Oto druga część relacji z naszej tegorocznej podróży do Rumunii. Zachwyt mieszający się z dreszczem emocji to stały element podróży po tym kraju. Dlatego namawiamy niezdecydowanych – koniecznie uwzględnijcie ten kierunek w planach na kolejne wyjazdy!
Tekst i zdjęcia: Michał Budziaszek
Jeżeli nie czytaliście jeszcze części pierwszej, zachęcam do zapoznania się najpierw z nią:
Od rana padało. Deszcz, który wczoraj po południu odpuścił, wrócił. Dlatego z Sighisoary wyjechaliśmy dopiero koło 10.30. Ruszyliśmy prawie prosto na południe, jadąc drogą 106. Okolice, przez które przejeżdżaliśmy, miały swój urok, ale ja byłem już skupiony na czekającej mnie drodze. I nad ciemniejącym z każdą chwilą niebie. Według informacji, które wyczytałem przed podróżą, w Rumunii w sierpniu pada średnio przez cztery dni. W takim razie my zaliczyliśmy już połowę tych deszczy.
Tak jak w poprzednim dniu zatrzymaliśmy się na stacji, tak i zdecydowaliśmy się na to teraz. Tym razem w mogącym się pochwalić tzw. Kościołem Warownym miasteczku o dźwięcznej nazwie Agnita.

Deszcz w końcu ustał, ruszyliśmy dalej, ale to nie był koniec problemów na trasie. A jeszcze nie dotarliśmy do podnóża Transfogaraskiej. Moja, bardzo istotna uwaga – nie ustawiajcie nawigacji na jakiekolwiek miejsce za trasą Transfogaraską. Ustawcie na sam początek drogi. Jeżeli jedziecie z południa, to na południowy kraniec. Jeśli z północy, na północny.
Trzy razy sprawdzałem, dam sobie rękę uciąć, że ustawiłem trasę biegnącą przez drogę 7C. I dam sobie rękę uciąć, że nawigacja ani razu nie zapytała mnie o wybór innej drogi.
A jednak. W Chirpar kazała skręcić w prawo. Nie zwróciłem uwagi, skręciłem. Byłem 20 kilometrów od początku Transfogaraskiej, gdy zacząłem się znów od niej oddalać. Dopiero po półgodzinie zorientowałem się, że coś jest nie tak. Zatrzymałem się na poboczu i sprawdziłem nawigację. Zamiast prosto przez Transfogaraską, jechałem teraz na Sybin, a potem niebieska nitka planowanej trasy prowadziła po Europejskiej Drodze E81. Wściekły jak diabli zawróciłem. Zanim dojechaliśmy do Cartisoary byłem już dobre trzy godziny w plecy wobec planu. Miało się to na nas potem zemścić.

O samej Transfogaraskiej napisano chyba już wszystko. A moje pióro jest chyba zbyt tępe, abym potrafił opisać przeżycie, jakim jest zobaczenie tego stoku z układającą się poprzecznie stromą drogą. Szczyty chowały się za leniwie przesuwającymi się chmurami. Wrażenie jest oszałamiające i nie do opisania. Co innego asfalt na drodze. Jest po prostu kiepski. Dziurawy, pofałdowany, z poprzecznymi przecięciami mocno utrudniający jazdę obładowanym motocyklem. Ale to nie był moment, gdy można się było nad tym zastanawiać. Jechałem ostrożnie, bo mój lęk przestrzeni utrudniał mi zewnętrzne zakręty. Weź dojedź do krawędzi drogi, jak tam tylko rachityczna barierka i ziejąca dziura. Nie jest to oczywiście uczucie wiszenia nad przepaścią, ale do najprzyjemniejszych nie należy. Jeśli ktoś się tego boi, to jest czego. Ale z drugiej strony, nie jest to nic, czego przy dużej ilości samozaparcia nie da się pokonać.

Gdy myślałem, że już najgorsze za nami i nawet kilka razy oderwałem wzrok od asfaltu, aby rozejrzeć się po tych majestatycznych górach, to kilkugodzinne opóźnienie dało o sobie znać.
Korek. Korek na stromej, składającej się głównie z serpentyn, drodze. No nie jest to coś, czego chciałbym drugi raz doświadczyć. Szczególnie, gdy zatrzymać się musisz na środku serpentyny. To nie dzięki umiejętnościom, ale tylko szczęściu udało mi się utrzymać motocykl. Ledwo co sięgnąłem nogą asfaltu i wciskając ze wszystkich sił hamulec nie pozwoliłem, aby motocykl stoczył się do tyłu. To, że potem ruszyłem z takiej pozycji również zawdzięczam ogromnej dozie szczęścia.

Na szczycie nawet się nie zatrzymaliśmy. Dopiero po przejechaniu ciemnego, wilgotnego i dłuższego niż mi się wcześniej wydawało tunelu zatrzymałem motocykl i pozwoliliśmy sobie na chwilę relaksu. Na podsumowania przyjdzie czas. Ale pierwsze, co mi się nasunęło w tym momencie, to że beskidzkie serpentyny to zupełnie inna bajka.



Sam zjazd jest również bardzo wymagający. Droga się dłuży. O ile droga od północy jest stroma i krótka, o tyle od południa jest zdecydowanie dłuższa i mimo że na mapie tak nie wygląda, jest mocno kręta. Odcinek wzdłuż jeziora Vidraru dał mi porządnie w kość.

Na domiar złego, cały południowy odcinek był remontowany. Co chwila mijaliśmy podłużne fragmenty drogi pozbawione asfaltu. O ile w samochodzie coś takiego mogłoby się skończyć co najwyżej uszkodzeniem zawieszenia lub koła, o tyle na motocyklu wjazd w taki kilkucentymetrowy uskok, albo ześlizgnięcie się koła w coś takiego mogłoby się skończyć upadkiem. Ogólnie mam wrażenie, że Rumuni remontują na zdecydowanie zbyt dużą skalę. Zajmują się długim odcinkiem, gdzie tylko na niewielkim prace naprawdę postępują. Reszta leży odłogiem.
Zdecydowanie polecam pokonać trasę z północy na południe. Po pierwsze – perspektywa zjazdu ostrymi północnymi serpentynami z taką ekspozycją byłaby dla mnie trudna do przełknięcia. Po drugie, sam podjazd od południa mógłby mnie na tyle zmęczyć, że zabrakłoby mi skupienia na tym bardzo trudnym odcinku na północnej stronie. No i zjeżdżając można więcej uwagi poświęcić stojącym na poboczu niedźwiedziom, niż podczas wjazdu, gdy myśli wciąż krążą wokół czekającego zadania.

W końcu minęliśmy Twierdzę Draculi – tą prawdziwą. Ale nie zdecydowaliśmy się, aby na nią wejść. To ponad 1000 schodów, nie czułem się na siłach po całym ciężkim dniu. Wystarczyła fota z dołu, przerwa na kawę i jazda do Curtea de Arges, gdzie czekało ciepłe łóżko. Ale najpierw zimne piwo i zasłużone cygaro. W końcu przejechaliśmy Jedną z najpiękniejszych dróg na świecie!
Wieczór spędziliśmy w Pub Rock & Beer, zdecydowanie polecam. Świetna rockowa muzyka, dobre piwo, kameralny klimat. Cygara smakowały wybornie i ze względu na doświadczenia z trasy i sympatyczną miejscówkę.
Następny dzień przyniósł od rana piękną pogodę. Mogliśmy więc spokojnie ruszyć. I tu pewnie zaskoczę. Na wschód. Nasz plan wakacji nie opierał się jedynie na przejechaniu rumuńskich tras widokowych. Skoro wywiało nas już tak daleko od domu, to dlaczego nie pociągnąć tego dalej? Taka myśl towarzyszyła nam w drodze do Eforie Nord, rumuńskiego kurortu wypoczynkowego nad Morzem Czarnym.
Droga jest zasadniczo prosta. Tuż za Curtea de Arges wjeżdża się na autostradę, którą opuszcza się praktycznie na przedmieściach Eforie. Nic skomplikowanego. Rzeczywistość okazała się nieco inna. Gdy tylko ominęliśmy Bukareszt objawiła się charakterystyczna cecha tej drogi. Wiatr.
To nie był zwykły wiatr. To było najbardziej męczące doświadczenie w moim dotychczasowym motocyklowym życiu. Co chwila niespodziewane podmuchy bocznego wiatru, trzęsące motocyklem i zmieniające jego tor jazdy. Dookoła tylko pustka. Żadnych ekranów, żadnych lasów czy zabudowań. Rachityczne krzaki nie dawały żadnej osłony przed tą zawieruchą. Co gorsza, im bliżej do wybrzeża, tym wiatr stawał się silniejszy. Ostatnie kilometry, od mostów na Dunaju, to już była walka. Zdecydowanie nie polecam tej drogi. W drodze powrotnej zdecydowaliśmy się jechać równoległą drogą 22C. Było lepiej, ale chyba głównie ze względu na niższą prędkość motocykla. Chociaż rozsiane tu i ówdzie miasteczka nieco przed wiatrem chroniły.
W końcu jednak udało nam się cało i zdrowo dojechać. O przepraszam, może nie cało. Od tego naporu wiatru straciłem deflektor na szybie motocykla. Mocujące plastiki nie wytrzymały. Na szczęście w porę to zauważyłem i zdążyłem zjechać na szerokie pobocze, aby się pozbyć osłony zanim dostałbym nią prosto w kask. To chyba nieco naświetla siłę tego wiatru.

Rumuńskie wybrzeże jest… specyficzne. To chyba dobre słowo. Konstanca, bardziej wysublimowana, z przepięknym, odnowionym budynkiem kasyna, w którym jest restauracja z widokiem prosto na morze. Chwaląca się swoim rzymskim pochodzeniem (oprócz ruin jest pomnik Romulusa i Remusa). Ale nie tylko pozostałości rzymskiej kultury są warte obejrzenia w tym portowym mieście. Mający nieco ponad sto lat meczet i jego minaret, skąd można zobaczyć panoramę miasta. Masa przepięknych willi w centralnej części miasta. Co innego Eforie Nord, w którym mieliśmy bazę noclegową.

Mógłbym je porównać do Władysławowa. Do kwadratu. Połączonego z egipskim targowiskiem. Jeśli ktoś ma uczulenie na kiczowate stragany, to powinien to miasteczko omijać szerokim łukiem. Tak samo, gdy jest wrażliwy na hałas. Eforie wrzeszczy, świeci i tańczy break dance. Ale plaże są szerokie i w pełni cywilizowane, ceny bardzo rozsądne, a jedzenie nie zaszkodziło. No i gdy ktoś pragnie większego spokoju, po drugiej stronie miasta ma słone jezioro i możliwość zażycia kąpieli błotnych. Szczerze? Uczucie nie do podrobienia, gdy smarujesz się czarną mazią o siarkowym zapachu i czekasz, aż stwardnieje na słońcu. A potem hop do ciepłego jeziora, w którym, ze względu na wysokie zasolenie, nie da się zanurzyć, aby zmyć z siebie to błocko.

Jednak teraz, z perspektywy czasu, nie wiem, czy drugi raz zdecydowałbym się tam jechać. Ta przeklęta droga. Dość wspomnieć, że nie widziałem tam praktycznie w ogóle motocykli. Z jednym spotkałem się na stacji paliw. To może świadczyć o tym, że nie jest to popularna wśród motocyklistów trasa.
Na zachód!
Jak wcześniej pisałem, wracaliśmy równoległą do autostrady drogą, wjeżdżając na dwupasmówkę dopiero na wysokości Cernavody, czyli mostów nad Dunajem. Swoją drogą, dla motocyklistów zupełnie darmowych. Odcinek do pokonania mieliśmy dłuższy niż w drodze nad Morze Czarne, bo tym razem kierowaliśmy się do Novaci, pod Transalpinę.
Bez żadnych przeszkód dotarliśmy do celu. Nie ma też co się nad drogą rozwlekać. Ot, po prostu należy ją przejechać. Żadne szczegóły nie zapadły mi w pamięć, może poza stojącymi tu i ówdzie zrujnowanymi kombinatami rolniczymi na pierwszym etapie trasy. Gdybyśmy byli fanami urbexu, może zrobilibyśmy kilka przerw.
Drugi odcinek, po zjechaniu z autostrady pod Curtea de Arges to już klasyczna rumuńska droga u podnóża gór. Tu i ówdzie serpentyny, przejazd przez senne miasteczka. W Novaci nocowaliśmy w pensjonacie Casa Dragan, tuż przy Transalpinie. Podczas wyboru noclegu warto zerknąć na mapę – droga powyżej samego centrum pozbawiona jest chodnika i ma wąskie pobocze, więc zejście do samego miasteczka może być nieco kłopotliwe. A tym bardziej powrót po zachodzie słońca. Warto w takim wypadku zaopatrzyć się w latarkę, aby nadjeżdżające pojazdy wcześniej zauważyły idącego jezdnią pieszego. My po ponad 500-kilometrowej podróży dosyć szybko zalegliśmy w łóżku. Bo kolejnego dnia czekała nas kolejna słynna trasa.

Tym razem ruszyliśmy bez przeszkód o ósmej rano. Było sucho, słonecznie, a droga bardzo szybko ukazała nam swoje piękno. Widoki zapierały dech. Jeszcze przed Rancą, miejscowością znajdującą się najwyżej na Transalpinie, można podziwiać powalające widoki. Z jednej strony otwarta przestrzeń, z kolejnym pasmem górskim w oddali, z drugiej porośnięte brązową trawą zbocze góry. Fragmenty skał leżą na poboczu, jakby chciały zasypać przecinającą je drogę. Po minięciu miasteczka jest jeszcze lepiej. Krajobraz otwiera się bardziej i w oddali widać, gdzie droga prowadzi, tuż poniżej najwyższego wzniesienia pasma górskiego, znikając za horyzontem.

Gdybym miał porównywać Transfogaraską i Transalpinę, to ta druga podobała mi się bardziej. Transfogaraska jest bardziej… brutalna. Wygląda jak wyryta w skale, z siłą, bez zahamowań. Jak łańcuch oplatający górę. Transalpina jest jak wstążka położona na grzebiecie górskim. Delikatna, nie ingerująca tak w naturę jak Transfogaraska. Zdecydowanie bardziej chwyciła mnie za serce. Nawet zwierzęta o tym świadczą. Na Transfogaraskiej mija się niedźwiedzie. Na Transalpinie osiołki i owieczki.
Jola zrobiła chyba milion zdjęć. Ja nie mogłem oderwać wzroku od widoków. Nawet mój lęk przestrzeni na chwilę mnie opuścił, jakby rozumiejąc, że powinien mi dać chwilę wytchnienia, abym mógł delektować się tym pięknem.

Zdaję sobie sprawę, jak brzmią te słowa, ale naprawdę oddają moje uczucia. Ta droga nie ma sobie równych. Nie zrozumcie mnie źle – to nadal górska, wymagająca droga. Zakręty potrafią zaskoczyć, są ostre i nieprzyjemnie strome. Ale to nic w porównaniu do tego, co ta droga daje pokonującemu ją motocykliście.

Jej drugi odcinek, od Obarsia Lotrului do Sebesu nie jest już tak spektakularny. Warto zatrzymać się oczywiście nad jeziorem Oasa. Na zaporze stało dobrych kilkanaście motocykli, a langosz po pokonaniu tego odcinka Transalpiny smakował wybornie.
Potem jeszcze półtorej godziny jazdy przez opadającą w dół drogę, mając cały czas po prawej stronie wysoki mur skał i dojechaliśmy do Sebesu…
…który to ominęliśmy łukiem, aby dostać się do miasta ostatniego naszego rumuńskiego noclegu, Turdy. Wiadomo, trzeba było zaliczyć tamtejszą kopalnię soli. A właściwie specyficzny lunapark znajdujący się w kopalni. Bo to główna atrakcja zarówno tej kopalni, jak i całej Turdy (ale nie jedyna, o czym później). W ogromnej komnacie znajdują się koło młyńskie, niewielka kawiarnia, pola do minigolfa czy podziemne jezioro, po którym można pływać łódką. Wszystko to oświetlone, przypominające nieco odpust. Do mnie ta atrakcja nie do końca przemówiła, ale uważam, że należy to po prostu zobaczyć. Chociażby po to, aby przekonać się na własnej skórze, jaka forma rozrywki nam odpowiada. Czy nasze tradycyjne Wieliczka czy Bochnia, czy może ta rumuńska wersja?

Nocowaliśmy niecałe dwieście metrów od starego wejścia do kopalni, więc oczywistym było, że weszliśmy właśnie tędy. I polecam takie rozwiązanie. Fakt, parking jest malutki, infrastruktury praktycznie nie ma, ale za to kilkusetmetrowy korytarz do serca kopalni robi robotę.

Turda jako miasto nas nie zachwyciła. Byliśmy tam w środku tygodnia, ale to nie wyjaśnia tego, że w mieście posiadającym taką atrakcję turystyczną na rynku były czynne dwie restauracje, z czego jedna typu fast food. Na szczęście Casa Ramona, pensjonat, w którym nocowaliśmy, wynagradzał nam te niedogodności. Cygaro i kilka łyków palinki pod zadaszoną wiatą (zwaną kuchnią letnią – bucatarie de vara) dopełniło ten pełen wrażeń dzień.

I do domu
W drodze powrotnej odwiedziliśmy jeszcze znajdujący się tuż obok Turdy – to właśnie ta druga atrakcja - wąwóz Turzii, zamek Banffy oraz Smocze Ogrody. Pomiędzy zamkiem a ogrodami prowadzi nowo wyremontowana droga 109, która (może nie tak spektakularnie jak droga 186 w Maramureszu) pozwala zasmakować w tej tradycyjnej Rumunii.

Jako że planowaliśmy nocleg w trasie, uznając, że będziemy już zbyt zmęczeni, aby z Turdy jechać do Bielska, zatrzymaliśmy się na chwilę w węgierskim Nyirbator. Odwiedziliśmy tam rodzinny dom Elżbiety Batory, siostrzenicy Stefana Batorego, znanej z dość kontrowersyjnych preferencji kąpielowych. A potem nocleg w Tarcal, węgierskim mieście sąsiadującym z Tokajem. Niestety, jeśli ktoś spodziewałby się po tym winiarskim mieście czegoś podobnego do również znanego z win Egeru, to mógłby się rozczarować. Zarówno Tokaj, jak i Tarcal wyglądały jak wymarłe. Dość powiedzieć, że tokaj, którym raczyliśmy się wieczorem w Apartamentach Tarcal pochodził z supermarketu…

Następny dzień to już prosty przelot do Polski, do Bielska. I tak upłynęło 11 dni wyjazdu. Z czego 9 w siodle motocykla. Nasz Bandit 600s zrobił ponad 3200 kilometrów i ani razu nie zawiódł. Deszcz, upał, wiatr, kurz w Maramureszu. Nic mu nie było straszne. To jednak jest pancerna maszyna.
Co zrobiłbym inaczej?
Teraz, mądrzejszy o ten wyjazd, kilka rzeczy zrobiłbym inaczej. Sztywny plan na Transfogaraską (i pewnie Transalpinę, ale tutaj nam pogoda dopisała) to nie jest dobry pomysł. Jola twierdzi, że gdyby wiedziała to, co wie teraz, nie pojechałaby na Transfogaraską. Ten korek na szczycie i niebezpieczeństwo upadku dało jej mocno w kość. Ale jeśli mam być szczery… To mam wrażenie, że tylko tak mówi. To było niesamowite przeżycie, przejechać tę drogę. Jednak ja, z perspektywy czasu i wydarzeń, zostawiłbym sobie jeden dzień marginesu. Na spokojnie przeczekalibyśmy deszcz i ruszyli kolejnego dnia z samego rana.
Droga, którą wybrałem, aby dotrzeć nad morze była pomyłką. Zdecydowanie lepiej byłoby pojechać inną trasą, aby uniknąć tej nieszczęsnej autostrady. Może należało i jeden dzień przedłużyć urlop i spod Transfogarskiej skierować się na północ Rumunii, wzdłuż granicy z Mołdawią i Ukrainą, odwiedzając przy okazji deltę Dunaju?
Drogi w Rumunii to ciągły plac budowy. Jak opisywałem, kilkunastokilometrowy odcinek drogi w remoncie to nic niezwykłego. Wydłuża to podróż i potęguje zmęczenie. Stacje paliw są rzadziej niż w Polsce, w dodatku dwa razy natknęliśmy się na stację, gdzie nie było dostępnej benzyny (czekali na dostawę). Dobrze mieć to z tyłu głowy, aby nie obudzić się z pustym bakiem.
Rumunia ogólnie jest nieco tańsza od Polski. Te 11 dni zamknęliśmy w około 5000 złotych. Gdyby nie szalone ceny paliwa, byłoby znacznie taniej. Największy szok przeżyłem nad morzem, gdzie ceny są po prostu bardzo rozsądne. 0,4 litra lanego piwa można kupić za jakieś 5 złotych. To taniej niż w Satu Mare. Z jedzeniem podobnie. Polecam autoservire – idziesz z tacą, pokazujesz co i ile chcesz zjeść i płacisz za wagę tacy. Szybko, tanio i bezproblemowo.
Za noclegi płaciliśmy około 140 złotych za noc na 2 osoby. Część wyżywienia organizowaliśmy sobie sami. W każdej miejscowości, którą odwiedziliśmy, był market (Penny, Lidl), więc proste, szybkie śniadania nie stanowiły żadnego problemu. Po drodze łapaliśmy coś do przegryzienia na stacji paliw, a potem kolacja po dojeździe na miejsce w restauracji.
Na pewno jeszcze odwiedzimy Rumunię. Chociażby dla delty Dunaju, dla Transapuseany, Zamku w Hunedoarze. I wielu, wielu innych miejsc. 11 dni, po samej Rumunii przejechaliśmy grubo ponad 2000 kilometrów. A czuję się, jakbym tylko delikatnie otarł się o ten kraj i jego fascynującą kulturę i geografię. Polecam każdemu motocykliście ten kierunek. Jeśli przymknie oko na gorszą nawierzchnię na niektórych drogach i niekończące się roboty drogowe to na pewno zakocha się w tym kraju.
