Zanim jednak zanurzę umęczone motocyklowym obuwiem stopy w chłodnej toni tego pięknego jeziora, śmigam do Vlkolinca – wpisanej na Listę Dziedzictwa UNESCO wioski-muzeum. Urok tego miejsca jest powalający – tym bardziej, że jest to normalna miejscowość, gdzie mieszkają zwykli ludzie, pewnie trochę wkurzeni, że ktoś im ciągle zagląda przez okna i wchodzi bez pytania do domów. Wyprawa do Vlkolinca kosztuje mnie niestety dość słono, a to ze względu na gorące powitanie zgotowane przez słowacką drogówkę. Za jedyne 20 euro mam okazję wystąpić w krótkim filmie i zapoznać się z najnowszymi zdobyczami policyjnej techniki. Ach ta przeklęta popularność…
Knajpa, która zmieniła moje życie
Zbliża się wieczór. Choć mam wielką ochotę rzucić się w otchłań konsumpcji słowackich skarbów kulinarnych, chcę po pierwsze gdzieś się zadekować, po drugie – odwiedzić Háj-Nicowo, miejsce, które przypadkiem znalazłem na oficjalnej stronie miasta.
Kwaterę znajduję błyskawicznie, pukając do drzwi drugiego domu (pierwszy jest po brzegi wypełniony rodakami) w Liptovskym Trnovcu. Za wybitnie niewygórowaną cenę 9 euro dostaję do dyspozycji schludny, choć na pewno nie najpiękniejszy pokój.
Háj – Nicowo to wzgórze, na którym położony jest cmentarz czechosłowackich żołnierzy. Położone niemal w centrum miasta wzgórze zapewnia wspaniały widok na Liptovský Mikuláš i Liptovską Marę. Jeśli chce się robić zdjęcia, warto tam jednak jechać rano, bo zachodzące słońce skutecznie ogranicza możliwości fotografowania, zwłaszcza gdy się jest takim fotografomanem jak ja.
Wieczorem mogę wreszcie nacieszyć wzrok imponującą panoramą Niskich Tatr nad Liptowską Marą. Równie piękne połączenie jeziora i gór znaleźć można daleko na południe, w Szwajcarii lub Austrii. Pomimo sporej ilości turystów, wszechobecnych rowerów wodnych i kamienistej plaży Liptowska Mara ma coś błogiego, co pozwala nie przejmować się tymi drobnymi niedogodnościami. Zupełnie jakby jej chłodne wody otulały jakimś ciepłym spokojem i wyłączały wszystkie nadwyrężone neurony.
Dobrze, dobrze, czas zanurzyć się w innych odmętach: hedonizmu. A zatem po pierwsze: slovenske pivo. Warto skreślić o tym zjawisku kilka ciepłych słów, ponieważ większość z nas za najlepsze uważa Zlatý Bažant. To taka sama prawda jak ta, że za najlepszą polską wódkę uchodzi za granicą Wyborowa.
Słowacja ma równie bogate piwne tradycje co Czechy i dlatego warto próbować wszystkiego, co wpadnie w ręce. Podobnie jak zachodni sąsiedzi, także Słowacy bardzo szanują piwną kulturę i tradycję, dlatego np. nikt nigdy nie sprzeda nam ciepłego piwa.
Słowacy, inaczej niż Polacy, wolą piwa nieco słabsze, o bogatym chmielowym aromacie i wyraźnej goryczce. Nie znajdziemy tu śmierdzących kukurydzą piwopodobnych napojów rodem z południa Europy. Smädný mních, Šariš, Kelt, Martiner to tylko niektóre z pyszności, które osobiście sprawdzam i wiem, że zasługują na polecenie.



Dobrze napisane, ciekawie się czyta!
Pzdr
Ech – kolego – być tak blisko Harmanca i nie pojeździć po tych dróżkach – trudne do zrozumienia.
Serdecznie polecam drogę obok – przez Vysna Boca, potem przez Stratenę, Hnilca, Smolnik i okolice. Fajne, odludne miejsca , ładne widoczki, a wszystko tak blisko. Ciekawie jest też przejechać przez wschodnią Słowację. Można tam odnieść wrażenie, że jedzie się przez Indie oraz komuszy skansen.
Dzięki Darek, tym razem zdaję się na gospodarzy, czyli Katerinę i Ivana, bo oni znają Słowację jak zły szeląg ;) Kto wie czy nie zapuścimy się z nimi w tamte rejony.