Rumunia, ze słynnymi trasami Transfogaraska i Transalpina, wydaje się być kierunkiem nieomal obligatoryjnym dla europejskich motocyklistów. Nie ma się więc co dziwić, że i ja, wraz z moją małżonką, postanowiłem odwiedzić ten kraj i pokonać te dwie drogi. A przy okazji odwiedzić inne, liczne atrakcje. Oto relacja z naszej motocyklowej podróży do Rumunii.
Tekst i zdjęcia: Michał Budziaszek
Wyjazd zaplanowaliśmy na 4 lipca i… nie pojechaliśmy. Mój wyrostek robaczkowy uznał, że nie chce ze mną jechać do Rumunii i postanowił zostać w Polsce. Jak zaczynać wakacje, to z przytupem. Kolejnym oficjalnym terminem został 17 sierpnia, ale wyjechaliśmy dzień wcześniej. Zapowiadało się bowiem załamanie pogody, a ruszanie w 500-kilometrową trasę w deszczu nie wydawało nam się dobrym pomysłem. Skoro mieliśmy możliwość wyjazdu wcześniej, szybko zapadła decyzja, aby właśnie tak zrobić.
Szukasz akcesoriów motocyklowych? Jeśli tak, to polecamy sklep naszych przyjaciół z Motormind. Klikając w poniższy link i dokonując przez niego zakupów dokładacie cegiełkę do rozwoju i utrzymania naszego portalu. Dziękujemy!
Odzież i akcesoria motocyklowe – MotorMind
Wyruszyliśmy więc w niedzielę, w pełnym słońcu, ciesząc się z nadchodzącej podróży. Aby nieco urozmaicić transfer z Bielska-Białej do Rumunii, wybraliśmy trasę wiodącą przez Nowy Targ i Niedzicę, a potem skierowaliśmy się na Lubowlę. Dzięki temu mogliśmy podróżować wzdłuż doliny Dunajca, spoglądając co rusz na Trzy Korony i zatrzymać się przy Nestville Distillery – destylarni whisky na Słowacji.

Po krótkiej przerwie na kawę i uzupełnieniu zapasów w sakwach skierowaliśmy się drogą 68 na Preszów, gdzie, wykorzystując słowackie przepisy dotyczące braku obowiązku winiet dla motocykli, wskoczyliśmy na autostradę w stronę węgierskiej granicy. Węgrzy nie są już niestety tak łaskawi dla motocyklistów, więc przed przekroczeniem granicy zjechaliśmy z autostrady, decydując się na przejazd przez kraj bratanków jak najkrótszą trasą, omijając płatne drogi. Transfer mijał dość szybko, chociaż coraz wyższa temperatura dawała się nam już we znaki. Przyzwyczajeni do naszych rodzimych Żabek i stacji paliw na każdym kroku, doznaliśmy pewnego szoku kulturowego, nie mając aż takiego wyboru miejsc do zakupu wody i chociaż krótkiego zejścia z motocykla. Na szczęście cały węgierski odcinek liczył niewiele ponad 100 kilometrów, a po przekroczeniu granicy z Rumunią zostało już tylko dziesięć do naszego pierwszego noclegu.
Pierwsze większe miasto
Satu Mare. To chyba najbardziej oczywiste miejsce, jeśli zakładamy nocleg w najbliższym Polsce dużym mieście Rumunii. Nie oszałamia architekturą, chociaż Katedrze Wniebowstąpienia warto się przyjrzeć, tak samo jak Wieży Strażackiej (niestety, przybyliśmy za późno i nie dane nam było zobaczyć z niej panoramy miasta) i kilku urokliwym budynkom na głównej ulicy. Warto również dodać, że właśnie w Satu Mare znajduje się jeden z najwyższych budynków w kraju – Pałac Administracyjny. Ale nie mogę powiedzieć, żeby mnie oczarował…

Nie do końca smutne miejsce
Następnego dnia nadszedł czas, aby rozpocząć tę prawdziwą część wyjazdu. Nie byliśmy oryginalni – z Satu Mare pojechaliśmy na Wesoły Cmentarz, tak odmienny od znanych nam nekropolii. Opisywany wszędzie, znany na całą Europę, jeśli nie świat. Ale to jak z wieżą Eiffla w Paryżu. Trzeba go zobaczyć, bez względu na to, jak komercyjnym miejscem się stał.

Malunki na grobach prezentują się ciekawie. Przez kilka chwil postanowiliśmy pobawić się w odgadywanie, co przedstawiają obrazki z życia, bez podpierania się tłumaczeniem opisów. Ale przyznaję szczerze, że w pełnym słońcu, w motocyklowych ubraniach nie jest to miejsce, w którym spędziłbym więcej czasu niż ten wykorzystany na spacer. Cmentarz jest bardzo popularny, co było widać zarówno przez pryzmat liczby odwiedzających go osób, jak i brak miejsc parkingowych. Na motocyklu to nie robi takiej różnicy, ale gdy ktoś przyjeżdża samochodem, staje przed sporym wyzwaniem.
Opuściliśmy cmentarz i ruszyliśmy dalej w kierunku na Syhot Marmaroski, zgodnie z tradycyjnym planem podróży przez północną część Rumunii. Jak można się było spodziewać, ominęliśmy główną drogę nr 18 i skręciliśmy w 186, aby wjechać w tę słynną, prawdziwą Rumunię, jak nazywany jest region Maramureszu.

Wielka przebudowa
Powiedzmy sobie prawdę. To nie był dobry pomysł. Albo inaczej – ogólnie pomysł jest świetny, a kiedyś będzie jeszcze lepszy. Ale my trafiliśmy na moment, w którym drogowcy zwinęli 13 kilometrów asfaltu. Jazda klasycznym szosowym motocyklem po klińcu lub jakiejś ciężko określonej podbudowie drogi była koszmarem. Te słynne bramy widziałem, wozy konne widziałem. Ba, nawet zauważyłem, że mają tablice rejestracyjne. Ale większość trasy upłynęła mi na walce z nawierzchnią, wężykującym motocyklem i oblepiającym wszystko pyłem.

Gdy w końcu opuściliśmy ten plac budowy mogłem się nieco rozluźnić i dopiero wtedy na spokojnie zastanawiać się, jak to się stało, że czas się tu może nie zatrzymał, ale biegnie swoim własnym tempem. Jest to też region pełen kontrastów. Oprócz malutkich domów pokrytych gontem lub eternitem, można zobaczyć prawdziwe pałace, z witrażowymi oknami i rzeźbami wielkości człowieka ustawionymi przy wejściowych drzwiach. Mercedes klasy S wyprzedzający wóz z sianem i zjeżdżający po kilku kilometrach na polną drogę w stronę niewielkiego starego domu nie był tu niczym niezwykłym.

To była naprawdę fascynująca podróż do innego miejsca. Gdy wyjechaliśmy z Maramureszu, najpierw drogą 17C, a potem 18, długo rozmawialiśmy przez interkomy na temat tego, co zobaczyliśmy. Nie mieliśmy jednak zbyt dużo czasu na konwersację, bo Rumunia miała do pokazania kolejny ze swoich diamentów – przełęcz Prislop.

Nie jest ona ani tak wysoka, ani tak znana jak Transfogaraska czy Transalpina. Jest też zdecydowanie bardziej na uboczu, ale ma swój urok. Dobra, nowa droga, piękne widoki i dość rozbudowana baza turystyczna sprawiają, że staje się coraz ciekawszym punktem na mapie Rumunii. Na razie jednak niewielki ruch i wspomniany dobry asfalt powoduje, że jest świetnym przetarciem przed bardziej sławnymi „kuzynkami”.

Zatrzymaliśmy się na niej na chwilę, aby podziwiać widoki i dać odpocząć już nieco zmęczonym mięśniom. Szczególnie tym poniżej pleców.
Czas jednak zaczynał powoli gonić. Zbyt dużo go straciliśmy na fatalnym odcinku drogi w Maramureszu. Szybko musieliśmy skierować się w stronę kolejnego noclegu, w oddalonym o około 70 km Kimpulungu Mołdawskim. Szczerze mówiąc, nie mogę o nim wiele powiedzieć. Przyjechaliśmy dość późno, a miasto nie robi wrażenia centrum turystycznego. Znajduje się w dolinie między górami, więc umiejscowione jest ładnie, ale widać, że potencjał nie został jeszcze do końca wykorzystany. Wiem jednak, że wokół miasta pojawiają się już ośrodki narciarskie. Może w zimie miasto ożywa? My zjedliśmy szybką kolację, odwiedziliśmy niewielki park nad rzeką i zrobiliśmy sobie spacer przez wiszący most. Wiedzieliśmy, że kolejny nocleg będzie w mieście o zupełnie innym stylu.

W szponach ulewy
Zanim jednak dojechaliśmy do kolejnego noclegu, przyszło nam się zmierzyć z pogorszeniem pogody. Liczyłem na to, że uda nam się uciec przed deszczem, ale niestety, tuż po wyjeździe z Kimpulungu zaczęła się mżawka. Na wysokości niewielkiej Poiana Stampei padało już na tyle mocno, że postanowiliśmy na chwilę zatrzymać się na stacji paliw, dotankować motocykl i przeczekać najgorsze.

Gdy uznaliśmy, że deszcz ustaje, znów ruszyliśmy w drogę. I to był mój poważny błąd. Nie doceniłem Przełęczy Tihuta. A przecież sam Bram Stoker opisywał tę przełęcz jako niegościnną, surową i dziką. Deszcz, który na nas runął, przemoczył nas do suchej nitki po kilku chwilach. Wiatr wychładzał organizm, a mgła ograniczała pole widzenia. Zaparkowaliśmy na jakimś niewielkim parkingu i schowaliśmy się pod prowizorycznym daszkiem. Drżącymi z zimna rękami wyciągnąłem telefon, sprawdzając, czy w okolicy jest jakieś cieplejsze miejsce, aby się schronić.

Prawda jest taka, że głupi to ma zawsze szczęście. Wystarczyło przejechać jeszcze dwa kilometry – co w tych warunkach oznaczało 5 minut – aby znaleźć się w ciepłej restauracji. Przebraliśmy się w cywilne ciuchy, zostawiając stroje motocyklowe na wieszaku, zamówiliśmy gorące zupy i czekaliśmy. I nie, to nie był ten słynny hotel Castel Dracula.
Dlaczego? Bo przeglądając mapę go po prostu nie zauważyłem. Zatrzymaliśmy się przy głównej drodze, w odległym od Castelu o 300 metrów, bardzo przyjemnym Papasul Tihuta. Gdy przestało padać, ale tak naprawdę przestało – upewniliśmy się kilkukrotnie – założyliśmy już prawie suche motocyklowe ubrania i bez przeszkód skierowaliśmy nasz motocykl ku Sighisoarze.
Ojczyzna Vlada Palownika
Wjeżdżając do miasteczka, minęliśmy któryś już z rzędu Hotel Transylwania i… poczułem rozczarowanie. Owszem, zza zakrętu wyłoniło się znane z chyba wszystkich zdjęć Sighisoary wzgórze zamkowe. Ale jakieś takie… Mało oszałamiające. Jechałem nadal główną drogą, z lekkim niepokojem zerkając przez prawe ramię. I na szczęście dla mojego karku i bezpieczeństwa podróży widok z każdym metrem zbliżającym nas do centrum miasta stawał się coraz piękniejszy.

Z premedytacją wybrałem miejsce na nocleg pod wzgórzem. Masa ludzi, kocie łby i wąskie strome uliczki nie były czymś, z czym chciałbym się mierzyć po kilku godzinach jazdy. Do tego doszła niespodziewana ulewa, potęgująca zmęczenie i wydłużająca podróż, więc dziękowałem sobie w duchu za tę odrobinę rozsądku podczas wcześniejszego planowania. W dodatku, z Casa Soara, gdzie nocowaliśmy, widać było wzgórze zamkowe w całej okazałości. Zostawiliśmy motocykl na podwórku i po prysznicu ruszyliśmy zwiedzać to piękne miasto.

Cóż powiedzieć. Rozumiem, dlaczego zostało wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Skręcając z głównej ulicy opasającej wzgórze wystarczy wyjść kilkudziesięcioma kamiennymi schodami, aby znaleźć się w późnym średniowieczu. Tak jak Maramuresz, poprzez swoje kontrasty, wysyła nas w bliżej niesprecyzowany czas, tak Sighisoara odnajduje się wśród rycerzy, dam dworu i… Vlada Drakuli. Bo właśnie w tym mieście, w jednym z domów urodził się Vlad Tepes, zwany Palownikiem. Zresztą, trudno przeoczyć ten dom, bo chyba z każdej strony oznaczony jest jako miejsce urodzenia najsławniejszego wampira. Swoją droga, w znajdującej się w tym domu restauracji trudno szukać związków Vlada Draculi z jego wampirzą naturą. Lokal jest urządzony z klasą, bez niepotrzebnego kiczu. Zaznaczam, że nie wiem, jak jest w znajdującym się w tym samym budynku muzeum. Nie czuliśmy potrzeby jego odwiedzenia.
Zamiast tego udaliśmy się na spacer w kierunku górującego nam miastem kościoła. Zmierzchało, gdy szliśmy prowadzącymi do niego krytymi schodami, co samo w sobie potęgowało atmosferę tajemniczego, średniowiecznego miasteczka. Gdy wyszliśmy na wzgórze, ukazał nam się stonowanie oświetlony kościół. Pierwsza część okalającego świątynię cmentarza jest zdecydowanie nowsza, zachowana w lepszym stanie i bardziej zadbana. Druga natomiast… Było już ciemno, gdy minęliśmy prowadzącą doń bramę. Dość wspomnieć, że rozmawialiśmy ze sobą szeptem, a przelatujący nad głową nietoperz przyspieszył bicie serc. Otaczał nas tylko dźwięk cykad lub świerszczy, szum liści poruszanych wiatrem i dzwonki.

Tak… Dzwonki. W pierwszym momencie nie zwróciłem na nie uwagi, ale gdy na ścieżkę wybiegły dwie kozy, zostaliśmy na miejscu tylko dlatego, że nas zamurowało. Kózki, a dokładniej matka z córką, ignorując nas przeszły obok, zniknęły za zakrętem i oddaliły się wraz z dźwiękiem dzwonków zawieszonych na ich szyjach. A do tej pory myślałem, że burza na przełęczy to była największa atrakcja, jaka czekała nas tego dnia… Wyszliśmy z cmentarza mijając kolejny raz kozy i dziękując wszystkim znanym bogom za to, że były białe. Gdybym na tym cmentarzu zobaczył czarną kozę, to musiałbym zmieniać spodnie.

Nie trzeba chyba mówić, że to był koniec zwiedzania cmentarza. Ja oczywiście wszedłem w tryb chojraka, ale jedno spojrzenie mojej małżonki wystarczyło, żebym odpuścił. Zresztą, miejska część Sighisoary, z jej wąziutkimi uliczkami, kolorowymi kamienicami i knajpkami na każdym rogu warta była każdej spędzonej tam chwili. Miasteczko jest niewielkie, kilka godzin wystarczy, aby je zwiedzić- nie licząc muzeów i innych punktów rozrywkowych. Polecam z całego serca przerwać swoją podróż i je obejrzeć. Dla mnie jednak zaczynał się nowy dzień i pierwsza z tras dla których tu przyjechaliśmy.
Ciąg dalszy w części drugiej.
Rumunia. Droga nr 18 – powitalny makaron [trasy motocyklowe, GPX do pobrania]
