Prawo drogi – motocyklowa powieść sensacyjna. Odcinek 18: Ruda

-

To niesamowite jak gładko udało się pozamiatać tematy i to jedynie za cenę dwóch telefonów oraz pięciuset tysięcy złotych złotówka po złotówce zebranych od anonimowych darczyńców. Kiedy następnego dnia budziłem się nieco już lepiej wyspany i mniej obolały, w głowie grały mi Alibabki śpiewając “Jak dobrze wstać skoro świt”… mój stary był melomanem, w baniaku mam mnóstwo takiego szajsu.

W poprzednim odcinku:

Prawo drogi – motocyklowa powieść cykliczna. Odcinek 17: Wszystko na telefon

No ale następnego ranka, zaraz po akcji stulecia kiedy prostowaliśmy z Siwym wszelkie namnożone dookoła nas krzywe tematy, świat naprawdę wydawał się nieco jaśniejszym miejscem. My dochodziliśmy do siebie, kosa między Wagabundami a Diamondsami była chwilowo nieaktualna. Rzeczy zaczynały się układać… pozornie.

Krzyki na korytarzu wydały mi się cokolwiek alarmujące.
Dokańczałem właśnie kawałek suchego chleba pszennego, ponieważ jak zwykle szynki wystarczyło mi na dwie z trzech kromek. Popijałem mocno osłodzoną herbatą przygotowywaną zapewne w jakimś wielkim garze, zupełnie jak na koloniach. Siwy był w całkiem podobnej sytuacji, z tym że chyba mniej zwracał na to uwagę, bo siedział w telefonie scrollując Facebooka albo Instagrama.

No więc krzyki, tak. Coś komuś wyraźnie nie pasowało. Byłem przekonany, że słyszę Helgę – naszą ostrą pielęgniarkę, która była w stanie usadzić nawet gangusów w skórach. Przekrzykiwała się z jakąś dziewczyną nalegającą by ją przepuścić.
Spojrzeliśmy na siebie z Siwym rozbawieni współczując owej nieświadomej swojego losu niewieście, kiedy głos w korytarzu jakby się nasilił. Dziewczę najwyraźniej przedzierało się bliżej i bliżej niepomne protestów pracowników szpitala.
I wtedy do nas dotarło! Uderzyło jak obuch, jak pieprzony piorun niosący objawienie. Przecież obaj znaliśmy ten głos. Obaj znaliśmy osobę o tak ostrym charakterze, że nawet Helga nie byłaby w stanie jej sprostać…

Drzwi do sali rozwarły się zamaszyście, a w nich stanęła Majka. Kręcone włosy koloru gasnących płomieni upięła w kok. Miała na sobie minimum makijażu. Tyle, żeby nadal zwalać z nóg, lecz na tyle mało by ogarnąć się w piętnaście minut przed wyjściem z domu. Miała na sobie moją starą bluzę z logo Polibudy…

Spojrzenie miała jak wściekła osa, lecz to jej nozdrza wskazywały na stan wysokiego wzburzenia. Uwielbiałem to, bo kiedy się irytowała zaczynala oddychać przez nos, a wtedy dziurki powiększały jej się jak u rozsierdzonego psa. Najwyraźniej nie spodziewała się mnie zastać w jednym pokoju szpitalnym z Siwym. Można by pomyśleć, że pewnie by się przejęła, lecz najwyraźniej wkurzyło ją to jeszcze bardziej.

Bezceremonialnie zatrzasnęła drzwi pielęgniarce przed nosem uciszając ja na jakiś czas. Ja zaś poczułem, że robi mi się zimno. Naprzeciw miałem bladego Siwego, który patrzył na Majkę z takim samym przerażeniem jak ja.

– Co wyście znowu odj#bali? – warknęła.
Jasne, miewaliśmy z Siwym w przeszłości dziwne pomysły, ale ciągle uważam że nieco przesadziła z tym “znowu”.

Majka nie była głupia, oj nie. Mało tego, ta cudowna dziewczyna miała w sobie więcej charakteru niż ja i Siwy razem wzięci. W pamięci nadal miałem wszystkie cudowne chwile, kiedy przytulała się do mnie i mruczała jak rozanielona kotka. Te gorsze momenty wryły mi się nie tylko w pamięć ale i w duszę jak najgorszy koszmar. Widok, który miałem teraz przed sobą przebijał każdy mój wyskok, każdą kłótnię jaka mogła między nami wybuchnąć. Bo Majka wiedziała… wiedziała, że coś jest nie tak. Jasne, pies jej zdechł, komórka się zgubiła i w cudowny sposób odnalazła. Tyle, że w międzyczasie została zaalarmowana przez Siwego tajemniczym telefonem, musiała zabarykadować się w mieszkaniu, po czym przyjechało dwóch kiziorów, którzy zabrali ją do anonimowej kryjówki. No to nie brzmi jak normalny dzień.

– Majka, my… – Siwy chciał coś powiedzieć, ale wzrok dziewczyny kazał mu się zamknąć.
Spojrzała jakby chciała mnie spopielić wzrokiem:
– Chcę to usłyszeć od niego – jej wzrok był jak celownik karabinu snajperskiego wycelowany między oczy. – Bo skoro on tu jest, to znaczy że to jego wina, a nie twoja Siwy.
– Maja, ale to my… – Próbował, muszę mu to przyznać.
– Zamknij się Siwy – wydusiła przez zęby.

W tej jednej chwili pomyślałem, że to ona powinna być tajnym agentem, a nie dwaj nieodpowiedzialni kretyni w piżamach wsuwający kanapki na szpitalnych łóżkach. Wziąłem głęboki wdech i…
– Od paru miesięcy infiltrujemy gang motocyklowy produkujący narkotyki. Ja jestem chemikiem, a Siwy… robi mi tło.
Wypaliłem prawie bez zastanowienia… no dobra, kompletnie bez zastanowienia, ale miałem tego wszystkiego już serdecznie dość! Miało być już dobrze, spokojnie, mieliśmy wrócić do naszego pokręconego zadania, ale nieee! Znowu musiało się coś poprzestawiać!

Majka nic nie odpowiedziała. Patrzyła to na mnie, to na Siwego jakby starała się ocenić, czy obaj jesteśmy na jakiś lekach, czy tylko ja. Mój przyjaciel zaś wyglądał jakby miał dostać wylewu.
– Co za bzdury… – burknęła ściągając brwi.
– To prawda – nieśmiało odezwał się Siwy. – Ja go w to wplątałem. Jestem w CBŚ i …

Odezwało się walenie do drzwi. To zapewne Helga zebrała się w sobie, żeby przyjść nam z odsieczą. Biedna, nie wiedziała że druga runda z Majką też nie pójdzie po jej myśli.

Dziewczyna odwróciła się i otworzyła z najbardziej czarującym uśmiechem jaki w życiu widziałem. Na tyle czarującym, że wściekła, czerwona na twarzy Helga zatrzymała się jak wryta. Tymczasem Majka zbliżyła się do niej, położyła jej rękę na ramieniu i odezwała się najsłodszym głosem jaki można sobie wyobrazić. Miękkim i ciepłym jak pluszowy miś z reklamy płynu do płukania:
– Najmocniej panią przepraszam, ale martwiłam się o mojego chłopaka…
Którego? – przeszło mi przez myśl.
– No ale wie pani… – Helga sapnęła podejrzliwie. – Tak nie można…
– Tak, wiem i naprawdę bardzo panią przepraszam. Nie dawał sygnału życia, przez parę dni. Nie spałam od kiedy zniknął i tylko wypłakiwałam oczy. – Jej oczy nie były nawet podkrążone, za to były wspaniale umalowane. – … a potem dowiedziałam się, że jest ranny. Znalazłam szpital i przyjechałam… musiałam być przy nim…

Szczęka mi opadła bo Heldze oczy się zaszkliły i dolna warga zadrżała jakby kobieta miała zaraz wybuchnąć płaczem ze wzruszenia. Majka była złem wcielonym…
– Ja… rozumiem – pielęgniarka spróbowała wydusić przez zaciśnięte gardło. – Zrobiłabym to samo dla mojego Romana…

Po chwili znowu byliśmy już sami zamknięci w jednym pokoju ze wściekłą demonicą, która odwróciła się do nas żądając odpowiedzi. Stanęła na środku pomieszczenia z rękoma założonymi na kształtnej piersi.
– No więc… wyjaśnijcie mi dlaczego moja matka myśli, że jestem dziewczyną gangstera?

Wyjaśniliśmy. Opowiadaliśmy jeden przez drugiego całą historię, pomijając tak nieistotne szczegóły jak wieczór który spędziłem z dwiema hostessami, pieniądze Siwego czy morderstwo jej psa i to, że ktoś kręcił się po jej domu. W międzyczasie jeszcze raz zaszczyciła nas Helga… przynosząc Majce kawę! Cudowny zapach parzonej lury rozszedł się po sali jak najgorsza tortura. Od kilku dni nie piłem kawy, tylko wodę i tę cholerną herbatę. Majka zaś delektowała się napojem, zapewne doskonale zdając sobie sprawę jak to wpływa zarówno na mnie, jak i na Siwego.

Dlaczego jej o wszystkim opowiedzieliśmy? Może dlatego, że sprawa przerastała już nas dwóch. Po prawdzie, to kiedy ją zobaczyłem wróciło do mnie jak bardzo ją uwielbiałem i jak mocno tęskniłem. Twarda, charakterna dziewczyna o gołębim sercu. Pełna sprzeczności, które czyniły ją prawdziwie wyjątkową.
Poczułem ukłucie smutku na myśl, że spała z Siwym, ale wiedziałem że sam jestem sobie winien. W tym jednym momencie postanowiłem, że ją odzyskam! Nie wiedziałem jeszcze jak, ale pomyślałem że absolutna… no prawie absolutna szczerość będzie dobrym początkiem. O pewnych rzeczach nie musieliśmy wspominać. Ja miałem dwie hostessy, ona jednego Siwego. Powiedzmy, że byliśmy kwita.

– Posłuchajcie mnie, idioci… – westchnęła ciężko. Od jakiegoś czasu siedziała na metalowym stołku. – Czy jest jakiś sposób, żebyście się z tego wymiksowali? Jesteście dwójką najmniej odpowiednich osób do tajnych akcji. Siwy jest lekkoduchem, a Jędrek… to Jędrek.
– Hej! – zaprotestowałem. Czy ona nie słyszała ani słowa z naszej opowieści?
– Czego wy oczekujecie? – kontynuowała ostentacyjnie mnie ignorując. – Że jako bliska wam osoba będę od teraz ciągle oglądała się za ramię? Mieszkam z matką, właśnie straciłam psa… czy wy wiecie, co ja teraz przechodzę?
Aha… to nie było tak, że nagle Majka skupiła się tylko na sobie, nic z tych rzeczy. Ona doskonale wiedziała co robi. Wchodziła nam na emocje. Siwy wyglądał, jakby się rozpłynął, jakby chciał wstać i pogłaskać ją po ramieniu. Ja wiedziałem, że to pułapka.

– Słuchaj, coś wykombinujemy… – mruknąłem.
– Nic nie wykombinujecie. Wchodzę w to.
Zatkało mnie. Co to miało znaczyć, że ona w To wchodzi? Co niby zamierzała, zostać moją uroczą asystentką? Ochroniarzem? Agentką CBŚ? Co jej odbiło?!
– Ale…
– Żadne ale. We trójkę dojdziemy jak was z tego wyciągnąć. Nie chcę być dla was ciężarem, więc może spróbuję pomóc. Jak mogę się dostać do tego klubu motocyklowego?
Miałem wrażenie, że mózg mi zaraz eksploduje. Nie ogarniałem poziomu abstrakcji, a ostatnie pytanie Majki zrównało mnie z ziemią. Spojrzałem pytająco na Siwego, bo nie wiem czy wtedy znałem odpowiedź. On zrobił wielkie oczy i potrząsnął głową. No tak, to był tylko męski klub.

– Nnnie… – odparłem. – Tam są sami faceci. Kobiet nie przyjmują.
– No dobra, czyli będę robiła za groupie.
Zaschło mi w ustach. Naprawdę zaczynaliśmy wyglądać jak Trójka Drombo. Dwóch pacanów i konkretna laska. To nie miało szansy skończyć się dobrze… choć jak o tym pomyśleć, to sama bliskość Majki i szczerość mogła sprawić, że mój plan jej odzyskania się powiedzie. No może nie był to plan, ale postanowienie, trochę jak pierwszy punkt planu, albo jego tytuł: Odzyskać Majkę. Chyba bolała mnie głowa.
Siwy zaś wyglądał jakby nie miał już siły z nami dyskutować.

W ten sposób weszliśmy w kolejną fazę tej popieprzonej historii, kiedy nagle okazało się, że moja była dziewczyna ma większe jaja niż my dwaj razem wzięci.

***

Nie minęły dwa tygodnie, a byliśmy na wolności. Moja ręka jakoś się zrastała, miałem czucie w palcach, a sztywny opatrunek zmieniono na bandaże. Miałem się stawiać na kontrolach i ciągle ćpać leki przeciwbólowe, ale wszystko wyglądało coraz lepiej. Siwy również dochodził do siebie.
W ciągu tego czasu Majka bywała u nas codziennie. Z czasem przestała być tak bardzo oschła, choć nie okazywała Siwemu specjalnych względów, a mnie najczęściej traktowała jak powietrze. Odzywała się, tylko jak coś ode mnie chciała i ignorowała większość rzeczy, które do niej mówiłem. Tylko raz spróbowałem zażartować i żałowałem tego przez kilka następnych dni.

Jurski dał nam spokój na czas rekonwalescencji. Podsyłał tylko informacje o stanie Thompsona, który wybudził się, ale coś było nie tak z jego wzrokiem. Nie wiedzieli, czy to uszkodzenia mózgu, nerwów czy czego tam. Lekarze nie chcieli jeszcze rokować, ale stan zdrowia mojej ofiary rzucał pewien cień na ciężko wypracowany rozejm między klubami.

Wagabundzi odwiedzali nas co drugi, trzeci dzień. Wpadali głównie Adaś i Molos, za którymś razem Twardy również pojawił się pytając o nasze zdrowie. Mówił, że tęsknią, a ja zastanawiałem się czy tęsknią za nami, czy za towarem, który im pichciłem.

Nie wiem czego się spodziewałem kiedy wychodziliśmy. Kawalkady motocykli w chwale eskortujących nas do domów? Ryku maszyn i wiwatów? Przed szpitalem stała zasuszona babcia, która opierając się o balkonik trzęsącymi się palcami przytykała papierosa do drżących warg. Na parkingu czekała na nas zniecierpliwiona Majka w wynajętym samochodzie.

Odwieźliśmy Siwego do domu, wprowadziliśmy na piętro. Potem pojechaliśmy do mnie… to znaczy do mojej dziupli, w której miałem laboratorium.

– Ty wiesz, co tu jest po drugiej stronie ulicy? – Majka rzuciła kiedy gramoliłem się do wyjścia. – Przecież to cholerne CBŚ!
– Wiem… – odparłem zdziwiony, że w ogóle się do mnie odezwała. – Słuchaj, ja… – spodziewałem się, że mi przerwie. Nie przerwała. – Ja przepraszam. Nie odzywałem się przez cały ten czas, bo mnie to wszystko przerosło. Nie chciałem cię w to wciągać, a zobacz jak się porobiło. Ty i Siwy… Wy tak na serio?

Nie patrzyła na mnie, tylko wlepiała wzrok w jakiś abstrakcyjny punkt na ulicy. Boże, jaki ona miała cudny profil.

– Idź do domu i odpocznij… – szepnęła.

Czytaj dalej:

Prawo drogi – motocyklowa powieść sensacyjna. Odcinek 19: Okręt tonie gdy kapitan za burtą

Jarek Dobrowolski
Jarek Dobrowolski
Jarek Dobrowolski, miłośnik dwóch kółek, którego nie zatrzymuje nic poza głębokimi śniegami. Autor kilku projektów literackich. Celem jednego z nich jest przekroczenie granicy pomiędzy byciem turystą, a rasowym podróżnikiem i odnalezienie prawdziwego znaczenia tego czym jest przygoda i jak ją rozumiemy. Ciągle poszukujący minimalistycznych rozwiązań przynoszących maksymalne efekty ostrożnie dobiera wyposażenie oraz szlifuje umiejętności. Beznadziejnie zakochany w swoim BMW R1150 GS adventure.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

POLECAMY