Swojego felietonu nie opieram na żadnych badaniach rynkowych, testach konsumenckich, ankietach, czy newsach prosto z Brukseli lub Wiejskiej, a na spostrzeżeniach, obserwacji europejskich trendów i… ludzkiej pazerności. Co ma jedno z drugim wspólnego? O tym w tekście.

Jakiś rok temu, na spotkaniu w dziennikarskim gronie naszego małego, medialnego, motocyklowego światka, zadałem wszystkim obecnym pytanie: Jak myślicie, kiedy będziemy testować normalne motocykle elektryczne? Mówiąc normalne, miałem na myśli motocykle wyglądające jak klasyczne sprzęty, ważące między 200 a maksymalnie 250 kg, posiadające zasięg spalinowego pojazdu – czyli około 300 km – przy normalnej jeździe. Właściwie wszyscy odpowiedzieli to samo – jakieś pięć lat.

Wszędzie elektryki

Minął rok i wydaje mi się, że w tym czasie dokonał się mega postęp, dwu, może trzykrotnie większy niż nam się wszystkim wydawało. Wiadomości o nowych, normalnych motocyklach, płynące niezatrzymanym potokiem z największych motocyklowych targów w tej części globu, mediolańskiej EICMY, przeplatały się z coraz to nowymi doniesieniami o kolejnych elektrykach. Tuż po targach napływają do nas kolejne informacje, że w elektrycznym sprincie wystartują również takie motocyklowe marki jak: BMW, Kawasaki, Ducati, czy nawet Royal Enfield. Choć Tesla, amerykański potentat pojazdów elektrycznych, w osobie samego Elona Muska, zapierała się rękoma i nogami, że jednośladów robić nie będzie, właśnie uczyniła pierwszy krok w tym kierunku, konstruując w pełni elektrycznego Cyberquada. Pojazd ten nie ma być sprzedawany inaczej, jak na wyposażeniu najnowszego pojazdu Tesli – kontrowersyjnego w swej formie – Cybertrucka. Przypomina mi się tutaj doskonały filmowy gag z lat 90. – Kupię, ale nie otworzę, otworzę, ale nie powącham, powącham ale nie wypiję… (dla chętnych do znalezienie na YT, tytuł Silna wola). Myślę, że te 5 lat skróciły się do 1,5 roku – bo na wiosnę mam zaproszenie do testowania motocykli elektrycznych o zasięgu powyżej 300 km i mocy ponad 100 KM. Szybko to poszło. Dlaczego tak? O tym napiszę wam za chwilę.

Każdy to potrafi

Jakby tego było mało, za produkcję pojazdów elektrycznych, co by nie mówić, dużo łatwiejszych w wytwarzaniu od podstaw niż pojazdy spalinowe, biorą się producenci nieznani do tej pory na rynku motocyklowym, a nawet motoryzacyjnym. Np. producent części, a dokładnie kół karbonowych – firma Blackstone Tek – stworzył, według mnie elektryczne dzieło sztuki, opisywanego przez nas HyperTeka.

motocykl elektryczny Hypertek

Firma Energica testuje swoje pojazdy, ostatnio z powodzeniem (od jakiegoś czasu nic się nie pali), w hejtowanej przez wielu z was formule MotoE. Dzięki doświadczeniom w sporcie, które przecież są motorem sukcesu komercyjnego, tworzy tak świetne cywilne wersje swoich motocykl jak np. Eva Ribelle, mocny, sportowy naked o zasięgu, bagatela, 400 km! Żeby było ciekawiej, mamy w Polsce importera tych motocykli – firmę Motors z Warszawy.

Myślicie, że są to wszystkie opcje? Otóż nie moi drodzy. Elektryczny segment atakują także producenci… samochodów. A dlaczego nie? Przecież ostatnio gruchnęła wieść, że fabryka znana do tej pory z pojazdów takich jak Leon, Ibiza i Arosa wprowadza do swojej oferty skuter elektryczny. Czy tego chcemy, czy nie, jesteśmy atakowani elektryczną motoryzacją właściwie z każdej strony, a będzie tylko gorzej/lepiej* (w znaczeniu, że będzie tylko tego wszystkiego więcej, *niepotrzebne skreślić).

Motocyklista czy elektrycyklista przyszłości?

W tym momencie mamy do czynienia z podażą, która kształtować będzie popyt. Panuje ostatnio niesamowita moda na wszelkiego rodzaju pojazdy elektryczne – hulajnogi, segwaye, kółka (unicycle) itd. Coraz mniej młodych osób interesuje się motocyklami. Wolą swoje smartfony z nieograniczonym dostępem do netu, laptopa i elektryczną hulajnogę. A co, jeżeli nowoczesny motocykl sparujemy ze smartfonem i damy mu dostęp do sieci, przed oczami zamiast zegarów świecił będzie się 10-calowy, dotykowy ekran full hd, pojazd będzie miał elektroniczne systemy bezpieczeństwa (żeby mama i żona się nie martwiła, a młody chłopak nie bał się jeździć) a śmierdzący, głośny i paliwożerny silnik zastąpimy wegańskim, takim jak w hulajnodze, tylko trochę większym. Jak myślicie, jaki typ pojazdów trafi bardziej w gusta przyszłych motocyklistów (a może bardziej elektrycyklistów)?

Ekologiczne czy nie?

To tylko jeden aspekt, aspekt rynkowy, przepinania się nowoczesnej motoryzacji z dystrybutora paliw na wtyczkę. Kolejnym aspektem jest temat ekologii. Tak, tak, tutaj wiąże się z tym prawdziwa burza, bo przecież wytworzenie akumulatora, i późniejsza jego utylizacja to niebagatelny koszt wytworzenia CO2 i innych atmosferycznych śmieci. Niby tak, ale co z tego, czy naprawdę wierzycie, że o ekologię tu chodzi? Po pierwsze rządy państw zmuszą nas do przesiadki na elektryki. W jaki sposób? Podwyższaniem norm czystości spalin do stopnia, w którym produkcja pojazdu stanie się nieopłacalna lub niekonkurencyjna (kto by chciał motocykl z litrowym silnikiem o mocy 70 KM i to z wydechem wielkości cielaka), ulgami podatkowymi dla posiadaczy pojazdów elektrycznych, wpuszczaniem pojazdów bezemisyjnych do centrów miast i zwalnianiem ich z opłat parkingowych, jednocześnie zabraniając tego tradycyjnym, spalinowym pojazdom i im podnosząc ww. opłaty w kosmos. 

Bateria wcale nie musi być twoja…

Powiecie, że jest jeszcze jeden aspekt przemawiający za nieuznawaniem elektryków jako pełnoprawnych pojazdów – brak rozwiniętej sieci stacji szybkiego ładowania. A jakbym wam powiedział, że coś takiego wcale nie jest przeszkodą? Może i to mrzonka, ale wyobraźcie sobie coś następującego: Wszystkie pojazdy elektryczne, albo ich znakomita większość, posiada standard baterii, która jest szybkowymienna. Bateria nie należy do właściciela pojazdu, a do firmy zarządzającej stacjami ładowania. Konsorcjum to rozstawia po kraju paczkomaty z bateriami. Podjeżdżasz, wyjmujesz pustą i odkładasz do ładowania, płacisz symboliczną kwotę za prąd oraz utratę wartości baterii, zabierasz pełną (z gwarancją pojemności) i odjeżdżasz. Tankowanie zajmuje tyle co odebranie paczki z paczkomatu. Łatwo, szybko, bez problemu. To naprawdę da się zrobić, pytanie tylko, czy nie łatwiej postawić stację szybkiego ładowania i podczas 30-minutowego tankowania sprzedać ci kawę i hotdoga (hot – bułka, dog – parówka).

Bo przecież zawsze chodzi albo o sex, albo o pieniądze…

Teraz musimy się zastanowić dlaczego taki skok technologiczny w zakresie pojazdów elektrycznych w ogóle nastąpił i to w tak krótkim czasie. Każdy kto mnie bliżej zna wie, że jestem zwolennikiem teorii spiskowych, bo według mnie wszędzie są dwie prawdy – oficjalna i ta prawdziwa, dlatego i w historii elektryków zauważam drugie dno. Właśnie teraz jesteśmy świadkami tzw. new world order – nowego porządku świata. Czy wiecie, że jeszcze do niedawna na liście dziesięciu najbogatszych konsorcjów na świecie osiem z nich zajmowało się przetwórstwem ropy naftowej? W tym momencie jesteśmy świadkami zmiany sił i konsorcja paliwowe ustępują miejsca potentatom branży elektronicznej i internetowej. Wydaje mi się, że ropniacy nie do końca pogodzili się z tym i ze swoich sejfów zaczęli wyjmować od dawna skrywane patenty na wytwarzanie i magazynowanie energii elektrycznej (do niedawna zasięg 90 km był maksymalnym, a teraz nagle 400??). Paliwa kopalne się kończą (ma ich starczyć do maksymalnie 2050 roku), im szybciej przesiądziemy się na prąd na warunkach dyktowanych przez obecnych potentatów, tym dłużej niektóre firmy pozostaną w siodle… 

Brudny prąd

I tutaj dochodzimy do kolejnego aspektu, wytwarzania prądu. Nie wiem czy wiecie, ale prąd w naszym kraju nie jest ekologiczny. W ubiegłym roku miałem wystąpienie na targach w Poznaniu dotyczące motoryzacji przyszłości właśnie, i na potrzeby tegoż doszedłem do smutnych informacji. Posiadamy największą w Europie i drugą na świecie (bodajże po Brazylii) elektrownię zasilaną węglem – węglem brunatnym. Nasza jedna elektrownia w Bełchatowie wytwarza tyle samo prądu, co wszystkie, powtarzam, wszystkie źródła odnawialnej energii w naszym kraju. Prąd w naszych gniazdkach jest brudny. W Niemczech koncern energetyczny RWE też ostatnio próbuje rozbudować odkrywkową kopalnię węgla brunatnego w Hambach kosztem tamtejszych lasów – podobno mających 12 tys. lat. Ktoś po prostu nie chce wypaść z siodła, mając gdzieś ekologię…

Czas wyciągnąć wnioski

Zastanówcie się zatem sami, czy zmiany na świecie wynikają z troski o nasze zdrowie i życie (czyste powietrze, kilkadziesiąt lat do zagłady Ziemi, etc.) czy po prostu komuś coś nowego zaczęło się opłacać? 

Nie jestem przeciwnikiem pojazdów elektrycznych – myślę, że mają w sobie coś (np. maksymalny moment obrotowy dostępny od 1 obr./min) ale cieszę się też, że żyję w czasach, w których, mam nadzieję jeszcze długo, będę mógł wybierać między motocyklem elektrycznym a spalinowym. Myślę też, że w moim garażu stał będzie zawsze motocykl z tradycyjnym silnikiem wykorzystującym sprężanie i rozprężanie mieszanki paliwowo-powietrznej do wytworzenia momentu obrotowego i siły… 

 

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.