_SLIDERPrawo drogi – motocyklowa powieść cykliczna. Odcinek 10: Wielki Triumph

Prawo drogi – motocyklowa powieść cykliczna. Odcinek 10: Wielki Triumph

-

Po odłożeniu słuchawki poczułem strach, ulgę oraz dreszczyk emocji. Sam nie do końca wiedziałem co zrobię, jak to rozegram, ale obiecałem sobie jedno – dość kalkulowania, życia w lęku i rozkładania wszystkiego na czynniki pierwsze. Postanowiłem zacząć żyć jak zwierzę, z dnia na dzień. Zwierzę, które myśli tylko o własnym przetrwaniu i… dobrobycie…

W poprzednim odcinku:

Prawo drogi – interaktywna, motocyklowa powieść cykliczna. Odcinek 9: Schowek

– Siema Twardy, tu Wielki… Sprawę mam.

Wielki to moja ksywa od końca podstawówki. Wtedy to właśnie, głównie chłopcy, odczuwają zdecydowaną niechęć do własnych imion i zaczynają wyszukiwać przezwisk dla kolegów i dla siebie. Moja ksywka była bardzo naturalna, a jej etymologia stała twardo na dwóch nogach. Po pierwsze pochodziła od mojego nazwiska – Wielkomiejski. Po drugie w 8. klasie naprawdę byłem duży, zdecydowanie wyższy i cięższy od rówieśników. Teraz dochodziła trzecia noga, a raczej trzeci filar tej ksywki. Jestem fanem Psów Pasikowskiego, a tam ksywę Wielki miał Marian Słaby, jeden z mafiozów produkujących… amfetaminę. – No ku$wa, moja ksywa nigdy nie pasowała do mnie bardziej niż teraz, muszę wymiksować się z tego Żuka – pomyślałem.

– Jaki Wielki, co ty pieprzysz Żuczku?

Jak nie teraz, to nigdy. Skoro wygarnąłem Jurskiemu, nota bene cytatem z psów, to postanowiłem pójść za ciosem i w tym przypadku.

– Twardy, ku#wa. Wymyśliłeś jakąś bzdurę. Od zawsze jestem Wielki. Od nazwiska, od moich gabarytów, a teraz też od tego, że będę robił dla ciebie to na co się umawialiśmy. Pamiętasz braci Słabych z Psów? Wielki handlował amfą…

– Hahahaha! Fakt! To jeden z moich ulubionych filmów Żu… yyy. Dobra, daj mi chwilę, bo już się przyzwyczaiłem. Ale ok, nie ma sprawy. Będzie jak chcesz. Czy to jest ta sprawa, którą masz do mnie?

– Nieee… Mam listę rzeczy, których potrzebuję do rozpoczęcia zabawy. Potrzebuję też miejsca, w którym będę miał spokój, zajebistą wentylację, dużo przestrzeni oraz czystość. Najlepiej laboratoryjną, jeśli chcesz, żeby dziabało jak należy.

– Oooo! Inicjatywa! Bardzo mi się to podoba. Wpadnij do naszego blockhouse’u jutro wieczorem, obgadamy co i jak. Albo inaczej. Jesteś w domu?

– Nie. A co? – skłamałem bez wahania.

– A bo kręcę się po twojej okolicy i może byśmy od razu się zgadali.

– Twardy, już jutro wpadnę. Dzisiejszy dzień mnie stłamsił, muszę się wyluzować.

– Dobra jak chcesz. Na razie.

Nie wiem dlaczego ściemniłem mu, że nie jestem na chacie. Może podświadomie nie chcąc być szczerym z tym typem, buntując się przed sympatią, którą we mnie wzbudzał. Było już późno, a ja miałem przed sobą wizję nieprzespanej nocy. Siedziałem na łóżku zastanawiając się co robić. Spać mi się nie chciało, szwendać też nie. Nie chciałem też zapijać smutków, ani zawracać nikomu głowy telefonami po nocy. Pomyślałem o Majce. Twardo milczała po naszej ostatniej kłótni, a ja nie miałem najmniejszej ochoty wciągać jej w moje życie, które zaczęło mnie samego wciągać jak bagno. Stwierdziłem, że będzie lepiej, jak nie będę się do niej odzywał.

Nie minęło pół godziny, gdy usłyszałem szmer na klatce schodowej i jakby skrobanie w drzwi wejściowe do mieszkania. Adrenalina momentalnie eksplodowała w moim krwioobiegu. Skoczyłem na nogi, złapałem co miałem pod ręką by czuć się bezpieczniej, a był to mój kask. Najciszej jak tylko mogłem podszedłem do drzwi. Spojrzałem przez wizjer i zobaczyłem dwóch facetów. Obaj ubrani na ciemno, postawni. Jeden kucał i zaczynał gmerać czymś w zamku moich drzwi, drugi stał wyprostowany i nerwowo się rozglądał. Obaj mieli covidowe maseczki szczelnie zasłaniające ich twarze. Niedawno wymieniłem drzwi na antywłamaniowe z atestem C, z dwunastoma ryglami rozporowymi, zamkiem z okrągłym kluczem i certyfikatem Instytutu Mechaniki Precyzyjnej oraz Centralnego Laboratorium Kryminalistyki KGP. Wydałem na nie sporą sumę, sam nie wiedziałem po co, bo przecież majątku w chałupie nie trzymam, ale teraz byłem wdzięczny sam sobie – najchętniej przybiłbym sobie piątkę w lustrze i poklepał się po plecach. Odłożyłem kask trzymany do tej pory kurczowo w ręku.

– Czego? – zapytałem grzecznie, oczywiście przez zamknięte drzwi.

Kucający jak kucał, tak poderwał się na równe nogi wpadają przy tym na drugiego typa, który stał nad nim. Najpierw ich obu zamurowało, jakby nie wiedzieli co mają robić, a potem bez słowa rzucili się do schodów prowadzących w dół. Odryglowałem drzwi i wyjrzałem na klatkę. Na wycieraczce leżał wytrych. Nie jakiś kawałek drutu, wygięty w palcach, a kawałek precyzyjnie obrobionej stali kwasoodpornej. Wyglądało jak bardzo dobra, rzemieślnicza robota, albo nawet jakieś seryjne narzędzie. Cóż, chociaż została mi pamiątka po… no właśnie, po kim…

Położyłem się jak stałem na kanapie i choć obiecałem już sobie, że nie będę rozkminiał wszystkiego i po prostu rzucę się w wir nowych zadań, to oczywiście przeważyła moja wrodzona niekonsekwencja. Kto to mógł być? Psy? Ktoś z przyjaciół z mojego klubu? Ciekawe, czy jakbym powiedział Twardemu, że jestem w mieszkaniu, to czy również miałbym niezapowiedzianych gości. Na psów nie wyglądali, ale z drugiej strony, mogliby działać na własną rękę, nasłani przez Jurskiego. Otwieram drzwi do pokoju w domu rodzinnym moich rodziców, podjeżdża do mnie typ na ośle i proponuje mi kebaba. Ja mu odmawiam, choć jestem głodny tak, że leci mi ślina, kapiąc na podłogę, sącząc się na dywan. Jestem wściekły, bo typ kopytami zwierzęcia brudzi mi chałupę, a ja jeszcze tym ślinotokiem to poprawiam. Proszę gościa, żeby się przesunął, bo chcę iść do kuchni zrobić sobie kanapkę, ale on staje w poprzek przedpokoju i mówi po arabsku, że tylko czysty człowiek może dostąpić zaszczytu przejścia obok jego osła. Zastanawiam się kiedy ostatni raz się kąpałem…

Obudziłem się w opakowaniu, późnym popołudniem. Nie wiem ile bym spał, gdyby nie moja rozładowana komórka domagająca się o swoje miliamperogodziny. Wstałem niewyspany, wymęczony i zły sam na siebie za to, że nie do końca wiem co mam robić. Wziąłem gorący prysznic, zjadłem płatki z mlekiem i postanowiłem coś ze sobą zrobić. Nie miałem się gdzie spieszyć, bo pracy już nie miałem. Tak się składało, że nie miałem też motocykla i tym postanowiłem się zająć. Moja Yamaha nie była ubezpieczona, więc szlag ją trafił na tym słupie w Wilanowie. Jurski pokazał mi zdjęcia i rzeczywiście był to trzyślad. Pieprzyć to. Ogarnę sobie coś nowego. Postanowiłem spędzić dzień na odwiedzaniu salonów motocyklowych w poszukiwaniu nowego sprzęta dla siebie. W głowie pojawił mi się też plan na sfinansowanie jego zakupu. W końcu miałem cel. Drobny, mały, ale cel.

Warszawa daje tę możliwość, że wszystko jest na wyciągnięcie ręki. Odwiedziłem salon H-D, salon Indiana i mieszczący się w tym samym budynku salon Triumpha. Brytyjskie klasyki robiły na mnie mega wrażenie, praktycznie od zawsze, a moją uwagę przykuł Triumph Rocket III GT. Potężny motocykl z największym, trzycylindrowym silnikiem dostępnym na rynku. Ogromna pojemność ponad dwóch litrów, wielki moment obrotowy, ogromny tylny kapeć i chopperowa pozycja. Dość nijakiej japońszczyzny – pomyślałem. Sprzedawca zapytał mnie o chęć jazdy próbnej i… nie odmówiłem. W bagażniku mojego auta miałem swój stary kask, który zawsze woziłem ze sobą. W końcu się przydał.

Potężne przyspieszenie wywiało ze mnie wszystkie smutki. Skupiłem się tylko na jeździe. Ogromny motocykl prowadził się przyciężko, ale w pełni go kontrolowałem. Wykonanie jego elementów było perfekcyjne, zegary ociekały elektroniką. Kontrola trakcji nie pozwalała na dłuższe zerwanie przyczepności, ale dawała pewne możliwości spektakularnego ruszenia spod świateł. Decyzja zapadła – to właśnie będzie moje nowe moto. Plan jak to osiągnąć dopracowywałem w mojej głowie na bieżąco.

Jadąc do Twardego przejechałem przez knajpę, w której zjadłem stek z frytkami, wydając na niego małą fortunę. A Je$ać biedę! W końcu niedługo będę bogaty, czyż nie? Żując pyszne mięso biłem się z myślami, jak to zwykle ja, czy powiedzieć Twardemu o próbie włamania do mojego mieszkania czy też nie? Choć nie byłem przekonany czy go o to zapytać, wiedziałem że na pewno powiem mu o Rockecie…

Czytaj dalej:

Prawo drogi – motocyklowa powieść cykliczna. Odcinek 11: Asertywność level hard

Spodobał Ci się artykuł? Podziel się nim!
Michał Brzozowski
Michał Brzozowski
Motocyklista od 20 lat, z potężnym stażem przejechanych kilometrów, dużą liczbą przetestowanych maszyn i wielką miłością do jednośladów. Przede wszystkim kocha trzy motocyklowe segmenty: hipermocne nakedy, wygodne, duże turystyczne enduro oraz lekkie i zwinne jednocylindrowe supermoto, ale nie stroni od jazdy wszystkim co ma dwa koła. Przetestuje każdy sprzęt, a większość z testowanych motocykli chociaż spróbuje postawić na koło. Absolwent filologii polskiej na UW. Prywatnie pasjonat sportu, a w szczególności rowerów.

3 KOMENTARZE

  1. No tego się nie spodziewałem. Jeden komentarz i Triumph Rocket jest pod dupa mojego ulubionego bohatera literackiego ( obok Jakuba Wędrowycza pióra Pilipiuka) oby tak dalej !

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.

POLECAMY

ZOBACZ RÓWNIEŻ