Zima nadchodzi. Tak mówił Jon Snow. I to chyba jego imieniem powinniśmy nazwać kompleks końca sezonu. Wrzesień na półmetku, za oknem rano coraz zimniej, w ciagu dnia upały… 

Kiedy czytam na grupach ogłoszenia o zakończeniach sezonu, czy zapytania o miejsce do zimowania, to coś mnie boli w środku. Może to widmo nieuchronnego urlopu od dwóch kółek, a może ubolewanie nad miękkością przyrodzeń innych współmotocyklistów.

No bo jak inaczej oceniać hasła typu – “sezon się kończy, więc…”, kiedy w ciągu dnia mamy pełne słońce i ledwo kilka chmurek na niebie. Nie, to nie propaganda paranoi związanej z globalnym ociepleniem. To stwierdzanie faktu – już dawno zmieniły nam się warunki klimatyczne. Kolejny rok, kiedy praktycznie zimy nie było, a moja przerwa od jeżdżenia trwała zaledwie kilka tygodni. Tak, wiem nie każdy tak ma. Nie ma co się na tym skupiać, bo zaraz wejdziemy na tematy związane z tym czy ziemia jest płaska, Covid to kolejna zmowa, a z drugiej strony efekt cieplarniany jest tak naprawdę gniewem jednego czy drugiego boga za porno, rowerzystów i LGBT…

No więc kiedy już we wrześniu czytam bzdury o kończeniu sezonu i odstawianiu maszyny na zimowanie, to zastanawiam się czy to piszą ci sami ludzie, którzy w tym samym okresie wstawiają do sklepów czekoladowe mikołaje, a w lutym starają się nam wciskać króliczki, pisanki i pistolety na wodę. Zakończenie sezonu… kiedy to słyszę, to mam poczucie że gdzieś na świecie umiera kotek lub jakiś motylek postanawia zejść z tego padołu łez. Moje pytanie brzmi następująco – po co cokolwiek kończyć? Po jaką cholerę nam zakończenie sezonu, który w obecnych realiach jest co najwyżej na chwilę zawieszony. Tak, wiem że nie każdy może mieć ochotę mrozić dupę poniżej +15 st lub zwyczajnie nie mając garażu szuka sobie zawczasu miejscowy do zimowania motka. To jak najbardziej zrozumiałe.

Jednym z ekstremów, jakie zaobserwowałem w zeszłym roku, kiedy to jeszcze zgromadzenia były legalne, to cykle imprez masowych. Pisałem już kiedyś, jak bardzo mierżą mnie i nudzą zloty motocyklowe. Nie dziwi mnie jednak, że ludziom chce się spotykać, bawić razem i podziwiać swoje sprzęty (motocykle, ma się rozumieć). Bo fajnie jest wyrwać się na weekend, złapać gdzieś w lesie z innymi entuzjastami jazdy w skórach z frędzlami majestatycznie powiewającymi na wietrze i wspólnie nabzdryngolić się w rytmie disco polo i salwach śmiechów zagłuszających czyjeś odgłosy gwałtownego i niepohamowanego oddania naturze padliny, która jeszcze niedawno przypalała się nad rozżarzonym brykietem. Ja jednak nie o tym. Wiadomym jest, że różne organizacje tworzą sobie okazje i przygotowują dla gawiedzi imprezy motocyklowe praktycznie co weekend (a przynajmniej tak było). W minionym roku zaś sezon na rozpoczęcia sezonów trwał od maja do czerwca, a na pierwsze zakończenie ktoś wylał mi zaproszenie już w sierpniu…

Frustrujące jest to trochę. Bo impreza zawsze jest dobra, ale po jaką cholerę organizować imprezy na zakończenie sezonu? Co kieruje organizatorami? Sezon za chwilę się kończy, więc zamiast nawijać kilometry, wpadajcie do nas nawalić się jak szpadle? Bez sensu to trochę. Chodzi o zapijanie frustracji? Tylko po co w ogóle tworzyć te frustracje? Po co napędzać sobie doła? Pamiętam, kiedyś jak oglądałem jeszcze TV, w niedziele emitowana była reklama środka na uspokojenie, która zaczynała się od słów – już jutro poniedziałek, a w pracy stres… Wywoływanie stresu, a w naszym wypadku celebrowanie czegoś mocno negatywnego, co wprawia wielu w melancholię i tęsknotę za czymś co w sumie ciągle jest i ma się całkiem nieźle. Dla mnie zakończenie sezonu, to jak obchodzenie urodzin Hitlera… kompletnie bez sensu. Bluźniercze nawet. Skończmy z tym.

Moja propozycja jest następująca – obchodźmy rozpoczęcie sezonu cały rok. Na złość spadającym temperaturom cieszmy się tym co jest i co za chwilę będzie. Robi się zimno? Jasne, ale sezon się nie kończy, sezon zaraz się na nowo zacznie. Chcesz pić? Pij za to, żeby zima była krótsza. I tak będzie, bo to już nieuniknione, więc i efekt zabiegu szybko się pojawi. Po co się frustrować? Jak to pisał mistrz Sapkowski “coś się kończy, coś się zaczyna”.

3 KOMENTARZE

  1. Nie zgodzę się takim postawieniem sprawy. Należę do grupy która organizuje sobie rozpoczęcie, oficjalny zlot i zakończenie sezonu.
    Celem spotkań nie jest oddanie się tylko w okowy procentów, a rozmowy z uczestnikami, wspólna jazda
    i zwiedzanie okolicy w której w danym momencie się spotykamy.
    Nie należy wiec generalizować że wszystkie złoty to doprowadzanie się do zła.
    A kwestia jak nazwiemy okazję do spotkania to jakby inne rozważania, bo skoro mamy wiosnę, lato, jesień i zimę, to dlaczego nie różnicować okazji spotkań.
    Czy chcielibyśmy mieć tylko jedna nazwę na porę roku, czy chcielibyśmy mieć tylko jedna nazwę miesiąca, takie same imiona?

    • Dzięki za Twój komentarz. Wiesz, felieton jako forma literacka daje możliwość użycia satyry, by uwypuklić pewne stereotypy. Moje sądy jednak opieram o własne doświadczenie z realizowania i uczestnictwa w podobnych imprezach. Prawda jest taka, że zwiedzanie okolicy to parada, która trwa może 1h. Organizowana jest drugiego dnia zlotu (w soboty) i jadą na nią ci, którzy dobili w sobotę i nie są niedobitkami z piątku. Zloty zwykle trwają ok 3 dni. Parada, zabawy to jakiś 5% całości. Jakie są realia co do reszty spędzanego tam czasu… wie, kto był :)
      Co zaś tyczy się nazewnictwa – sugeruję jedynie, by nawet w nazewnictwie skupiać się na pozytywach. To tak jakby świętować jakąś klęskę, porażkę (no akurat obchodzimy rocznice powstań, ale to inna inszość). Ja wiem, że każdy pretekst do imprezowania jest ok, każda nazwa jest ok. Więc skoro każda nazwa i każdy pretekst są ok, to może sięgajmy jedynie po te ultra pozytywne? “Impreza z okazji nadejścia sezonu 2021”, “Coby długi sezon był party” etc etc :) Pozdrawiam, JD

  2. ” Prawda jest taka, że zwiedzanie okolicy to parada, która trwa może 1h. Organizowana jest drugiego dnia zlotu (w soboty) i jadą na nią ci, którzy dobili w sobotę i nie są niedobitkami z piątku. ”

    Nie musi to tak wyglądać.
    Jak to mawiają alkohol jest dla ludzi i nie mogę powiedzieć że u nas go nie ma, ale…
    Jak wspomniałeś w sobotę jedziemy i zajmuje to nam najczęściej od 10-18 tej, na spokojnie ze zwiedzaniem, tankowaniem, obiadem udaje nam się zrobić około 200km. Może nie jest to dużo ale na grupę ze zwiedzaniem starczy.
    Ilościowo jest to grupa ponad 30 motocykli, co daje ponad 95% osób na spotkaniu i nikt nie jedzie na bani.

    Pisałeś że należy skupiać się na pozytywach, czemu ma więc służyć uwypuklanie stereotypów negatywnych o motocyklistach i ich spotkaniach?
    Wiem że są takie zloty gdzie bania i spanie, a motocykl przywieziony na lawecie na pokaz, ale są też aktywniejsze grupy które nie tylko na tym się skupiają

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.