Od wioski do wioski

Następnego dnia po śniadaniu wita nas odziany w skóry Stefan Otz, szef miejscowej organizacji turystycznej i jednocześnie zapalony harleyowiec. Na swoim naszpikowanym dodatkami motocyklu prowadzi nas na przejażdżkę po swoich ulubionych okolicznych trasach. Na jednej z dróg, którymi jechaliśmy poprzedniego dnia służby usuwają właśnie spore głazy, które obsunęły się i spadły na jezdnię. Taki urok, ktoś może mieć niefart. Objeżdżamy urocze wioski, mijamy średniowieczne obwarowane miasto Thun i docieramy do Sigriswil, w którym mamy okazję przejść się kładką dla pieszych podwieszoną na metalowych linach. Nie ma w niej nic niezwykłego, poza tym że niektórzy czują spory dyskomfort dyndając 180 metrów nad płynącą w dole rzeczką. Mnie to przerosło i czekając na kolegów przeniosłem się na sąsiadujący z mostem placyk, na którym właśnie odbywała się jakaś garażowa wyprzedaż.
Duma i kalorie

Nawijamy kolejne kilometry wśród pól i winnic, docierając do restauracji z kapitalnym widokiem na jezioro Thun, gdzie jemy obiad. W tym miejscu chciałbym wspomnieć o lokalnej kuchni, przy której nasz schabowy z kapustą to dietetyczny listek sałaty. Szwajcarzy kochają ser – pod każdą postacią i w każdej ilości. Mój apetyt jest legendarny wśród moich znajomych, jeden kebab na cienkim tylko mnie drażni. Ale kiedy na stole ląduje micha zasmażanych ziemniaków przykrytych grubą warstwą stopionego sera, na którym żółci się dumnie jajko sadzone, odpadam po połowie porcji, a cholesterol zalewa mi oczy. Ależ to jest pyszne!
Ucinam sobie pogawędkę z gospodarzami i pytam o ich punkt widzenia na własny kraj. Okazuje się, że prawie wszyscy Szwajcarzy są bardzo przywiązani do obowiązującego tam systemu politycznego, który uważają za optymalny, praktyczny i działający, czyli zupełnie jak u nas :) Dzięki niemu ludzie mówiący innymi językami wciąż chcą tworzyć wspólne państwo, które w dodatku przez setki lat opiera się kryzysom.

Korzystając z dobrej pogody kierujemy się na Lauterbrunnen, położone w słynnej Dolinie 72 Wodospadów. Wierzę na słowo, że jest ich aż tyle, a woda spadająca z dużej wysokości z obu stron doliny robi kolosalne wrażenie. Gdybyśmy mieli więcej czasu, moglibyśmy odwiedzić również podziemną część tego kompleksu. Można tam podziwiać jedyne w Europie dostępne dla turystów podziemne wodospady, wśród których wytyczono specjalną trasę. Dolina popularna jest także wśród base jumperów, chociaż skok ze spadochronem z kilometrowej wysokości ściany skalnej nie jest chwilowo na liście moich marzeń. Okazuje się, że idealnie wyczuliśmy pogodę – ledwie meldujemy się na powrót w hotelu, a na zewnątrz atakuje prawdziwa ściana wody, która nie opuści nas przez najbliższe dwa dni.
Kraina sera

Środowy poranek wita nas ciężką szarością i nie zachęca specjalnie do jazdy. Kierujemy się w stronę Berna, wciąż nieformalnej stolicy Szwajcarii. Skąpana w deszczu autostrada i towarzystwo wzbijających fontanny wody ciężarówek skutecznie psuje nam humory, przez co zwiedzanie Berna nie wydaje się jakąś szczególną atrakcją, szczególnie w przemoczonych ubraniach. Owszem, jest to bardzo ładne miasto z pięknie utrzymaną starówką, ale o magnetyzmie Szwajcarii decydują przede wszystkim jej mniej ucywilizowane rejony.
Ruszamy w kierunku regionu Emmental, słynącego z produkcji serów. W miejscowości Affoltern odwiedzamy dużą serowarnię, gdzie poznajemy tajniki produkcji tego złotego skarbu gastronomii. Zwiedzamy również historyczne budynki i oglądamy pokaz wytwarzania sera w tradycyjnej technologii sprzed lat. W miejscowej restauracji jemy obiad składający się głównie z sera – prawdziwe, aromatyczne fondue. Ser, ser wszędzie…

Obżarci po korek ruszamy w kierunku przełęczy Glaubielen. Trasa wpisana jest na światową listę biosfery UNESCO i obiecuje świetne widoki. I na pewno byłyby świetne, gdybyśmy nie jechali w zawieszonej chmurze, choć spowita w bieli wąska droga też ma masę uroku. Trzeba jednak podkreślać ten urok dużą ilością Gore-Texu w ubraniach, inaczej grozi nam humor jak z filmów, nomem omen, gore. Po drugiej stronie przełęczy położona jest miejscowość Giswil, w której odwiedzamy miejsce niezwykłe, będące prawdopodobnie kolejnym zamorskim terytorium USA.

W amerykańskim garażu
W warsztacie Lex Power nagromadzono więcej amerykańskich aut niż na autostradzie pod Los Angeles w godzinach szczytu. Właściciel jest pasjonatem i każdą chwilę poświęca na restaurowanie motoryzacyjnej klasyki zza oceanu i tworzenie potężnych customów, z których wielu nie może nawet na miejscu legalnie odpalić. Widok garażu pełnego lśniących, perfekcyjnie odnowionych, gotowych do sprzedaży aut przypomina ekran startowy jednej z gier wyścigowych. Na miejscu działa też klub muzyczny utrzymany w tym samym klimacie. Na koniec dnia, zmęczeni i kompletnie przemoczeni docieramy do naszej nagrody, czyli przepięknie położonego starego hotelu Paxmontana w miejscowości Flueli-Ranft, żywcem wyjętego z zabytkowych pocztówek. Duża ilość gorącej wody i kolacja w stylowej, tonącej w drewnie hotelowej restauracji skutecznie poprawiają nastroje.

