Joanna Modrzewska ma za sobą sezon, który potwierdził jej miejsce w światowej czołówce rajdów Baja. Dwie wygrane rundy Pucharu Świata na pustyniach Kataru i Dubaju oraz drugie miejsce w klasyfikacji generalnej pokazały, że Polka potrafi wygrywać mimo problemów technicznych, logistycznych i zdrowotnych. Dla niej to jednak tylko kolejny krok w znacznie dłuższej drodze, której celem jest start w Rajdzie Dakar.
Joanna Modrzewska to jedna z najbardziej doświadczonych polskich zawodniczek w rajdach terenowych i maratońskich. W 2024 roku zapisała się w historii polskiego motorsportu jako pierwsza Polka, która zdobyła Puchar Świata FIM Baja w kategorii kobiet, a sezon później potwierdziła swoją formę zwycięstwami w rundach Pucharu Świata na Bliskim Wschodzie. Od lat startuje w najtrudniejszych rajdach Europy i świata, rywalizując na pustyniach, w kamienistych terenach i na wydmach, które – jak sama mówi – stały się już jej naturalnym środowiskiem .

Jej kariera to jednak nie tylko wyniki sportowe. Asia od początku buduje swoją drogę samodzielnie – bez fabrycznego zespołu i bez gotowych rozwiązań. Startuje na seryjnym motocyklu enduro przystosowanym do rajdów, samodzielnie walczy z logistyką, budżetem i transportem sprzętu na drugi koniec świata. Wraz z Norbertem stworzyła projekt Njoy, który dziś pomaga nie tylko jej, ale także innym polskim zawodnikom stawiać pierwsze kroki w międzynarodowych rajdach Baja i Pucharze Świata. W rozmowie opowiada o sezonie pełnym kontrastów, pustynnych zwycięstwach, problemach z nawigacją, stresie, sprzęcie i ambicjach, które sięgają najtrudniejszego rajdu świata.

Jak z twojej perspektywy wyglądał sezon 2025? Co było jego najmocniejszym momentem, a co największym sportowym wyzwaniem?
Joanna Modrzewska: Sezon mogę określić jako jednocześnie udany i nieudany. Z perspektywy wyniku – bardzo udany. Końcówka sezonu była wręcz rewelacyjna i niesamowicie intensywna. Dwie ostatnie rundy odbywały się praktycznie jedna po drugiej, więc przez prawie miesiąc byłam non stop w trybie rajdowym i treningowym, bez chwili oddechu. Te dwie rundy to Katar i Dubaj, obie udało mi się wygrać.

Natomiast początek sezonu zupełnie nie wyglądał tak, jak sobie to wyobrażałam. Początek roku był bardzo intensywny, było sporo trenowania, zwłaszcza na piachu i na wydmach, ale później z różnych względów — technicznych, logistycznych i finansowych — niestety nie wystartowałam tyle razy, ile bym chciała. Miałam nadzieję na dużo większą liczbę zawodów, ale, jak to w życiu bywa, nie zawsze wszystko układa się zgodnie z planem.
Który rajd dał ci w tym roku najwięcej satysfakcji, a który najmocniej cię przetestował jako zawodniczkę?
JM: Tak naprawdę cały sezon był jednocześnie bardzo satysfakcjonujący i bardzo testujący. Każdy rajd sprawdzał mnie w innym aspekcie — fizycznie, mentalnie, technicznie i nawigacyjnie. Końcówka sezonu była szczególna, bo pokazała, że forma jest wysoka, a dwie wygrane rundy dały mi ogromną satysfakcję.

Ale jednocześnie cały sezon był dla mnie testem wytrzymałości, odporności psychicznej i umiejętności podejmowania decyzji w trudnych momentach. To nie był łatwy rok.
Jak ocenisz swoje tempo i progres na tle poprzednich sezonów?
JM: Przede wszystkim czuję, że z roku na rok coraz lepiej odnajduję się w terenie pustynnym. Co jest w sumie śmieszne, bo piach i wydmy to coś, co lubiłam od zawsze. Już piętnaście lat temu, przy pierwszym wyjeździe do Maroka, kiedy kompletnie nie wiedziałam, czym są wydmy, pokochałam je od razu i do dziś czuję się na nich bardzo komfortowo.

Tempo wzrasta, ale ogromnym przełomem było wreszcie ustawienie motocykla. Przez długi czas była to bardziej walka ze sprzętem niż czysta jazda. Dopiero teraz zaczęłam naprawdę ufać motocyklowi — on jedzie tam, gdzie chcę, a nie odwrotnie. To bardzo mocno przełożyło się na moje tempo i pewność jazdy.
Czy była jakaś awaria, kontuzja albo sytuacja na trasie, która szczególnie zapadła ci w pamięć?
JM: Na szczęście, odpukać, obyło się bez poważnych awarii motocykla. Jeśli coś się działo, to były to drobne problemy, głównie związane z elektryką — ale nie motocykla, tylko roadbooków i całej nawigacji. To zawsze jest pięta achillesowa.

Najbardziej zapamiętałam sytuację z Dubaju. To rajd nawigacyjny, ale ze względu na specyfikę terenu korzystaliśmy z systemu „open arrow”, czyli strzałki prowadzącej zawodnika do waypointów. Na tankowaniu złapałam waypoint z drugiej części odcinka. Byłam przekonana, że system sam się skoryguje, ale tak się nie stało.
Przez kilkadziesiąt kilometrów jechałam tropiąc ślady. Całkiem nieźle mi to szło — zgubiłam tylko jeden waypoint — ale w końcu doszłam do momentu, w którym znałam już tylko mniej więcej kierunek, a nic poza tym. Zatrzymałam się i zaczęłam walczyć z urządzeniem RTF (Rally Tracking & Following, nawigacja i system bezpieczeństwa, przyp. red.), którego używa się m.in. na Dakarze.

Problem polegał na tym, że z tym urządzeniem jeżdżę w zasadzie raz do roku, tylko w Dubaju. W Europie i w Katarze używamy zupełnie innych systemów albo papierowego roadbooka. Zajęło mi bardzo dużo czasu, żeby zorientować się, gdzie jestem i jak zresetować urządzenie, żeby strzałka znowu mnie prowadziła.
Straciłam mnóstwo czasu pierwszego dnia, byłam potwornie zestresowana i nie wiedziałam, czy w ogóle dojadę do mety. Ostatecznie zgubiłam tylko jeden waypoint, czyli dostałam 15 minut kary. Na szczęście wiele osób miało dużo większe problemy. Drugi dzień był już zupełnie czysty.
Które elementy jazdy terenowej poprawiłaś w tym roku, a nad czym chcesz jeszcze pracować zimą?
JM: Zdecydowanie wydmy. Czuję na nich coraz większy komfort i swobodę. Bardzo chciałabym pojechać na te największe wydmy – czy to w Arabii Saudyjskiej, czy w Abu Dhabi. Tam jazda jest bardziej płynna, niemal jak surfowanie po falach. To zupełnie inna jazda niż na krótkich, agresywnych wydmach Dubaju czy Kataru.

Każda pustynia jest inna – inny piasek, inne ułożenie terenu, inne warunki pogodowe. Dubajskie wydmy od kilku lat stały się bardzo nieprzyjemne, bo zaczęło tam więcej padać i pustynia zaczęła zarastać. „Camel grassy”, czyli twarde kępy trawy, potrafią dosłownie katapultować motocyklistę i bardzo dają po rękach.
Zimą chciałabym potrenować motocross. Zaczęłam go stosunkowo późno, a to trening, który daje tempo, wytrzymałość i kontrolę motocykla. Problemem jest sprzęt — rajdowy motocykl z wieżą i innymi ustawieniami nie jest idealny do motocrossu. Żeby trenować to porządnie, potrzebny byłby osobny motocykl.
Jak wyglądała twoja współpraca z zespołem, mechanikami i partnerami? Co działało najlepiej, a co chcesz poprawić?
JM: Mój zespół to tak naprawdę bardzo mała struktura. Razem z Norbertem stworzyliśmy projekt Njoy, który ma ułatwiać starty w rajdach na całym świecie — zarówno nam, jak i innym zawodnikom. Kupiliśmy kontener, wyposażyliśmy go i stał się on naszym mobilnym magazynem, serwisem i „domem” dla całego sprzętu.
Obecnie kontener jest w Dubaju i mamy nadzieję, że pozwoli nam jeszcze na kolejne starty, zanim wróci do Europy. W rajdach Baja często mechanicy przygotowują sprzęt jeszcze w Polsce, a na miejscu pomagamy sobie sami. Największym wsparciem jest dla mnie Norbert.

Ogromną rolę odgrywają też partnerzy. Bez opon od Metzelera, olejów Motorex, sprzętu Scotta czy karbonowej wieży CarbonFox musiałabym wydać grube tysiące złotych więcej. Dzięki nim mogę te środki przeznaczyć na starty, treningi i logistykę. W Polsce to naprawdę bardzo trudny kawałek chleba.
Rajdy to nie tylko jazda, ale też logistyka, budżet i sprzęt. Co w tym sezonie było największym wyzwaniem organizacyjnym?
JM: Zdecydowanie logistyka. Transport kontenera drogą morską to zupełnie inny stan umysłu. Kiedy wysyłamy kontener we wrześniu na Bliski Wschód, przez kolejne dwa miesiące codziennie sprawdzamy jego położenie. Porty i destynacje zmieniają się jak w kalejdoskopie.

Nasz kontener to tylko kropla w morzu globalnego transportu i nikt nie przejmuje się tym, czy on przypłynie tydzień wcześniej czy dwa tygodnie później. Na szczęście do tej pory zawsze docierał na czas — zarówno do Kataru, jak i do Dubaju — co w rajdach jest absolutnie kluczowe.
Czy możesz zdradzić, jakiego sprzętu i ustawień motocykla używałaś w tym roku i co planujesz zmienić na kolejny sezon?
JM: Jeżdżę seryjnym motocyklem enduro kupionym w salonie, przystosowanym do rajdów. Nie jest to rally replica, choć oczywiście bardzo chciałabym kiedyś taki motocykl mieć. Motocykl ma karbonową wieżę nawigacyjną i różne konfiguracje osprzętu, w zależności od wymogów organizatora danego rajdu.

Najważniejszym tematem było zawieszenie. Przez dwa sezony walczyłam z ustawieniami nowej Husqvarny 450. Dopiero w tym roku, dzięki pracy Maćka Steca, zaczęłam odzyskiwać radość z jazdy i zaufanie do motocykla. Były momenty, kiedy jechałam tylko na tyle, na ile pozwalał sprzęt. Teraz to się wreszcie zmieniło.
W kolejnym sezonie czeka mnie zmiana motocykla i mam nadzieję, że tym razem adaptacja pójdzie szybciej, bo wiemy już znacznie więcej o tym, czego potrzebuję.
Wchodząc w nowy rok, szukasz partnerów i sponsorów. Jakich form współpracy szukasz i co możesz zaoferować markom?
JM: Od lat walczę o start w Dakarze. To ogromne wyzwanie nie tylko sportowe, ale przede wszystkim logistyczno-finansowe. Markom mogę zaoferować silną obecność medialną, rozpoznawalność w środowisku rajdowym oraz ekspozycję na rynkach Bliskiego Wschodu, gdzie, co bywa zaskakujące, jestem często bardziej rozpoznawalna niż w Polsce.

Start w Dakarze jako pierwsza Polka byłby wydarzeniem o dużej skali – medialnej, wizerunkowej i marketingowej. To temat, który wykracza daleko poza sam motorsport.
Jakie są Twoje cele sportowe na następny sezon?
JM: Chciałabym rozpocząć sezon już pod koniec stycznia, od rundy Pucharu Świata w Hailu w Arabii Saudyjskiej. To będzie dla mnie coś nowego, bo nigdy wcześniej nie startowałam w tym kraju, a do tego jest to teren, przez który przejeżdża również Rajd Dakar. Dwa tygodnie później planowany jest start w Jordanii, do której wybieram się od trzech lat. Z tego, co wiem od innych zawodników, to jeden z najlepiej ocenianych rajdów w całej serii Pucharu Świata — zarówno pod względem terenu, organizacji, jak i samego klimatu zawodów. Poza startem bardzo chciałabym też zobaczyć samą Jordanię, zwłaszcza Petrę. Możliwość poznawania nowych miejsc jest zawsze ważnym elementem tych wyjazdów, choć czasu nigdy nie ma tyle, ile by się chciało.

W dalszej części sezonu moim celem jest odzyskanie Pucharu Świata. Bardzo chciałabym również wystartować w dłuższych, bardziej maratońskich rajdach, natomiast nie chcę jeszcze o tym mówić zbyt głośno, bo wciąż walczymy o to pod względem organizacyjnym i finansowym. Marzy mi się także start w jednej rundzie Mistrzostw Świata, choć tutaj budżet jest na tyle wysoki, że trudno dziś powiedzieć, czy uda się to zrealizować.
Jak wspomniałaś, działasz również „wokół” sportu.
JM: Tak, równolegle z moimi sportowymi celami bardzo ważny jest dla mnie rozwój projektu Njoy. Kiedy kilka lat temu po raz pierwszy stanęłam na starcie Pucharu Świata, było to dla mnie czymś absolutnie niewyobrażalnym. Jeszcze rok wcześniej nawet w marzeniach trudno było mi uwierzyć, że uda się to zrealizować. W tamtym czasie w rajdach maratońskich startowały właściwie pojedyncze osoby z Polski – obok mnie byli m.in. Konrad Dąbrowski, Maciek Giemza, a wcześniej zawodnicy Orlen Teamu, tacy jak Jacek Czachor, Kuba Przygoński czy Marek Dąbrowski, a także kilku zawodników startujących na quadach, w tym nasz mistrz Rafał Sonik.
To, co udało nam się przez ostatnie lata zbudować z Norbertem, polega na pokazaniu, że „zwykły” zawodnik, który zaczynał od startów w Polsce, a potem w Europie, jest w stanie dojechać na start Pucharu Świata na „końcu świata” – czy to na Bliskim Wschodzie, czy w najdalszych zakątkach Europy. Njoy powstało właśnie po to, żeby dzielić doświadczenie, logistykę i koszty oraz ułatwiać innym zawodnikom wejście w ten świat.

Jestem z tego naprawdę dumna, bo jeszcze kilka lat temu na starcie Pucharu Świata były dwie osoby z Polski, a w tym roku w Katarze było nas siedmioro. W Dubaju miało być dziewięcioro, niestety dwóch chłopaków wykluczyły kontuzje. Mimo to zaczęliśmy być jedną z liczniejszych nacji w stawce i pół żartem, pół serio mówi się już o „Polish Mafia”. Co ważne, nie chodzi tylko o liczby, ale też o wyniki. Zdecydowanym liderem jest tu Konrad Dąbrowski, który jest na zupełnie innym poziomie, ale coraz więcej zawodników z Mistrzostw Polski zaczyna pojawiać się w rajdach międzynarodowych.
Trochę nieskromnie powiem, że pokazaliśmy im drogę, że się da. I to jest dla mnie bardzo ważne, bo część osób, które z nami jeździły i korzystały z tej wspólnej infrastruktury, jedzie w tym roku na Dakar. Mam ogromną nadzieję, że Njoy będzie się dalej rozwijać i że dzięki temu kolejni młodzi zawodnicy zobaczą, że rajdy maratońskie to realna droga – od lokalnych zawodów, przez Puchar Świata i Mistrzostwa Świata, aż po Dakar.

Dziękujemy za rozmowę!
JM: Ja też dziękuję i pozdrawiam całą redakcję i czytelników Motovoyagera.
Zdjęcia: Irina Petrichei / Edophoto, Bartek Bakalarczyk / BXB studio
