Realia Elefanta dla osób przyzwyczajonych do minimalnych standardów higienicznych będą koszmarem. Nieliczne umywalki wykonane z budowlanych wiader i toalety, które już z daleka odstraszają wonią każą zastanowić się jak i gdzie taka ogromna rzesza ludzi realizuje swoje potrzeby fizjologiczne.
Zagadka wyjaśnia się szybko, kiedy pytamy do czego służy charakterystyczny śniegowy murek stojący w pobliżu naszego namiotu. Tak – to pisuar. Jeżeli więc jesteś uzależniony od mycia rąk przed jedzeniem i trudno ci znieść brak codziennego prysznica, to o wyjeździe na Elefanta lepiej zapomnij.
Bliżej sobotniego południa na terenie zlotu pojawia się coraz więcej gości, którzy zaciekawionymi oczami i obiektywami rejestrują szczegóły tej przedziwnej imprezy. Część uczestników powoli zbiera się do domu. Ktoś walczy ze starą Vespą, która ani myśli zapalić, ktoś inny z uśmiechem na ubłoconej twarzy pomaga wypchnąć z zaspy obładowanego Gold Winga.
Coś, co skojarzyło nam się w pierwszej chwili z cyrkiem jest czymś więcej – to festiwal motocyklowych artystów, indywidualistów i pozytywnych świrów. Każdy z nich kocha motocykl inaczej – jeden wyraża to uczucie szmatką i ciepłą wodą, inny błotem i kurzem, gdzie zabiera swojego przyjaciela by był blisko niego. Lwia część motocykli obecnych na zlocie to stareńkie konstrukcje, które w doskonałej formie trzyma tylko miłość ich właścicieli. I tę prostą, męską miłość do maszyn widać tutaj w oczach każdego uczestnika.
Rześkie powroty
Czas wracać. Niespiesznie zbieramy bambetle żegnani przez kolejną polską ekipę związaną z ruchem Rat Bike. Robimy pamiątkowe zdjęcia, zapraszamy się wzajemnie i w dziwnym nastroju opuszczamy miejscowość Solla – światową rekordzistkę w kategorii ilość turystów przypadających na głowę mieszkańca.
Słońce nie pozwala o sobie zapomnieć. Mimo jego blasku jest zdecydowanie zimniej niż wczoraj. Ostrożnie wyjeżdżamy – trochę jak królowie żegnani szpalerem motocykli.
W głowach wciąż dźwięczy nam muzyka wszystkich możliwych silników, które słyszeliśmy na Elefancie. Nasze ubrania wciąż roztaczają woń dymu, a oczy widzą motocyklowy świat inaczej – znacznie szerzej i głębiej.
Wyjazd na Elefanta uświadamia bezsens sporów o lepszy motocykl, szybszą jazdę czy prawdziwość czyjejś pasji. To właśnie takie miejsca udowadniają istnienie kultury motocyklowej – wspólnych wartości, które łączą nas niezależnie od posiadanego sprzętu – jego ceny, marki czy typu.
Robi się zimno. Temperatura spada w okolice zera, wzmaga się zimny, porywisty wiatr. W myślach dziękujemy naszym partnerom, Macnie i Brubeckowi, za ubranie nas od stóp do głów w naprawdę porządne ubrania. Dobra bielizna termiczna podczas takiego wyjazdu to absolutna konieczność.
Wkładamy na siebie po drodze wszystko, co mamy – puchowe swetry i kombinezony przeciwdeszczowe. Wyglądamy jak ludziki Michelina, mamy nawet kłopoty aby wsiąść na motocykle, ale przynajmniej jest nam ciepło.
