i kiedy już kończymy swoje opowieści, idziemy na plażę. Później trzeba pakować Dudka, Mosia i Marka do drogi powrotnej.

Pointe de la Parata pod Ajaccio, miasto urodzin Napoleona
Pointe de la Parata pod Ajaccio, miasto urodzin Napoleona
Rano odprowadzam z Ivą całą trójkę do bramy głównej – dla nich motocyklowa wyprawa się kończy. Ja ostatni dzień chcę wykorzystać na indywidualną wycieczkę do Ajaccio, miejsca urodzin Napoleona, a Iva zażywa kąpieli słonecznych. Przejazd przez góry solo okazuje się bardzo przyjemną wycieczką. Trasa po części jest już rozpoznana podczas pierwszej wspólnej podróży. Piękna pogoda, idealne warunki do jazdy motocyklem. Wiele zdjęć i nagrań na GoPro. Wjazd do Ajaccio w dzień powszedni nie należy jednak do przyjemności. Jak każde miasto w Europie pełne jest samochodów i turystów. Wybieram z mapy miejsce, które chcę odwiedzić – Pointe de la Parata. 12 kilometrów wzdłuż zbocza i drogi z pięknymi posiadłościami lokalnych bogaczy. Silny wiatr wywołuje ogromne fale, wielu turystów zmierza na sam koniuszek wyspy. Za wszystko trzeba płacić: za przejście, za parking. Jedynie moja deklaracja zrobienia kilku zdjęć i szybkiego powrotu umożliwia darmowy wjazd kawałek dalej.

Miasto w części portowej to typowe miejsce dla wielu promów, statków wycieczkowych. Targ z wieloma straganami lokalnych producentów wędlin, serów, innych smakołyków jest atrakcją tego dnia. Wszystkie ślady Napoleona dobrze pokazane. Zakup paru korsykańskich pamiątek i powrót do Ivy. Tradycyjnie przejazd przez góry odbywa się w scenerii ciemnych deszczowych chmur i oczywiście burza zmusza mnie do wolniejszej jazdy. Później Iva wspomina o swoich obserwacjach tychże samych chmur z pozycji słonecznej plaży Ghisonaccia w czasie, kiedy ja przez nie przejeżdżałem.

Do przodu, do Svarowskiego

Bilety na prom mamy na godzinę 13.00. Zapas czasu okazuje  się zbawienny, ponieważ przejazd przez Bastię to walka o miejsce i czas. Droga do promu prowadzi nas do tunelu, a tam trafiamy na wypadek. Szybka decyzja i cofamy do starego centrum miasta. Tam trafiamy na korek spowodowany przez autokar z Czech – robi się późno, przeciskamy się na żyletkę, by zdążyć na prom. Udaje się w ostatniej chwili.

To prawie w domu. Czechy przed granicą z Polską
To prawie w domu. Czechy przed granicą z Polską

Plan jest prosty: jadąc z chłopakami przez Austrię nie daliśmy rady wstąpić do Svarowskiego, ruszamy więc do Wattens. W Livorno szybkie przebieranie się i droga do najdalszego miejsca, gdzie znajdziemy nocleg. Nazajutrz po obfitym śniadaniu jedziemy w stronę Innsbrucka. Na stacji autostradowej w okolicach Brenner wywiewa mi z kurtki bilet. Spisują mnie i dają kwit do zapłaty.

W Wattens zwiedzanie muzeum i sklep Svarowskiego, szybkie zakupy . Zakupy się dokonały i krótko przed zamknięciem ruszamy dalej w drogę do najbliższego campingu z bungalowem. Na namiot nie mamy ochoty. Później jeszcze nocleg w Czechach, błądzenie przed Brnem i docieramy do Wrocławia. Kolejna motocyklowa wyprawa zakończona sukcesem.

 

Dedykacja

Opis naszej wycieczki dedykuję Markowi Soleckiemu, facetowi, który nie znosi jeździć nad przepaściami, do góry i w dół po milionach zakrętów, a jednak się z nami wybrał.

7 KOMENTARZE

  1. 7 lipca 2012 roku wyruszyliśmy 4 śmiałków wyruszyło w Alpy
    Austriacko – Włoskie i Dolomity . Motocykle to 2 Hondy , Triumph / ci start Oadowice/ i BMW / start z Bolesławca/ spotkanie w Austrii , umówione miejsce , i wspólny dojazd na nocleg w miejscowości Lofer koszt 25 eu wraz z śniadaniem. 8.VII wyjazd do
    Silan tam nocleg koszt 25eu wraz z śniadaniem, następnie nocleg Commezzadura też koszt 25 eu ze śniadaniem , następny dzień to Obergurgl tam nocleg 20eu bez śniadania i dodakowa zapłata za spezątanie 8 eu na cztery osoby i powrót do Lofer , tam ostatni nocleg 13,VII powrót do kraju.
    Podróże szczytami Cortina d. Ampezzo 1224 m, Dolomiti Passo Gian 2236m, Passo Gavia 2652, Mantstelle 2171m, Passo Stelvio 2760m, Timmelsioch-Hochalpenstrasse 2509m. Grossglockner 3798m. Trasa zaplanowana i noclegi wybrane przez kolegę Magic – super by jeszcze była lepsza pogoda , ale na to juz nie miał większego wpływu. Koszt niewielkia atrakcji dużo, Koszt w granicach 2000 pln. Polecam

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here