Yamaha jest atrakcyjna już w formie wyjściowej, należy natomiast pamiętać, że pomyślano ją jako bazę do budowy własnego customa. Można więc obwiesić ją dodatkami w wybranym przez siebie stylu i stworzyć własnego cafe racera, trackera, scramblera lub tatara. Wróć, tatara nie…
W każdym razie producent przewidział szereg ułatwień dla domorosłych designerów. Oprócz worka fabrycznych akcesoriów pojemnego jak krakowskie Błonia w czasie wizyty papieża są tu takie drobne patenty jak np. zdejmowane panele osłony zbiornika paliwa. Tak, tak – to co na zdjęciach skrzy się soczystą zielenią może bez demontażu całego zbiornika szybko stać się w rękach zdolnego lakiernika wariacją na temat yellow bahama lub czerwieni typu corrida.
Swoją drogą, drapiąc się w zmęczone upałem czoło w kolorze „świnka Peppa pink” zachodzę w głowę, skąd marketingowcy tworzący nazwy lakierów dla wszelkiej maści pojazdów czerpią inspiracje…
Karnawał dodatków
W związku z powyższym mój egzemplarz, egzemplarz pokazowy, przykład japońskiej siły wzorniczej i miś na miarę możliwości importera nie może być zwykłym, nagim XSR700. Moje oczy cieszą się na widok akcesoryjnego wydechu Akrapovic, który budzi całą okolicę efektownymi wiatrami i udanie symuluje okrągły literek albo i więcej pod bakiem.
Zmęczone pracą umysłową pośladki z radością układają się na kanapie pokrytej delikatnym a’la zamszem, stylowo prążkowanej jak dorodna dżdżownica w czasie dżdżu. Fikuśna aluminiowa mini-owiewka zaprasza, by umieścić na niej numer startowy. Akurat mam numerek w NFZ na „zadwamiesiące” więc mnie kusi (pani w rejestracji na wszelki wypadek wpisała mnie ołówkiem, gdybym nie doczekał).
Osłony dłoni wsparto na solidnym metalowym pałąku, który wspiera na duchu całą kierownicę. Creme de la creme i Paris Saint Germain konceptu XSR700 są brązowe boczne torby z woskowanego płótna, które wpisują się w stylistykę motocykla tak idealnie, jak robotnicza pięść w pulchny policzek inteligenta.
OK, pakiet informacji przekazanych przez oko do mózgu każe wysnuć temu ostatniemu wniosek, że jest bosko. Ale w końcu czas się przejechać i skonfrontować cukierkową powierzchowność ze znojem warszawskich asfaltów. Pamiętam, że wyrośniętym amatorem pustych kalorii będąc, straszliwie gniotłem się na filigranowej MT-07.
