Każdy ma buty. Niektórzy droższe, niektórzy tańsze. Kobiety zazwyczaj ukrywają ich ceny, a także ich posiadaną liczbę. Sensowne buty motocyklowe zaczynają się od kwoty czterystu złotych. Ja za czterysta złotych kupiłem używany skuter 50 cm. Skuter w cenie butów motocyklowych… i pojechałem nim na motocyklowy zlot. Dlaczego? Dlaczego nie!

Autor tekstu i zdjęć: Marcin Liwiak – autor bloga Dwie Hondy

Ważne, że skuter był zarejestrowany i miał całe plastiki. Niezbędny serwis, przegląd i ubezpieczenie niemal podwoiło jego wartość. Ale i tak, w pełni gotowy i zatankowany do pełna skuter kosztował poniżej dwustu euro. Postanowiłem wybrać się nim na nieoficjalny zlot facebookowej grupy czterdziestolatków jeżdżących na motocyklach

Szósta czterdzieści rano, a ja jestem jeszcze w pracy. Dzisiaj jadę na południe. Blisko jadę albo nawet bardzo blisko. Chociaż może wyznacznikiem powinien być czas przejazdu, a nie odległość? Zobaczymy. Wybiegam z fabryki i po piętnastu minutach jestem już w domu.

Po raz pierwszy odkąd podróżuję jednośladem jestem tak wcześnie spakowany i gotowy do wyjazdu. Mało tego, nawet prowiant kupiłem i przygotowałem wcześniej. Wyjątkowo zależy mi na czasie. Jak co roku jadę na zlot Niedźwiedzi tym razem do Przełazów. Blisko i daleko zarazem. Pakuję torbę i resztę gratów na siodło. Spinam, odpalam i jadę. Chciałbym móc powiedzieć, że czuję pęd powietrza, wiatr we włosach (chociaż włosów coraz mniej). Ale co najwyżej czuję lekki zefirek. Powietrze mnie nie owiewa. Nie jestem w stanie rozwinąć większych prędkości.

Kilkaset metrów dalej robię pierwszy postój. Muszę uwiecznić mój bolid na tle serwiso-sklepu, dostawcy części do mojego ścigacza. Niestety jest zamknięte, ale kilka fotek robię i jadę dalej. Wyjeżdżam z miasta. Nie ma to wpływu na moją prędkość. W końcu jadę skuterem. Pełne 49 cm pojemności silnika. Siła i wdzięk. Ile szyderstwa, kpiny i ironii wysłuchałem przed wyjazdem. Byli też sceptycy, którzy uzasadniali swoje wypowiedzi. Zabrałem ten worek uwag ze sobą.

Napływające wiadomości też nie nastrajały optymizmem – Twoje grube dupsko plus twoj bagaż ( same niezbędne rzeczy na dwa dni) i myślisz, że ten malutki sprytny chiński silniczek, który wyjąc na wysokich obrotach swoim malutkim serduszkiem napędza tą szalona konstrukcje, wymyśloną przez chińskiego geniusza i jego niepełnosprawnego asystenta… Niebagatelne 200 kg z hakiem… To nie ma prawa dojechać, a co dopiero wrócić.

Pełen optymizmu jechałem. Żeby nie dopuścić do motocyklowo-skuterowego mezaliansu z motocyklowych gratów wziąłem tylko obowiązkowy kask. A reszta? Reszta na skuterze nie jest potrzebna. To znaczy ułatwia życie ale… jadę. W pewnym momencie dotarłem do drogi S3. Przejeżdżałem wiaduktem nad tą ekspresówką. Niestety, ten rodzaj dróg nie był przeznaczony dla mnie. Nie rozwijałem nawet połowy prędkości gwarantującej sprawne przemieszczanie się tą trasą. Napisałbym, że odkręciłem manetkę i pojechałem dalej. Ale nie mogę tego napisać. Nie bardzo mogłem już coś odkręcić. Zresztą akurat jechałem pod górkę.

Wskaźnik paliwa niebezpiecznie zbliżył się do nicości. Na pewno przekłamuje, pomyślałem. – A chcesz się przekonać? odezwał się rozum. Nie chciałem i skierowałem się w stronę stacji benzynowej. I tu pojawiły się pierwsze problemy. Czyżby sceptycy mieli rację? Nie mieli. Wlew paliwa jest w pod kanapą. Na kanapie siedzę ja, za mną leży rolka z ciuchami, plecak z innymi gratami i śpiwór. Cała ta misterna piramida spięta jest gumami i siatką bagażową. Rozmontowałem tę misterną budowle i zatankowałem do pełna. 9.09 zł. DZIEWIĘĆ ZŁOTYCH I DZIEWIĘĆ GROSZY! Nie wiedziałem co myśleć, bo przejechałem od ostatniego tankowania prawie 140 km. Mój mózg nie wiedział, co o tym myśleć… W sumie to się jednak ucieszyłem, tak się ucieszyłem, że zapomniałem zamówić kawę. Zresztą musiałem jechać ponieważ rozwijałem 30% moich, codziennych, normalnych prędkości. Ruszyłem. Niby nigdzie się nie spieszyłem, niby jechałem na luzie, a i tak bacikiem poganiałem mojego mustanga. Stop, to nie mustang, to nawet nie muł. To niskorosły i wątły osiołek  chińskiego pochodzenia. Z takimi genami nie było zbyt dużych szans na galop, kłus też nie był możliwy. Więc wlokłem się z prędkością zarezerwowaną do tej pory dla dzieciaków testujących rowery otrzymane przy okazji pierwszej komunii.

W pewnym momencie zobaczyłem trzy wielkie i tłuste gieesy od bmw. – To dobry moment na test – pomyślałem, wspiąłem się na podłodze, naprężyłem kształtne ciało i wciągnąłem brzuch. Dynamicznie wykonałem gest znany jako lewa w górę. Nie, to nie było lewa w górę, to było LEWA W GÓRĘ. Eksplozja, dynamika i technika, którą osiąga się latami. Gest ten tak zaskoczył gieesowców, że wszyscy trzej go odwzajemnili. Minęliśmy się i odjechali w swoją stronę. Najsłabsze ogniwo tej ekipy, jadący na końcu, nie przypuszczał nawet, że wprawne ucho kierowcy skutera wyłapało fakt, że w jego gieesie przyszedł czas na regenerację przekładni kątowej, wymianę krzyżaków, uszczelniaczy i łożysk w kardanie. Kierownik tego gieesa chyba zdawał sobie z tego sprawę, bo lwg w jego wykonaniu wypadła bardzo blado i niemrawo. Wiedział o zbliżającej się pożyczce z kasy Stefczyka na remont napędu. W myślach dodałem, przeliczyłem jego wydatki na remont na litry benzyny oraz spalanie mojego ścigacza i…. Mogłem niemal objechać ziemię dookoła, po równiku, w cenie regeneracji wału kardana beemki. Tylko ile razy musiałbym zmienić silnik? O całej, chińskiej reszcie nie wspomnę. Nie dziwcie się, że podczas drogi pojawiały mi się tego rodzaju przemyślenia i filozoficzne rozkminki. Po prostu krajobraz przesuwał się bardzo wolno, a to sprzyjało rozmyślaniu.

Albo ukształtowanie terenu albo nadmiar tlenu w cylindrze spowodowało, że przyspieszyłem do 50 km/h. Zganiłem się za to, mając na uwadze wytrzymałość jednostki napędowej. Zresztą cieszyła mnie taka jazda. Gorący pęd powietrza przypominał mi jazdę w Macedonii. Taki sam żar, taki sam zapach, podobne pola ze zbożem. Przypomniałem sobie jaki byłem z siebie dumny, przekraczając kolejne granice państwowe na dużym motocyklu. Jednocześnie jadąc skuterkiem (nadużyciem byłoby nazwanie tej kruszyny skuterem), powodowało taką samą, jak nie większą radość. Co z tego, że nie przekraczałem nawet granicy województwa? Jechałem zobaczyć się z fajnymi ludźmi. I dzięki temu ta trasa z góry była skazana na sukces.

Dojeżdżałem do celu. Jeszcze tylko kilka kilometrów drogi przez las. Jakość tej drogi miała zgubny wpływ na piramidę bagażową jaką stworzyłem. Siatka nie utrzymała podskakującego plecaka, który zsunął się razem ze śpiworem.

No cóż, mogłem się tego spodziewać. Bagaż i ja doświadczaliśmy jakości zawieszenia. Bagaż się poddał a ja nie. Jeszcze raz zamontowałem wszystko od początku. Niemal idealna konstrukcja. Dwieście, czterysta pięćdziesiąt i siedemset metrów dalej trzykrotnie zbierałem graty z asfaltu i  układałem misternie cały bagaż. Kląłem za pierwszym razem, płakałem za drugim, a wesoło pogwizdywałem za trzecim. Byłem mistrzem w wiązaniu bagażu na skuterku, a po prostu asfalt, po jakim jechałem, miał zbyt agresywną charakterystykę, co powodowało pewnego rodzaju turbulencje bagażowe. W końcu znalazłem rozwiązanie. Zwolniłem i oparłem się plecami o torbę. Ustabilizowałem bagaż kosztem prędkości. Dojeżdżałem do wsi kiedy w lusterku zobaczyłem go… Zbliżał się do mnie… Doganiał mnie… Rowerzysta! Zakląłem w duchu, jeszcze nie byłem gotowy na tego typu konfrontacje. Jedną ręką przytrzymałem torby, drugą odkręciłem do oporu manetkę gazu. W mgnieniu oka… No dobra, po kilku długich sekundach jechałem już ponad trzydzieści kilometrów na godzinę. Oddaliłem się od rowerzysty. Odetchnąłem z ulgą.

Wjechałem do wsi. Zacząłem szukać terenu spotkania motocyklowego. Motocyklowego, co za ironia. Skuterem na moto-spot… Ale co mi tam? Wjechałem przez bramę i dojechałem w miejsce, gdzie zaparkowane było kilkanaście motocykli. Reszta rozrzucona była po całym placu koło licznych namiotów.

Stoję. Stoję i patrzę. Jakieś zaciekawione spojrzenia. Jakiś bardzo zdziwiony i niekompletnie ubrany zlotowicz zachodzi mnie od tyłu. Patrzy na tablicę rejestracyjną i widzę, że rozszerzają mu się źrenice.. Chyba myślał, że jestem miejscowy.

Ściągam majdan z motocykla. Pojawiają się znajomi z poprzedniej edycji zlotowej. Już targam graty, rozstawiam namiot. Trochę rozmawiamy o moim jadowicie pomarańczowym skuterku.

– Pokażcie mi tu na zlocie choppera, albo inną armaturę w takim kolorze – prowokuję. Widzę uśmiechy na twarzach bo zaparkowałem obok Indiana w oczojebnym, lazurowym z nalotem indygo, habrowo-modrawym, szafirowo-bławatkowym… No, w niebieskim kolorze był. Ale błyszczał jak małolata na randce z kierowcą beemwu w galerii handlowej. Prawie przyćmił mój skuterek.

Ze skuterami jest jak z disco polo. Nikt nie słucha a wszyscy znają. Tutaj też nikt nie pytał o nic bo nikt nie jeździ a wie wszystko o tych maszynach. Bo każdy wiedział jakiej produkcji jest skuter, jaka jest pojemność i v-max. Nie brakowało uśmiechów i uśmieszków.

Przenoszę namiot w bardziej ustronne miejsce i wieszam hamak. Zapoznaje się z sąsiadami. I jak to na moto spotkaniach: rozmowy, rozmowy, porównania, dyskusje. Oczywiście motocyklowe lub okołomotocyklowe. Fajni ludzie z całej Polski się zjechali. A wspólna pasja łączy. Wieczorem przy ognisku było trochę wspominków z poprzednich spotkań. Każdy chętnie chwalił się swoimi wyjazdami. Opowieściom nie było końca. I tym sposobem dzień dobiegł końca. Poszedłem spać chociaż niektórzy debatowali do białego rana.

Lubię spać nad wodą. Zawsze budzę się wypoczęty. Zawsze budzę się w dobrym nastroju i zawsze wstaję wcześnie. Wokół mnie duży bałagan. Podróżując motocyklem mam jakiś poukładany sposób funkcjonowania na biwakach. Utarty schemat pozwala zachować względny porządek. Skuterowy debiut podróżniczy pod tym względem nie przynosi mi chluby. Niekontrolowany bałagan razi w oczy. Nie przeszkadza mi to w zaparzeniu kawy. Nie było to łatwe, bo miałem tylko wodę gazowaną, a nie chciało mi się iść do jeziora po wodę. Nie była to wybitna kawa, ale przynajmniej była w odpowiednim kolorze, więc udało się oszukać mózg.

Śniadanie to nieśmiertelna jajecznica. I tu udało mi się przezwyciężyć logistyczne problemy. Oparty o skuterek jadłem z radością.

Mycie garów to tylko formalność, bo porządek musi być. Nawet poukładałem cześć swoich gratów.

Było wcześnie. A i tak niektórzy zaczęli się powoli pakować. Nic nie trwa wiecznie więc i to spotkanie dobiegało końca. Nie musiałem się spieszyć ale nie wiedziałem ile czasu zajmie mi droga. Wykąpałem się w jeziorze i rozłożyłem na leżaku. Relaks. Motocykli na parkingu było coraz mniej. Pożegnania, umawianie się na kolejne spotkania. Przyszedł i na mnie czas. Założyłem torby na kanapę i zabezpieczyłem. Jeszcze tylko kilka zdjęć przed odjazdem i z żalem odjeżdżam. Powoli ale nie dlatego, że szybciej nie mogę. Po prostu nie chcę stąd odjeżdżać.

Kilka osób patrzy na mój odjazd. Przezornie, żeby nie dać plamy, odpalam rozrusznikiem. Chociaż zazwyczaj odpalam na kopa. I jadę.

Nie spieszę się. Zresztą czy można spieszyć się jadąc skuterem? Pewnie można. Tylko po co? Wjeżdżam na stację benzynową żeby zatankować. Nie starczy mi benzyny żeby dojechać do domu. Znów do zapłaty kwota około dziesięciu złotych. Z ekonomicznego punktu widzenia skuter zdecydowanie ma sens. Tylko tankowanie i każdorazowe ściąganie bagaży jest utrudnieniem. Obok mnie ktoś tankuje hondę VTX 1800. Trzydzieści sześć razy większy silnik. Ale czy to ma jakiekolwiek znaczenie? Niewielkie. Droga jest taka sama i dla vtx’a i dla skutera. Pod warunkiem, ze nie jest to ekspresówka czy autostrada.

Jadę w stronę domu. Bez ciśnienia, bez szalonych prędkości. Ostatnie dziesięć kilometrów jadę w deszczu. Nie przeszkadza mi to. Cieszę się, że bez problemów dojeżdżam do domu. Mój wyjazd to w sumie 400 km. Czy to dużo? To zależy od środka transportu…

Podobała ci się ta relacja? Wpadaj po więcej opisów przygód Marcina na jego blog na FB – Dwie Hondy!

3 KOMENTARZE

  1. To nie chodzi o skuter. Czterdziecha to taka magiczna liczba po przekroczeniu której punkt patrzenia się zmienia, człowiek przestaje się spieszyć i ma coraz bardziej wywalone na ogół. Żona, dzieci, dom, spłacony kredyt – to wszystko już jest. Pozostaje dbać o zdrowie i cieszyć się życiem jak najdłużej.

  2. No dokładnie, po 40tce znacząco rósnie ilość spraw które powoli można mieć w… siodle. A że skuterkiem…? A może właśnie ta mizerna prędkość pozwala nacieszyć się podziwianiem okoliczności mijanej przyrody bo jadąc szybko zwyczajnie nie ma na to czasu. Ja też pomimo posiadania kilku “dorosłych” motocykli najczęściej ujeżdżam 125tke..

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.