A do piwa co? Na pierwszy ogień proponuję Langoše – smażone w głębokim tłuszczu drożdżowe placki z serem i czosnkiem. Choć opis nie jest może szczególnie zachęcający, to właśnie to „danie” nierozerwalnie kojarzy mi się z regionem liptowskim, mimo że same placki pochodzą z Węgier. Jeśli jesteśmy w trakcie podróży, znakomitym dodatkiem do Langoša jest Kofola – napój przypominający z wyglądu colę, o specyficznym ziołowym smaku. Całość smakuje nieziemsko i zapewniam: warto odwiedzić te strony tylko ze względu na Langoše z Kofolą.
Ale to zaledwie wstęp do liptowskich rozkoszy podniebienia. Na mikulaskim rynku była kiedyś knajpa, która zmieniła moje życie. Nazywała się Liptovska Izba i rzeczywiście była izbą – za całe wyposażenie ciasnego wnętrza wystarczało kilka drewnianych ław. Pamiętam także, że nie wolno było kłaść banknotów na stole, bo mogłyby się przykleić na amen. Ale najważniejsze, co zapamiętałem to długa kolejka do restauracji – widok kojarzący się raczej z Francją czy Włochami. Najlepsze na świecie: zakvas (zsiadłe mleko), domača zabijačka (domowa kaszanka) i oczywiście bryndzove halušky.
Te kluseczki z ziemniaczanego ciasta polane liptowską bryndzą i skwarkami ze słoniny są jedną z tych rzeczy, które smakują tak wspaniale tylko w jednym miejscu na świecie i samo wspomnienie o nich potrafi wywołać nostalgię. Tak, tak. Zakochałem się w ich smaku na zabój. Swe kucharskie umiejętności doskonaliłem przez lata z myślą o nich, dla nich wracałem co pewien czas do Mikulasza, one to wreszcie stały się dla mnie ikoną Słowacji.
Dlatego strasznie przeżywam chwilę, kiedy pewnego dnia nie zastaję już swojej ulubionej Liptovskej Izby. Jakie zatem jest moje szczęście, gdy tym razem moja ukochana restaurację znów jest otwarta i znów pełna ludzi. Ehhhh, Bóg jest sprawiedliwy i też pewnie lubi dobrze zjeść.
Czas wracać. Szkoda, bo te kojące miejsca wciągają jak łóżko z samego rana. Na osłodę pożegnania postanawiam wrócić niezwykle widowiskową drogą przez Wysokie Tatry. Potęga górskich masywów daje człowiekowi to specyficzne uczucie pokory wobec świata i szacunku do natury.
Najważniejszym punktem na wybranej trasie powrotnej jest jedno z najbardziej znanych miejsc Tatr Wysokich – Štrbské Pleso, górskie jezioro otoczone legendą wśród turystów. Jego metafizyczny wręcz urok i majestatyczne piękno w bezlitosny sposób osaczone przez potężne szpony przemysłu turystycznego porusza we mnie jakąś przedziwną nostalgiczną nutę. Nutę tęsknoty za czymś pięknym, nienazwanym i niemal utraconym w imię rzeczy bez znaczenia.
Nieoczekiwanie zatem moja podróż sentymentalna przybiera wymiar odnowy duchowej. Odzyskuję wiarę w to, że naturalne piękno jest ważniejsze niż najlepsza nowoczesność, że regionalne skarby kulinarne są nie mniej ważne niż zabytki, że wciąż chcemy poznawać inne kultury zgłębiając ich smaki i zapachy.
Cieszę się, że zalewająca nas zewsząd pseudoturystyczna tandeta nie tylko nie jest w stanie zmieść prawdziwego piękna natury w otchłań niebytu, ale wręcz podkreśla jego wyjątkowość. I tego się drodzy podróżnicy i odkrywcy trzymajmy: szanujmy miejsca, które odwiedzamy, pozwalając im pozostać smakiem i zapachem w naszej pamięci.


Dobrze napisane, ciekawie się czyta!
Pzdr
Ech – kolego – być tak blisko Harmanca i nie pojeździć po tych dróżkach – trudne do zrozumienia.
Serdecznie polecam drogę obok – przez Vysna Boca, potem przez Stratenę, Hnilca, Smolnik i okolice. Fajne, odludne miejsca , ładne widoczki, a wszystko tak blisko. Ciekawie jest też przejechać przez wschodnią Słowację. Można tam odnieść wrażenie, że jedzie się przez Indie oraz komuszy skansen.
Dzięki Darek, tym razem zdaję się na gospodarzy, czyli Katerinę i Ivana, bo oni znają Słowację jak zły szeląg ;) Kto wie czy nie zapuścimy się z nimi w tamte rejony.