W New Delhi lądujemy 2 lipca wieczorem. Zza okien wiozącej nas do hotelu taksówki obserwujemy głośne, gorące, tłoczne, miasto. Razem z Marcinem przylecieliśmy do Indii aby wynająć dwa motocykle i pojechać na północ w Himalaje, w kierunku doliny Ladakhu. Pomimo zmęczenia podróżą cieszę się na nadchodzącą przygodę.

Autor relacji: Michał Kozak 

Nocujemy w dzielnicy pełnej biznesów motocyklowych. Wieczór spędzamy na organizowaniu kart sim, kolacji i wymianie waluty. Szybko i sprawnie jesteśmy kierowani do kolejnych punktów. Nić łącząca tutejszych przedsiębiorców jest mocna, choć niewidzialna. Nie mamy problemów z komunikacją. Język angielski u sprzedawców to norma. Kończymy dzień kręcąc się po uliczkach wkoło hotelu. Powoli adaptujemy się do nowego miejsca.

Po śniadaniu ruszamy na poszukiwanie motocykli. Przed południem część wypożyczalni jest jeszcze zamknięta. Pytamy, oglądamy, porównujemy i negocjujemy ceny. W końcu znajdujemy dwa prawie nowe Royal Enfieldy. Szybka decyzja o wynajmie na 10 dni i zabieramy się za formalności.

Wypełniamy dwie strony w wielkiej księdze, zostawiamy zdjęcia i odciskamy palce w tuszu. Mechanicy zakładają nam uchwyty telefonów, a my ruszamy na zakupy. Wybieramy kaski, gogle i rękawice. Ustawiamy nawigację na Leh, przypinamy bagaże i jesteśmy gotowi. Odpalamy motory i wjeżdżamy w szalony ruch New Delhi.

Poszukującym spokoju na wakacjach odradzam przejazd motocyklem przez popołudniowe korki New Delhi. Nie można za dużo się zastanawiać, trzeba szukać płynności w ruchu i zapomnieć o zasadach z Europy. Na motocyklu ruch lewostronny nie jest problemem, zawsze jest za kim jechać. Ryzyko pomylenia stron drogi odpada. Niedługo po starcie rozdzielamy się, ale lokalizacja w telefonach szybko pozwala to naprawić. Łapiemy rytm i po dwóch godzinach wyjeżdżamy z miasta.

Dwupasmowa droga pozwala rozpędzić się do piątego biegu, odetchnąć od upału i cieszyć się jazdą. Po drodze poprawiam luźne lusterko w moim motocyklu. Podjeżdżam do małej budki w której jest przydrożny warsztacik, pokazuje problem i po minucie jadę dalej. Prawie jak w Formule 1.

Po zmroku dojeżdżamy do Czandigaru. Za nami 260 km drogi. Nasz plan jest prosty. Już na wjeździe do miasta szukamy taniego noclegu. Po rozgoszczeniu się w pokojach ruszamy na spacer. Znajdujemy „Wine and Bear Shop” i z dużym trudem robimy zakupy. Na chwilę przed zamknięciem konkurencja do lady jest ogromna. Tuktukiem jedziemy na kolację do kulinarnego dystryktu, po czym wracamy odprężyć się na dach hotelu.

O niesamowitym pomyśle polskiego architekta Macieja Nowickiego na budowę tego miasta, jego złożoności, wymyślonej od zera formie i symetrii betonowych dzielnic czytamy dopiero teraz. Nasz wyjazd jest dynamiczny, nie przewidzieliśmy czasu na zwiedzanie, jednak krótka wizyta pozwala poczuć ducha tej urbanistycznej idei.

O poranku identyczne ronda i ulice wyprowadzają nas w stronę Manali. Po kilkudziesięciu kilometrach jazdy, dwupasmowa droga się kończy. Trasa zaczyna się zwężać i wznosić, staje się bardziej kręta. Otaczające nas wypalone słońcem pola zmieniają się w intensywnie zieloną dżunglę. Na podjazdach kolorowe indyjskie ciężarówki kopcą ze zmęczonych diesli jednakowym, czarnym, gryzącym dymem.

Trzeba je sprytnie wyprzedzać tak żeby nie ciągnąć się w spalinach, a z drugiej strony niepotrzebnie ryzykować. Każdy z nas robi to po swojemu. Ruch jest duży, uważam na drogę, obserwuję zakręty i przesuwam się przed kolejne auta. Największe zagrożenie to kierowcy wyprzedzający się na zakrętach i przełamaniach wzniesień. Nie ma co narzekać, staram się dopasować i uważać. Oni są u siebie, w pracy, a ja tylko przejazdem, na wakacjach. Droga prowadzi blisko rzeki, jadąc mijamy kolejne mosty, doliny i miasteczka. Upał, smród spalin i ciągłe klaksony mieszają mi w głowie. Coraz bardziej zatapiam się myślami w otoczeniu i zapominam o codzienności. Indyjska droga staje się moja rzeczywistością.

Zapada wieczór, a do planowanego celu brakuje nam kilkadziesiąt kilometrów. Zjeżdżamy do hoteliku w centrum Kulle. Metrowej szerokości skoroszyty pełne dziwnych tabelek to podstawa funkcjonowania tutejszych recepcjonistów. Każda rubryczka wymaga uwagi i szczegółowych pytań. W myślach pojawiają mi się sceny z „Latajacego Cyrku Monthy Paytona”. Po całym dniu jestem czarny i osmolony. Prysznic i pranie przed poszukiwaniami kolacji to rutyna. Pajęczyna z ekspandorów i suszące się koszulki wypełniają mój pokój.
Miasteczko jest niezbyt urokliwe, ale nie mamy dużych wymagań. Małe zakupy i gorący posiłek.

Znajdujemy przyjemną rodzinną restaurację. Czerpiemy dużą radość z jedzenia w nieturystycznym miejscu. Niestety ta wizyta kosztuje nas zarwaną noc i pełną gamę objawów zatrucia pokarmowego. Dobrze, że mamy osobne pokoje. Tej nocy każdy może cierpieć swobodnie.

Rano, zieloni na twarzach, zbieramy się do wyjazdu. Niestety Enfield Marcina przestał reagować na starter, kopniak i dawać jakiekolwiek znaki życia. Z pomocą taksówkarzy zawozimy motor do warsztatu.

Zakład jest dobrze wyposażony, zorganizowany i ma na miejscu wszystko, co potrzebne. Siadamy na ławce i staramy się zachęcić mechaników do naprawy poza kolejką. W końcu udaję się znaleźć i zaizolować przetartą wiązkę eklektyczną. Motor odpala od razu. Cena usługi jest uczciwa. To miłe że, nikt nie próbuje nas naciągnąć.

Wyjeżdżamy z opóźnieniem i po dwóch godzinach jazdy remontowanymi drogami meldujemy się w Manali. Jesteśmy zmęczeni nocą i przedpołudniem. W nagrodę wynajmujemy pokoje w hotelu z pięknym widokiem na góry.

 

Potrzebujemy pozwolenia na wjazd na przełęcz Rohtang La i dalszą drogę do Leh. Żeby je zdobyć musimy wypełnić zgłoszenie i dokonać niewielkiej opłaty. Trafiamy do urzędu gdzie wystawiane są zezwolenia, jesteśmy blisko sukcesu jednak na miejscu nie można płacić gotówką. Uzupełnienie formularza online i przelew zajmują nam kolejne dwie godziny. Czas w Indiach płynie inaczej, a nieprzespana noc nie pomaga. W końcu udaje się nam wydrukować permity i możemy zająć się kolacją. Zamawiam górski specjał, pierożki Momo. Na targu kupujemy „skórzane” kurtki, gumowe buty ochronne i ciepłe dresy. Małym kosztem udaje się nam uzbroić na dalszą drogę. Marcin nie chce wierzyć, że to potrzebne, na szczęście daje się przekonać.

Rano, czwartego dnia podróży ruszamy prosto na przełęcz Rohtang La. W Indiach to oblegany cel. Samochody i busy pełne turystów od rana pną się pod górę. Pomiędzy nimi przemykają motocykliści, solo i w grupach. To jakby zmotoryzowana wyprawa na Morskie Oko, Kasprowy Wierch i Gubałówkę jednocześnie. Tyle że ponad 2000 metrów wyżej. Szybko wjeżdżamy serpentynami w górę. Na punkcie kontrolnym pokazujemy wczoraj zdobyte permity i ruszamy dalej. Na wysokości 3700 m zatrzymujemy się na kawę. Obok kilku budek z jedzeniem znajduje się buddyjska kapliczka z widokiem na górską panoramę.

Dojście do niej wymagające pokonania kilkunastu schodów mocno przyspiesza oddech.
Pogoda nam sprzyja, nie ma chmur, jest ciepło. Łatwo udaje się nam wjechać na przełęcz. Robię kilka zdjęć z obeliskiem informującym o wysokości 4700 m i jadę dalej. Marcin z zasady nie robi wielu zdjęć więc jest już przede mną. Ruch się zmniejsza, często nawierzchnia jest szutrowa albo remontowana. Wjeżdżam do pięknej doliny prowadzącej w kierunku Keylong. Tam doganiam kolegę. Robimy przerwę na obiad.

W Himalajach nasze karty sim nie maja zasięgu, mapy gogli nie działają, a mi nie chce się wyciągać papierowej mapy. Liczymy kilometry pozostałe do Ladakhu nie do końca znając przebieg trasy. Jest wczesne popołudnie, tankujemy motocykle i ruszamy dalej. Jedziemy doliną w której porozbijane są obozowiska dla turystów. Wszyscy zjeżdżają tutaj na nocleg, jednak my puszczamy się dalej. Marcin chce urwać jeszcze trochę kilometrów do wieczora. Na znakach widzimy hasło „Zing Zing Bar”, kilometrów akurat tyle żeby zdążyć przed zmrokiem. Miasteczko okazuję się dwoma barakami i koparką w remoncie. Czyli nie jest to bar który chcielibyśmy odwiedzić. Czuje nadciągające kłopoty. Denerwuję się dość mocno i rzucam kilka ostrzejszych słów. Nie zawracamy. Liczymy, że szybko znajdziemy nocleg. Niestety droga się wznosi, a naokoło tylko skalne pustkowie. Po zmroku nerwowo przejeżdżamy przez Baralach La Pass, na wysokości 4890 m n.p.m. Zjeżdżając pierwsze namioty napotykamy na wysokości 4700 m. Jakieś nieciekawie wyglądające sklepy i stoiska. Poza tym wciąż jesteśmy bardzo wysoko. Nie mamy wyboru, ruszamy w dół, po szutrowej drodze, w świetle motocyklowych lamp. W środku jestem zagotowany, nie lubię jeździć w nocy po nieznanym terenie. To bezsensowne szukanie kłopotów. Zwłaszcza, że myślę z trudem i opóźnieniem. W końcu wjeżdżamy na wypłaszczenie i po kilku kilometrach, skręcamy do zauważonego w ciemnościach campu. Za kilkanaście dolarów wynajmujemy namiot z dwoma łóżkami, łazienką i kolacją w mesie. Wiem, że z wysokością nie ma żartów, ale nie mogę sobie dokładnie przypomnieć groźnych objawów choroby górskiej. Emocje opadają, mamy gdzie spać, dostajemy kolację. Tyle, że robimy się coraz słabsi. Oddycham płytko, z lekkim bólem. Kaszlę. Przed snem nagrywam pamiątkowy filmik.

Całą noc się męczę. Po każdym ruchu odpoczywam z pulsującymi skroniami. Marcin budzi mnie bardzo wcześnie. Jest tak samo zmęczony i lekko wystraszony, chce jak najszybciej jechać dalej. Po nocy, w której łyk wody kosztował sił jak bieg w maratonie, pakuję ospale swoją torbę. Początkowo na kolanach i z dużym trudem, udaje mi się pozbierać, ubrać i dotrzeć do motocykla. Wciągam na siebie wszystkie ciuchy kupione na targu w Manalii. Mój Enfield nie chce odpalić. Muszę się trochę pomęczyć i podciągnąć obroty przy gaźniku. Przeraża mnie myśl o odpalaniu na kopkę. Motocykl po chwili „łapie” na rozruszniku, a my wyjeżdżamy z campu. W pierwszych promieniach słońca wtaczamy się na drogę. Przed nami, na końcu płaskowyżu, pomiędzy ośnieżonymi zboczami, wznoszą się serpentyny kolejnej przełęczy.

Nie wiem dlaczego przez cały wieczór wmawialiśmy sobie, że teraz pojedziemy prosto w dół i złapiemy więcej brakującego tlenu. Dzień jazdy przez góry na ponad 4000 m wydawał się abstrakcyjnym pomysłem.

Słońce wschodziło i dopiero rozgrzewało skały. Trzęśliśmy się z zimna, palce drętwiały na klamkach. Przed nami ciągnął się konwój wojskowych ciężarówek. Powoli zmniejszaliśmy dzielący nas dystans. Motocykle, mimo wysokości, radziły sobie na podjazdach lepiej od ciężkich wozów, więc systematycznie mogliśmy zdobywać kolejne pozycje w tym górskim wyścigu. Gładki równy asfalt ułatwiał jazdę, szybko znaleźliśmy się na szczycie kolejnej przełęczy. Tym razem 4700 m n.p.m. Brakuje nam 400 metrów do wysokości Base Camp pod Mount Everest. Po zjeździe robimy postój w miasteczku namiotowym. Na śniadanie jest herbata, snickers i pierożki momo.

Jest zabawnie, chociaż prawie lunatykujemy. Śmiejemy się, że zostaniemy ekspertami od choroby wysokościowej. Znajomy konwój właśnie zjeżdża z przełęczy, kierowcy też robią sobie pauzę. Nasz rytm dnia zaczyna się splatać, my jedziemy trochę szybciej, za to ciężarówki mają krótsze przerwy. Będziemy się wyprzedzać jeszcze dwa razy. Po zebraniu sił ruszamy dalej. Kolejna przełęcz ma więcej odcinków szutrowej drogi, dziur i nierówności. Niestety mój Enfield ma geometrię choppera i nie da się wybierać na nim nierówności na stojąco. Systematycznie zbieram wszystkie uderzenia na kręgosłup.

Teren w końcu się wyrównuje, a przełęcz zostaje za nami. Po drodze napotykamy zamknięty szlaban wojskowego check pointu. Zaspany żołnierz w śpiworze kontroluje nasze permity. Po spisaniu danych pozwala nam jechać dalej. Po kilkudziesięciu kilometrach, na kolejną herbatę, zatrzymujemy się u sympatycznej starszej pary. Pocieszają nas na migi, że dalej nie będzie już kurzu, a nawierzchnia będzie gładka jak stół. Wyposażają nas w wodę z czosnkiem, która podobno ma pomóc w aklimatyzacji. Pijemy ją z wielka nadzieją, ale to tylko placebo. Droga faktycznie staję się równa i prosta, prowadzi przez skalny płaskowyż, wąwozy i pustynię pełną kamieni.

Dopisuje nam pogoda, widoki są majestatyczne. Krajobraz księżycowy, to pierwsze skojarzenie po rozejrzeniu się wkoło. Mijamy najwyżej położoną bazę wojskową w Indiach. Ręcznie malowane znaki zachwalają odwagę i honor żołnierzy. To tutaj wiózł zaopatrzenie znajomy konwój. Na końcu prostej czeka na nas ostania, najwyższa na tej trasie przeprawa. Tanglangla La ma 5238 m n.p.m. Na jej szczycie sił wystarcza mi na trzy fotki robione prosto z siodła motocykla.

Od teraz zaczynamy ponad 70 kilometrowy zjazd do Upshi. Zajmuje nam to godzinę albo dwie. W miasteczku łączą się prowadzące do Leh drogi z Manalli i Hanle. Po wjeździe siadamy w pierwszej napotkanej restauracyjce i zjadamy obiad z pasażerami autobusu, który właśnie nadjechał. Chyba niechcący wprosiliśmy się na lunch.

Kolejną godzinę jedziemy w głąb zielonej doliny Ladakhu. W końcu dojeżdżamy do Leh, celu naszej podróży. Parkujemy motocykle przy centralnym placu miasta. Zrzucamy z siebie ciężkie ciuchy. Siadamy w kawiarence w europejskim stylu i łączymy się z internetem. Trzeba zameldować bliskim, że wszystko w porządku. Czarna kawa przyjemnie pobudza. Napięcie zastępuje ulga. Z Manalii przejechaliśmy 460 km jednym z najwyżej położonych szlaków komunikacyjnych na świecie. Mimo nierozważnych decyzji szczęśliwie, bez żadnych strat, a to najważniejsze. Leh położone jest na wysokości 3700 metrów więc nadal odczuwamy duże zmęczenie. Szukamy hoteliku i odstawiamy motocykle. To właściwie koniec motocyklowej części wyjazdu. Kaucja którą wpłaciliśmy przy wynajmie pokryje koszt ściągnięcia motocykli do New Delhi. Częściowo odzyskujemy siły i ruszamy zwiedzać miasteczko.

 

Klimat jest niesamowity, wszędzie widać kulturę buddyjską i odmienny od reszty Indii wysokogórski styl życia. Zakup biletu na samolot i zwiedzanie okolicznych świątyń, bazarów i Pałacu Królewskiego zajmuje cały kolejny dzień. Wieczorem, na balkonie hotelu mamy czas ochłonąć i uporządkować przeżycia patrząc na majestatyczne góry. Kolejnego ranka wylatujemy z wojskowego lotniska do stolicy. Po 7 dniach jazdy, w tym przez Himalaje, stolica znowu zaskakuje swoją intensywnością. W Indiach spędzamy jeszcze trochę czasu odwiedzając Taj Mahal i po niecałych dwóch tygodniach wracamy do Polski.
Te kilka dni jazdy to do dziś jedne z moich najlepszych wspomnień.

Odwiedź koniecznie Instagram Michała – https://www.instagram.com/koziu660/

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.