Zepsuty układ zapłonowy, usterka sieci CAN, jednostki centralnej ECU, czujników – to koszmar każdego, nawet ogarniętego technicznie motocyklisty. Co można zrobić w takim przypadku? Albo rozłożyć ręce, albo co najwyżej za ogromne pieniądze kupić uszkodzony element wytypowany do wymiany dzięki diagnostyce komputerowej wykonanej u autoryzowanego dealera. Jest jeszcze inna możliwość – naprawić uszkodzony podzespół, ale to już nie takie proste. I wtedy wchodzi on, cały na biało – Piotr Borowski z PGEN-u, serwisu motocykli japońskich z podwarszawskiego Prószkowa…
Piotr Borowski to motocyklowy mechanik, elektryk i elektronik z ponad 20-letnim doświadczeniem. Znamy się od 2007 roku i od zawsze stosuję się do zasady: jak trwoga, to do Piotrka, parafrazując znane przysłowie. Nie ma dla niego rzeczy niemożliwych, bo cuda też czyni… Przy okazji częstego przebywania w jego serwisie – PGEN – w Prószkowie, gdzie przywracam do świetności swojego GSX-a 1100, postanowiłem z nim porozmawiać o motocyklowej elektronice, diagnostyce, o tym czy da się naprawić jednorazowe podzespoły i jak będzie wyglądać motocyklowa elektronika przyszłości.
Michał Brzozowski: Piotrek, powiedz mi proszę dlaczego dziś tak trudno znaleźć warsztat, który kompleksowo zajmuje się elektryką i elektroniką motocyklową?
Piotr Borowski: To wynika z kilku kluczowych różnic między naprawami mechanicznymi a elektrycznymi. W mechanice wiele usterek można zdiagnozować palcem – wyczuć zużycie łożyska czy zobaczyć przypalone tarcze sprzęgła. W elektryce i elektronice zmysły zawodzą. Bez specjalistycznych narzędzi diagnostycznych nie ma pewności co do charakteru usterki, a im nowszy motocykl, tym narzędzia droższe i wiedza bardziej specjalistyczna.
Dochodzi do tego wysokie ryzyko finansowe. Części elektroniczne są kosztowne, a błędna diagnoza lub przypadkowe zwarcie podczas testów (np. przez pomyłkę w podłączeniu) mogą zniszczyć wcześniej sprawny moduł wart tysiące złotych. Kolejna bariera to nieprzewidywalność czasu pracy. Podczas gdy wymiana opony w motocyklu zajmuje w przybliżeniu tyle samo czasu w różnych modelach, naprawa braku świateł mijania może potrwać od 10 minut do 4 godzin. To utrudnia zarządzanie warsztatem i komunikację z klientem. Doświadczenie normuje te procesy, ale niespodzianek wciąż jest tu znacznie więcej niż w naprawach czysto mechanicznych.

Co się zmieniło w motocyklach w ostatnich latach – bardziej mechanika czy elektronika?
Mechanika przeszła głównie ewolucję – są lepsze materiały, większa precyzja, ale podstawowe zasady działania pozostają te same. W elektronice mamy do czynienia z prawdziwą rewolucją. To ona stała się kręgosłupem współczesnego motocykla.
Mechanika jest niezawodnym ciałem, ale to elektronika jest mózgiem, który ewoluuje w zawrotnym tempie. W ciągu ostatnich lat analogowe przełączniki zastąpiły matryce przycisków, żarówki zostały zastąpione przez LED-y, a do tego doszły zaawansowane systemy wspomagające kierowcę: IMU, kolejne generacje ABS/TC, skrzynie DCT czy złożone sieci CAN Bus. Wszystko to wynika z potrzeb: silniki muszą spełniać coraz ostrzejsze normy emisji, co wymaga precyzyjnego sterowania przez ECU wtryskiem, zapłonem i przepustnicą. Klient oczekuje też coraz więcej systemów bezpieczeństwa i komfortu, jak kontrola trakcji, tryby jazdy, elektronicznie regulowane zawieszenie czy integracja ze smartfonem. Dlatego w naszym dziale elektronicznym ciągle inwestujemy w nowe narzędzia diagnostyczne i szkolenia – bez tego nie da się nadążyć za tą rewolucją.
Czy klienci przyjeżdżają do was po elektrykę dlatego, że gdzie indziej już odmówiono?
Tak, to częsty scenariusz. Trafiają do nas klienci, którym warsztaty odmówiły usługi, często z uwagi na brak specjalistycznego sprzętu lub doświadczenia. Mamy też przypadki, gdzie usterka nie została usunięta w pierwszym serwisie lub wróciła po krótkim czasie.
Ciekawym zjawiskiem ostatnich lat są klienci, którzy próbują naprawiać motocykle z pomocą porad sztucznej inteligencji. AI potrafi podać poprawną, ale bardzo ogólną lub wręcz nadmiernie szczegółową procedurę. Weźmy przykład niesprawnego prędkościomierza. AI może nakazać sprawdzenie napięcia na akumulatorze, kostkach, czujniku… wszystko teoretycznie słusznie. Tyle że w praktyce oznacza to często konieczność rozebrania połowy motocykla, by dostać się do schowanych wiązek. To generuje frustrację i stratę czasu. A co, jeśli informacja o prędkości pochodzi z czujnika ABS i płynie do zegarów przez sieć CAN? Wtedy sprawdzanie rezystancji przestaje wystarczać. To pokazuje, że wiedza praktyczna i doświadczenie są kluczowe. AI jest świetnym narzędziem, ale nie zastąpi specjalisty, który wie jak i gdzie tej wiedzy szukać w konkretnej maszynie.
Dużo mówi się o systemie CAN we współczesnych motocyklach – czym to jest w praktyce?
To system nerwowy motocykla – sieć, po której moduły (ECU, ABS, zegary) wymieniają dane. Działa trochę jak wewnętrzny internet motocykla.

Dlaczego komunikacja między modułami sprawia tyle problemów w diagnozie?
Ponieważ awaria w tej sieci przenosi nas z poziomu zwykłej elektryki motocyklowej do poziomu… teleinformatyka. Gdy pojawiają się problemy z magistralą CAN multimetr nie wystarczy. Zdarza się, że diagnostyka serwisowa w ogóle nie może nawiązać połączenia z motocyklem, mimo że zasilanie jest obecne. Wtedy musimy zacząć analizować nie tyle czy jest prąd, ale czy dane płyną poprawnie. Szukamy usterek w warstwie fizycznej (uszkodzone przewody, złe połączenia) lub – co trudniejsze – w warstwie logicznej (błędne komunikaty, konflikty adresów, uszkodzone moduły zakłócające całą sieć). To wymaga zupełnie innego zestawu narzędzi i wiedzy.
Czy zwykła diagnostyka komputerowa wystarcza przy takich usterkach?
Jest konieczna, ale nie zawsze wystarczająca. Kod błędu (np. uszkodzony czujnik) to tylko punkt wyjścia. Przyczyna może leżeć w okablowaniu, zasilaniu lub innym module. Kluczem jest interpretacja i znalezienie źródła problemu, a nie tylko wymiana wskazanej części.
Jakie błędy najczęściej popełnia się przy diagnozie elektroniki?
Pomylenie skutku z przyczyną. To klasyk. Komputer pokazuje błąd czujnika wałka rozrządu. Po wymianie czujnika błąd powraca. Okazuje się, że winny był uszkodzony impulsator (element, który generuje sygnał dla czujnika). Elektronika tylko wiernie zgłosiła symptom – brak prawidłowego sygnału. Trzeba myśleć o całym łańcuchu zdarzeń.
Zaniedbanie absolutnych podstaw. Pominięcie sprawdzenia napięcia ładowania i stanu akumulatora to grzech główny. Nowoczesna elektronika jest niezwykle wrażliwa na jakość zasilania. Słaba, niedoładowana bateria potrafi wygenerować dziesiątki pozornie niepowiązanych, fantomowych błędów w różnych systemach.
Rzut na taśmę, czyli wymiana części na chybił-trafił, to najdroższa i najmniej profesjonalna metoda. Wymienia się kolejne elementy (czujnik, sterownik, przekaźnik), licząc na szczęście. To nie tylko generuje ogromne koszty dla klienta, ale też wprowadza do układu nowe, nieprzetestowane komponenty, jeszcze bardziej komplikując diagnozę.
Praca w ciemno, bez dokumentacji. Próba naprawy bez schematów elektrycznych i service manuala. Nie zawsze wszystko jest łatwo dostępne, ale zdobycie maksimum informacji przed rozpoczęciem pracy jest obowiązkiem dobrego diagnosty.
Gdzie właściwie jesteśmy – co to za miejsce i do czego służy?

Jesteśmy w osobnym pomieszczeniu naszego serwisu, przeznaczonym wyłącznie do elektryki i elektroniki motocyklowej. To nie jest kąt w warsztacie, tylko przestrzeń zaprojektowana pod precyzyjną diagnozę: stanowiska pomiarowe, zasilanie laboratoryjne, oscyloskopy, testery, możliwość pracy na stole, poza motocyklem
Czym różni się wasze podejście do elektryki od standardowej diagnostyki?
Standardowa diagnostyka szuka kodu błędu. My szukamy przyczyny kodu błędu.
To zasadnicza różnica. Nie zaczynamy od wymiany części, tylko od logicznej eliminacji. Zawsze w tej samej kolejności: zasilanie → masy → komunikacja → czujniki → elementy wykonawcze. Do tego dokładne pytania: kiedy problem się pojawia, w jakich warunkach, co było już robione. Elektronika jest logiczna – jeśli coś nie działa, to z konkretnego powodu. Trzeba go tylko znaleźć, a nie zgadywać.
Jak wygląda proces usuwania usterki, kiedy trafia do was motocykl z nietypowym problemem elektrycznym?
Zaczynamy od rozmowy z klientem. To często najważniejszy etap, bo to on zna zachowanie motocykla najlepiej. Potem, jeśli się da, odtwarzamy usterkę – czasem na postoju, czasem w czasie jazdy testowej z podpiętym laptopem lub loggerem. Następnie zawsze sprawdzamy podstawy: akumulator, ładowanie, masy, bezpieczniki – bez wyjątków.
Dopiero potem wchodzimy w diagnostykę: kody błędów, dane rzeczywiste, porównywanie wartości z tym, co faktycznie dzieje się w motocyklu. Jeśli silnik jest ciepły, a czujnik pokazuje –40°C, to wiemy, że problem jest głębiej.

Kolejny etap to izolacja problemu – praca na schematach, symulowanie sygnałów, sprawdzanie przewodów na całej długości itp. Na koniec potwierdzamy hipotezę. Zanim coś wymienimy, musimy mieć pewność. Czasem pomagają elementy referencyjne z naszego magazynu dawców, żeby jednoznacznie potwierdzić diagnozę.
Ile w tej pracy jest nauki, testów i rozbierania rzeczy na części pierwsze?
Zdecydowanie więcej nauki niż samej naprawy – powiedziałabym, że około 80% to analiza i testy, a 20% fizyczna praca. Zdarza się, że cały dzień schodzi na badaniu jednego obwodu: analizie komunikacji CAN, porównywaniu przebiegów na oscyloskopie, mierzeniu opóźnień i zakłóceń. Rozbieranie na części pierwsze bywa bardzo dosłowne – zdejmowanie izolacji z wiązek, rozplatanie peszli, żeby znaleźć jeden przetarty przewód, który jeszcze nie jest przerwany, ale już robi chaos w systemie.
Czy zdarza się, że siedzicie nad jednym problemem po godzinach, za punkt honoru biorąc rozwiązanie zagadki elektronicznej?
Tak, dość często. Czasem rozwiązanie wymaga ciszy i skupienia, które pojawiają się dopiero po zamknięciu warsztatu. Bywa też tak, że pomysł przychodzi już w drodze do domu – wtedy wraca się, sprawdza i nagle wszystko zaczyna się układać. Elektronika nie lubi pośpiechu, za to bardzo lubi spokój, logiczne myślenie, ale także upór w dążeniu do celu. Nie można się tak po prostu poddawać.

Jaka była Twoja najtrudniejsza lub najdziwniejsza naprawa?
Paradoksalnie – jedna z najprostszych. Trafił do nas motocykl z delikatnie nierówną pracą silnika. Był już oglądany przez kilka osób, wszystko na papierze było sprawne: cewki, czujniki, ECU. Problem okazał się banalny i jednocześnie genialnie ukryty. Ktoś wcześniej, prawdopodobnie z niewiedzy, zastąpił opornik w fajce świecy… zwykłą śrubą. Efekt? Jedna cewka w układzie waste spark pracowała nieprawidłowo, a dwa cylindry miały lekkie, trudne do wychwycenia wypadanie zapłonu. Co najlepsze – cewka na stole, na pomiarach, była idealna. Sama naprawa zajęła pięć minut. Dojście do tej przyczyny – po wykluczeniu wszystkiego innego – było prawdziwym wyzwaniem. To klasyczny przykład, że w elektryce najprostsza usterka potrafi być najtrudniejsza do znalezienia.
Jak często konieczna jest wymiana drogich elementów, jak ECU czy moduły?
ECU czy moduł ABS to zwykle ostatnie elementy, które bierzemy pod uwagę. Ich wymiana jest kosztowna, a pomyłka oznacza realną stratę – dla klienta i dla nas, bo zostajemy z drogą, niepotrzebną częścią. Nasza zasada jest prosta: najpierw eliminujemy wszystko dookoła. Sprawdzamy wiązki, połączenia, zasilania, masy, czujniki i logikę działania całego obwodu. Dopiero gdy mamy twarde, potwierdzone pomiarami dowody – na przykład wewnętrzne zwarcie w module – podejmujemy decyzję o wymianie. Zawsze chcemy wiedzieć nie tylko co się zepsuło, ale dlaczego.

Co decyduje o tym, że dany element da się jeszcze uratować?
Decydują trzy rzeczy: bezpieczeństwo, trwałość i sens ekonomiczny. Technicznie, przy użyciu mikroelektroniki, da się uratować niemal wszystko – czasem nawet składając jeden sprawny sterownik z kilku uszkodzonych. Robimy to jednak głównie w celach diagnostycznych lub badawczych. Przy naprawach dla klientów stawiamy twardy warunek: efekt musi być równie niezawodny jak rozwiązanie fabryczne. Jeśli nie możemy tego zagwarantować, rekomendujemy wymianę. Ewentualne kompromisy – na przykład przy mniej krytycznych modułach – są podejmowane wyłącznie świadomie, na życzenie klienta i zawsze w granicach bezpieczeństwa. Naszym celem nie jest zlepka, tylko trwała, przewidywalna naprawa.
Jak będzie wyglądała elektryka motocyklowa za kilka lat? Myślisz że coś się jeszcze zmieni, skomplikuje?
Pójdzie w stronę rozwiązań znanych z samochodów, ale z typowo motocyklowymi ograniczeniami: masa, prostota obsługi. Najważniejsza zmiana to architektura centralna. Zamiast kilkunastu rozproszonych modułów pojawi się jedna mocna jednostka – tzw. domain controller – która będzie zarządzać praktycznie wszystkim: silnikiem, zawieszeniem, bezpieczeństwem, multimediami.
CAN długo jeszcze z nami zostanie, ale stopniowo będzie wypierany przez szybsze magistrale, jak automotive Ethernet. Jest to konieczne przy radarach, kamerach, systemach wspomagania i łączności. Ilość danych rośnie wykładniczo.
Będzie też mniej fizycznych przełączników. Coraz więcej funkcji przejmie oprogramowanie: tryby jazdy reagujące na styl jazdy, pozycję ciała, warunki na drodze. Do tego aktualizacje OTA – motocykl dostanie nowe funkcje i poprawki przez Wi-Fi, jak smartfon.
Pojawi się komunikacja V2V i V2X, czyli wymiana informacji z innymi pojazdami i infrastrukturą. Do tego tryby predykcyjne, powiązane z mapami i ruchem drogowym, cyfrowy klucz, geofencing. Dla serwisów oznacza to jedno: coraz mniej klasycznej elektryki, coraz więcej IT.

Czy elektronika daje dziś więcej problemów czy więcej możliwości?
Zdecydowanie więcej możliwości – ale za cenę większej złożoności. Tego nie da się rozdzielić. Problemem nie jest elektronika sama w sobie, tylko luka kompetencyjna między tym, jak zaawansowane są motocykle, a tym, jaką wiedzą i narzędziami dysponują warsztaty. Dla użytkownika to same plusy: większe bezpieczeństwo, lepsze osiągi, niższe spalanie, komfort i personalizacja. Dla serwisu to wyzwanie – trzeba się uczyć szybciej niż kiedyś i inwestować nie tylko w narzędzia, ale w myślenie systemowe.
Czy personalizacja i programowanie funkcji motocykla to realna przyszłość?
Tak, i to bardzo realna. Za kilka lat nikogo nie zdziwi subskrypcja funkcji – na przykład tymczasowy tryb torowy, rozszerzona kontrola trakcji czy adaptacyjne zawieszenie aktywne tylko w określonych warunkach. Pojawią się chmurowe mapy silnika, które klient załaduje od tunera bez wizyty w serwisie. Motocykl stanie się platformą, a jego charakter – oprogramowaniem. Tak jak dziś zmieniasz ustawienia telefonu, tak zmienisz zachowanie motocykla.
To na pewno poniesie ze sobą zmiany w waszej pracy. W jakim kierunku chcecie dostosowywać wasz dział elektryczny do realiów technicznych narzucanych przez producentów nowych motocykli?
Chcemy podążać w kierunku coraz głębszej diagnostyki, a nie szybkiej wymiany części.
Inwestujemy w coraz bardziej zaawansowany sprzęt pomiarowy i diagnostyczny, ale równie mocno w wiedzę i własne procedury. Chcemy nie tylko naprawiać konkretne motocykle, ale budować bazę doświadczeń i rozwiązań dla coraz bardziej złożonych systemów elektronicznych. To jedyna droga, żeby nadążyć za tym, w jaką stronę idzie motoryzacja.
Czy planujecie budowę własnych narzędzi, testerów, rozwiązań pod konkretne problemy?

Tak – i to już się dzieje. Bardzo często gotowe narzędzia są albo absurdalnie drogie, albo po prostu nie istnieją dla konkretnych modeli czy usterek. Wtedy projektujemy własne adaptery, symulatory sygnałów, stanowiska testowe czy rozwiązania „na stół”.
Takie narzędzia szyte na miarę często są jedynym sposobem, żeby szybko i jednoznacznie potwierdzić diagnozę. I paradoksalnie – mimo że wymagają więcej pracy na początku – oszczędzają czas i pieniądze klienta.
Dla kogo jest wasz dział elektryczny – a dla kogo raczej nie?
Jesteśmy dla osób, które chcą rzetelnej i trwałej naprawy, a nie chwilowej łatki. Dla klientów, którzy rozumieją, że dobra diagnoza kosztuje, ale pozwala uniknąć znacznie większych wydatków w przyszłości. Raczej nie jesteśmy dla tych, którzy szukają najtańszego rozwiązania na już, bez zainteresowania przyczyną problemu. W elektronice taka droga prawie zawsze prowadzi donikąd – albo wraca po kilku tygodniach.
Co powiedziałbyś komuś, kto słyszy w warsztacie: tego się nie da zrobić?
Nie da się bardzo często oznacza: nie wiemy jak, albo nie opłaca nam się szukać.
Naszą rolą jest właśnie to szukanie – metodą eliminacji, logicznego myślenia, testów i czasem odrobiny inżynierskiej kreatywności. Nie wszystko ma sens ekonomiczny, ale bardzo niewiele rzeczy jest naprawdę niemożliwych…
Dziękuję za rozmowę.
Cała przyjemność po mojej stronie! Dzięki Michał.
Masz problem, z którym nie może poradzić sobie twój mechanik? Skontaktuj się z chłopakami z PGEN-u, problem może okazać się płytszy, niż myślisz:
