_WARTO PRZECZYTAĆMotocyklem jednak nie do Rumunii – zatem węgierskie baseny i stolica cebuli...

Motocyklem jednak nie do Rumunii – zatem węgierskie baseny i stolica cebuli [cz. 2, Mako, Hajduszoboszlo]

-

Obudziłem się nieco później niż mam to w zwyczaju, zszedłem do parkingu podziemnego, opłaciłem postój i zacząłem się pakować. Cały czas w głowie siedziała mi zgubiona tablica rejestracyjna. Spojrzałem jeszcze w Internet, co na to przepisy w Polsce. Niestety, takim pojazdem nie można jeździć. Jeśli nie mam tablicy, bo zgubiłem, nie powinienem wsiadać na motocykl, chociaż zawsze mogę się wytłumaczyć, że nie wiedziałem, mówić że chyba teraz zgubiłem tablicę udając zdziwionego…

Autor tekstu i zdjęć: Paweł Musiał

Motocyklem do Rumunii – w podróży to życie pisze scenariusze [cz. 1, Słowacja, Węgry, Budapeszt] | Motovoyager

Nie zmienia to faktu, że służby mogą mi motocykl zatrzymać, a ja, po wyrobieniu w Polsce nowej tablicy, będę mógł po niego przyjechać. Oczywiście płacąc za wszystkie formalności z mandatem włącznie. Jak się okazuje, tekturowa tablica to z prawnego punktu widzenia jeszcze gorsze rozwiązanie, gdyż świadomie łamię przepisy i dodatkowo fałszuję państwowy dokument, za co jest dużo bardziej rygorystyczny paragraf.

Motocyklem jednak nie do Rumunii – zatem węgierskie baseny i stolica cebuli  [cz. 2, Mako, Hajduszoboszlo]

I bądź tu mądry. Co robić? Jechać bez, czy z własnoręcznie zrobioną tablicą? Na węgierskiej płatnej autostradzie nie ma bramek, ale przy wjeździe znajdują się kamery (z przodu i z tyłu), które rejestrują tablice rejestracyjne, a panowie siedzący przy komputerach sprawdzają, czy użytkownik zapłacił. Zapłaciłem za autostradę i teraz co? Hmm. Trudno, jadę z tekturową tablicą. Ryzykuję, może motocykli tak nie będą sprawdzać.

Kieruję się na południe autostradą M5 w stronę Segedynu, by dalej jechać do Mako, przy granicy rumuńskiej. Kilka nieodebranych połączeń telefonicznych i chęć chwilowego odpoczynku sprawiają, że decyduję się na zjazd do jednego z przyautostradowych MOP-ów. W zasadzie to nawet nie schodzę z motocykla. Oddzwaniam i stwierdzam, że nie będę jednak tutaj zostawać na dłużej. Zatrzymam się na odpoczynek dalej, gdy będę tankować. Kątem oka spostrzegam, że właśnie jedzie z dużą prędkością pojazd policyjny tą samą nitką z której przed chwilą zjechałem. Pomyślałem, że chyba mam trochę szczęścia, bo gdyby mnie mijali, z pewnością zauważyliby trefną tablicę. Jestem zadowolony z takiego obrotu sprawy, ale humor momentalnie mi się zmienia, gdy zauważam, że przy wylocie z MOP-u służby zatrzymują wszystkie pojazdy sprawdzając winiety. Wszystkie zjazdy zawężone są do jednego pasa przy którym kontrolerzy zatrzymują na chwilę samochód, sprawdzają go i puszczają dalej lub zatrzymują. Przede mną wolno porusza się samochód z czeskimi numerami. Ukryć się nie bardzo się da, wycofując się także zwrócę na siebie uwagę. Trudno, nie mam wyjścia. Będę się tłumaczył, jadę pewnie do kontrolerów. I tu zaskoczenie! Widząc mnie, tj. motocykl, machnęli ręką, bym przejechał dalej. Sprawdzali samochody. Machnąłem tylko głową i nie oglądając się za siebie ruszyłem na autostradę. Nawet nie wiem, czy patrzyli na mnie od tyłu, sprawdzając dziwnie wyglądającą tablicę. Nie ma to teraz znaczenia. Wyprułem przed siebie zastanawiając się jedynie czy dadzą mi spokój, czy może jednak kogoś za mną wypuszczą albo ustawią dalej do zatrzymania.

Jak działa system ABS w motocyklach Honda? Różnice między układami 1- i 2-kanałowymi, Cornering, Combined, e-C-ABS | Motovoyager

Po czasie okazało się jednak, że szczęście mi sprzyja. Nic złego mi się nie przytrafiło. Zatrzymałem się jeszcze gdzieś przy autostradzie na stacji benzynowej. Tym razem trochę się zdziwiłem innymi okolicznościami, bo wszystkie dystrybutory były pooklejane napisami w kilku światowych językach, tj. angielskim, niemieckim, francuskim z informacją, że cena za litr benzyny jest inna dla obywateli Węgier, tzn. jest sporo niższa, natomiast obcokrajowcy muszą płacić więcej. Co u diabła? Rozumiem, że takie rzeczy praktykowano w czasach komunistycznych, również w Polsce, gdzie inne ceny były dla mieszkańców danego kraju, a inne dla tzw. „dewizowców”. Ale teraz? Tym bardziej, że przecież Węgry należą do Unii Europejskiej i tego typu praktyki gwałcą wszelkie umowy wynikające z tego faktu. Ale cóż mogę zrobić? Widać, że przywódca Węgier, Victor Orban, ma gdzieś Unię i robi to, co mu się podoba. Niedawny wybuch wojny na Ukrainie spowodował olbrzymi kryzys energetyczny i problemy w dostawach paliw. Chociaż w zasadzie braku paliw nigdzie nie było widać. Było tylko to szaleństwo cenowe. Ale tak jawnie mieć gdzieś głęboko braci należących do Wspólnoty? Nawet w Polsce rząd PiS, który jest jawnie antyunijny nie przekracza pewnych granic. Węgrzy skutecznie próbują do siebie obrzydzić pozostałe nacje, nawet własnych sojuszników. Będąc na tapecie ze względu na problem z blachami, nawet się nie odezwałem, tylko grzecznie zapłaciłem po zbójeckiej cenie. Zresztą co by to dało. Byłem natomiast dwukrotnie świadkiem, jak obcokrajowcy głośno wyrażali swoje oburzenie tym, co ja dusiłem w sobie. Tłumaczenie sprzedawców było podobne. Jeden mówił, że takie są przepisy, ten mniej grzeczny powiedział jakiemuś kierowcy, że jest na Węgrzech i jak mu się nie podobają te zasady, to nie musi tu przyjeżdżać. I jak braci Węgrów ogólnie lubię, to tutaj wypadli bardzo słabo. Zresztą to, co węgierski rząd robił później w sprawie Ukrainy, też było żenujące. Ale politykę zostawiam politykom, szkoda tylko, że niektórzy ludzie też mówią to, co politycy. I czasami brak im dystansu i zwykłej kultury. Ale to już chyba kwestia wychowania. Z drugiej strony był to chyba jedyny moment, gdzie czułem się trochę nieswojo, gdyż później spotykałem już tylko mile nastawionych ludzi.

Motocyklem jednak nie do Rumunii – zatem węgierskie baseny i stolica cebuli  [cz. 2, Mako, Hajduszoboszlo]

Mijając zjazd na Szeged zacząłem wypatrywać drogowskazów do Mako, miasta cebuli. Tak, to stolica cebuli, gdzie nawet budynki mają jej kształt. To tam miałem się spotkać z moimi znajomymi oraz plecaczkiem, z którym miałem kontynuować dalszą podróż do Rumunii. Do miasteczka dojechałem pierwszy, przy okazji kupując coś do jedzenia. Tym razem sprzedawczyni próbowała ze mną porozmawiać i chociaż nie znaliśmy wspólnych języków, w których moglibyśmy się porozumieć, to jednak była przemiła. To prawda, że język ciała mówi znacznie więcej niż to, co jesteśmy w stanie wyartykułować słowami. Szczerość, otwarcie, pozytywne nastawienie do drugiej osoby – mowy ciała nie da się oszukać. Z drugiej strony wielokrotnie spotykałem się z ludźmi, którzy mówili co innego, a ich ciało coś innego przekazywało. Przykładowo jak rozmówca nie patrzy w oczy i wiele innych elementów mowy ciała od razu zdradza, że ktoś kłamie i jest nieszczery.

Po chwili odpoczynku pojechałem wreszcie do kwatery, gdzie mieli być wszyscy rozlokowani, w tym ja. Miał zacząć się nowy etap wycieczki. Po krótkim spacerze po okolicy, i poznaniu części miasteczka, w końcu przyjechał autokar z wycieczką, razem z moim Plecaczkiem. Wypakowaliśmy bagaże z autokaru i motocykla do pokoju i wreszcie była chwila by odpocząć i podjąć wspólną decyzję, co dalej? Internet i smartfon zapewne nam w tym pomoże. Z jednej strony: może zaryzykować i jechać, w końcu tyle przygotowań. Z drugiej natomiast: wiemy, że Rumunia nie jest w strefie Schengen i na granicy węgiersko- rumuńskiej odbywa się normalna kontrola graniczna. Jeśli nawet jakimś cudem udałoby się ją przekroczyć, to nikt nie zagwarantuje, że mnie przepuszczą z powrotem. A w samej Rumunii, jeśli jakaś służba zobaczy, że nie mam ważnej tablicy, to może mnie unieruchomić konfiskując czasowo motocykl lub w bardziej optymistycznej wersji: może trzeba będzie „dać w łapę” lub mówiąc bardziej poprawnie zapłacić mandat. I żadnych argumentów na moją korzyść. Dodatkowym problemem byłby jeszcze ograniczony czas na zwiedzanie Rumunii, bo Plecaczek musi wracać autokarem z wycieczką. Inna opcja nie wchodzi w rachubę, bo bagaży mamy łącznie tyle, że nie zmieściłyby się w żaden sposób na motocykl. Część bagaży zostaje na Węgrzech i później wracają z wycieczką, Plecaczkiem i częścią moich rzeczy do Polski. Te wszystkie „za” i „przeciw” położyliśmy na szalę i stwierdziliśmy, że jednak nie jedziemy do Rumunii i pozwiedzamy wschodnią część kraju naszych bratanków. I tak w pewnym stopniu ryzykujemy, niemniej liczymy na szczęście i ewentualną wyrozumiałość Węgrów.

Po upalnej nocy w nieklimatyzowanym pokoju, przebudzaniu się i braniu „na śpiocha” prysznica, byle tylko się schłodzić, podjęliśmy decyzję. Odłączamy się od wycieczki i jedziemy na baseny do Hajduszoboszlo. Rezerwuję kwaterę z klimatyzacją, bo na taki upał chyba jednak nie byłem przygotowany. Droga tam nie biegnie autostradą, a jedynie mniejszymi, krajowymi i lokalnymi drogami. Zobaczymy prawdziwe Węgry, wsie i życie mieszkańców tej części kraju. Spakowaliśmy więc najpotrzebniejsze rzeczy i ruszyliśmy na północ. Wielkie powierzchnie słoneczników są charakterystyczne chyba dla każdego rejonu Węgier, a mijane wsie są chyba bardziej zaniedbane niż te w Polsce. Przystrzyżony trawnik spotyka się stosunkowo rzadziej, a ogrodzenia i domy są bardziej zapuszczone niż w środkowej części Polski. A jeszcze pamiętam, jak w czasach PRL-u mówiło się, że Węgry to taka brama na zachód. Kraj, który z pewnością był lepiej rozwinięty niż szaro-bura rzeczywistość w socjalistycznej Polsce. Ale tam czas się chyba zatrzymał.

Motocyklem jednak nie do Rumunii – zatem węgierskie baseny i stolica cebuli  [cz. 2, Mako, Hajduszoboszlo]

Mijając kolejne miejscowości zacząłem zauważać dziwne napisy, w nieznanym mi dotąd języku. Litery nie przypominały języka łacińskiego, a przy nazwie każdej miejscowości były tablice dwujęzyczne. Czyżby jakaś mniejszość? Na pewno nie był to też język rumuński, chociaż granica była blisko (zresztą Rumuni też posługują się alfabetem łacińskim). Miałem zagwozdkę. I w zasadzie przez całą resztę pobytu na Węgrzech ta zagadka nie dawała mi spokoju. Pytałem nawet Polki, która była tłumaczem naszej wycieczki i znała doskonale realia tych okolic (często zatrudniana była nawet przez Węgrów do wypadków z udziałem Polaków, na granicę, gdy były problemy z Polakami, itp.), ale nawet ona nie dała mi poprawnej odpowiedzi. Dopiero po przyjeździe do Polski dowiedziałem się, że to pismo runopodobne, zwane rowasz, używane przez Węgrów przed rokiem 1000. Wikipedia podaje, że to pismo zbliżone do inskrypcji staroturkijskich znad rzeki Orchon w Mongolii z VIII wieku. Podobno Węgrzy teraz sięgają do swojej dawnej historii i w ten sposób utrwalają pamięć swojego dziedzictwa. Jest to w dobrym tonie, to pamięć o własnej historii i przodkach przybyłych do Europy z dalekiego Wschodu.

Większość drogi kierowałem się na drugie pod względem wielkości miasto Węgier, Debreczyn, gdyż Hajduszoboszlo jest położone w niedużej odległości od niego. Przed samym rozwidleniem dróg między tymi miastami postanowiłem zatankować na jakiejś zapyziałej stacji. W związku z tym, że tym razem jechałem bez mojej prowizorycznej tablicy (Plecaczek przekonał mnie, że jednak to mniejsze ryzyko) postanowiłem, że po zatankowaniu i wejściu na stację będę się odzywał jak najmniej. Gdy wchodziłem do kasjerki by zapłacić spojrzałem, że na kasie była już wbita kwota. Wyciągnąłem więc węgierskie forinty i jej podałem. Chyba zorientowała się, że jednak nie jestem Węgrem, bo zaczęła rozmowę i chcąc nie chcąc musiałem zareagować. Odpowiedziałem po angielsku, a ona uśmiechając się powiedziała – też po angielsku- że zapłacę mniej, tak jak Węgrzy. Był to jedyny moment, gdy udało mi się nie przepłacać. I cała sytuacja nie była sprowokowana przeze mnie. Dzięki nadgorliwości lub – mam nadzieję – przyjaznego podejścia, zaoszczędziłem ileś tam forintów. Bo z jednej strony, kto z obcych by się tu zapuścił? Jednak z drugiej: praktycznie przez całą drogę nie widziałem żadnego cięższego motocykla, których na autostradzie było całkiem sporo. W mijanych wsiach dominowały małe skuterki lub niewielkie motocykle.

Motocyklem jednak nie do Rumunii – zatem węgierskie baseny i stolica cebuli  [cz. 2, Mako, Hajduszoboszlo]

W dobrym nastroju dojechaliśmy do stolicy basenów. Zapewne dzień zaliczyłbym do niezwykle udanych (jazda mało uczęszczanymi drogami, gdzie można podziwiać krajobraz, żadnych przygód z policją, tanie tankowanie), gdyby nie to, że wjeżdżając przez bramę na kwaterę, zahaczyłem sakwą o metalowe drzwi. Niestety, parciany uchwyt od sakwy prawie w całości się rozerwał i chociaż jeszcze się jakoś trzymał, to ryzyko, że odpadnie po iluś tam kilometrach było bardzo duże. Jest takie powiedzenie, że do łyżki miodu zawsze ktoś doda odrobinę dziegciu, czyli zawsze coś się musi spierd… żeby nie było tak różowo. Coś w tym jest. Ale nie miałem nawet zamiaru psuć sobie dobrego humoru. Rozpakowaliśmy bagaże w zarąbistej kwaterze ze świetnie działającą klimatyzacją i po chwili odpoczynku poszliśmy w pobliżu coś zjeść. Wzięliśmy ze sobą stroje kąpielowe i jeszcze zdążyliśmy wejść i trochę pozażywać błogosławieństw płynących z największego kompleksu basenów w tej części Europy, o powierzchni 30 ha. I czegóż człowiekowi więcej potrzeba. Ciepło, dziewczyna przy boku, baseny, beztroska.

Motocyklem jednak nie do Rumunii – zatem węgierskie baseny i stolica cebuli  [cz. 2, Mako, Hajduszoboszlo]

Gdy wyszliśmy z basenów, które są czynne do godziny 19:00, wyszliśmy jeszcze do centrum. Hajduszobszlo jest miastem nastawionym przede wszystkim na turystów, w których szczególnie liczną grupą są Polacy. Od razu mogliśmy to zaobserwować słysząc ojczysty język i widząc, że w każdej knajpie czy folderach są napisy w języku polskim. Podejrzewam, że jest tu największe skupisko turystów z Polski na Węgrzech w przeliczeniu na kilometr kwadratowy. Nawet wynajmujący nam właściciel kwatery znał wiele polskich słów, chociaż podejrzewam, że dla nich nauka języka polskiego jest tak samo trudna jak dla nas węgierskiego. Zadowoleni z tak pięknie spędzonego dnia (z wyjątkiem tej sakwy!) poszliśmy spać jak dzieci. Następnego dnia postanowiliśmy, że jednak zostajemy tu na dłużej. Niestety zajmowana przez nas kwatera nie była wolna, więc poszukaliśmy nieco dalej innej, również ze świetnym wyposażeniem.

Motocyklem jednak nie do Rumunii – zatem węgierskie baseny i stolica cebuli  [cz. 2, Mako, Hajduszoboszlo]

Podjeżdżając do nowej miejscówki motocyklem pod wiatę na podwórku, zauważyłem, że obok stoi motocykl z polskimi blachami. Nie było nikogo w pobliżu. Rozpakowaliśmy się i poszliśmy na baseny. Hungarospa w Haduszobszlo jest największym kompleksem kąpielowym w Europie.

Motocyklem jednak nie do Rumunii – zatem węgierskie baseny i stolica cebuli  [cz. 2, Mako, Hajduszoboszlo]

Miasteczko żyje głównie z turystyki, a turyści głównie przyjeżdżają się tu kąpać. Wybór basenów jest naprawdę niesamowity, a na kompleks basenowy można wejść z różnych części miasta, gdyż to one znajdują się w samym centrum. Wcześniej wielokrotnie słyszałem o wyjazdach bliższych lub dalszych znajomych do Hajuszobszlo, ale ja byłem tam po raz pierwszy. Znajdują się tam różne strefy basenowe, zarówno „pod chmurką” jak i zadaszone. Są zwykłe kąpieliska, duże i małe, osobne dla dzieci, dla naturystów, jest strefa z wodami leczniczymi oraz dla tych, którzy chcą szaleć zjeżdżając w rurach. Krótko mówiąc, każdy znajdzie tam coś dla siebie. W wodach termalnych ciężko było się zanurzyć ze względu na wysoką temperaturę, pochodzącą z wnętrza Ziemi. Nie dziwię się więc, że niektórzy przyjeżdżają tu rokrocznie. Bilety można kupić na cały dzień lub na część dnia, są także bilety (nieco droższe) na które można wejść dwukrotnie, by w południe wyjść gdzieś zjeść na miasto i później wrócić. Z drugiej strony, na terenie obiektu znajdują się też restauracje i liczne budki z piciem i jedzeniem. Wszystko dopracowane. Dzisiaj już nigdzie nie jedziemy. Cały dzień będziemy się wylegiwać i moczyć w wodzie. Wieczorkiem tylko spacer wzdłuż głównego deptaka, jakieś drobne zakupy i kolacja przy świecach. Plan na jutrzejszy dzień: do południa baseny, po południu jedziemy z powrotem do Mako, naszej głównej bazy.

Wstaliśmy więc nieco wcześniej, by się częściowo spakować i przygotować bagaże do szybkiego przytroczenia. Wychodząc spotkałem właściciela zaparkowanego obok motocykla. Właśnie wracał z koleżanką z Rumunii, gdzie robili Transalpinę i Transfagaraską. Wrażeń mieli sporo. Spotkali kilka niedźwiedzi i mieli szczęście, że nie było dużego ruchu na tych często uczęszczanych drogach. Te informacje z pierwszej ręki dały mi do myślenia. Jeszcze kiedyś spróbuję, jeszcze tam pojadę. Pożegnaliśmy się. My szliśmy na baseny, oni wracali w okolice Krakowa. Nie, nie żałuję, że nie pojechałem. Po prostu pojadę jeszcze raz. To, co teraz przeżywałem było wspaniałe, a przecież to jeszcze nie koniec. W południe, z ciężkim sercem opuściliśmy Hungarospa i wsiedliśmy na motocykl. Przez cały pobyt na Węgrzech nie spadła ani kropla deszczu, a dzisiaj zapowiadali opady. Trudno. Nie mamy wyjścia. Tym razem jednak nie byłem gotowy na zmoknięcie: przeciwdeszczowy strój zostawiłem w Mako, mój Plecaczek nie miał nawet tam.

I rzeczywiście, po przejechaniu kilkunastu lub kilkudziesięciu kilometrów, z chmury, którą obserwowałem z drogi spadła nagle ściana wody. Tym razem nie było w pobliżu schronienia. Przemoczeni, zatrzymaliśmy się pod jakimś dachem dopiero po kilkunastu kilometrach. Na szczęście było ciepło. Po przejściu ciężkiej chmury, pojechaliśmy dalej, a mokre ciuchy wyschły w nieprawdopodobnym tempie. Tym razem deszcz trochę nas schłodził od rozżarzonej ziemi i powietrza, które było tak charakterystyczne. Zatrzymując się kilkukrotnie w mijanych wsiach staraliśmy się trochę porozmawiać, ale poza miłymi i życzliwymi uśmiechami i gestami nic a nic się nie rozumieliśmy. Na wsi jeszcze trudniej o kogoś ze znajomością obcego języka.

Motocyklem jednak nie do Rumunii – zatem węgierskie baseny i stolica cebuli  [cz. 2, Mako, Hajduszoboszlo]

W końcu dojechaliśmy do kwatery, gdzie stacjonowała wycieczka. Szybko się przebraliśmy i wyszliśmy do restauracji na chłodne piwo. Wreszcie już dzisiaj nie będę jechał. Piwo smakowało mi wyjątkowo, jakieś francuskie, pszeniczne. Spacer po mieście i wracamy na kwaterę. To ostatnie miejsce w którym chciałbym być. Brak klimatyzacji i temperatura nie do wytrzymania. A jeszcze niedawno było tak cudownie! To nic, jutro skorzystamy z wycieczki do miejsca, które już od dawna chciałem zwiedzić. Właściwie to jedynie to ciągnęło mnie jeszcze do tego kraju. Budapeszt już poznałem, nad Balatonem byłem, ale zobaczyć Pusztę, czyli węgierski step i Węgrów w tradycyjnych strojach ujeżdżających konie na środku Puszty, to jest to!.

Spodobał Ci się artykuł? Podziel się nim!
Motovoyager
Motovoyagerhttps://motovoyager.net
Nasi czytelnicy to wybrana grupa ludzi. Motocykliści, którzy w Internecie szukają inteligentnej rozrywki, konkretnych porad lub inspiracji do wyjazdów motocyklowych. Nie jesteśmy serwisem dla każdego, zdajemy sobie z tego sprawę i… uważamy, że jest to nasz atut. Nie znajdziesz u nas artykułów nastawionych jedynie na kliki, nie wnoszących niczego merytorycznego. Nasza maksyma to: informować, radzić, bawić nie zaśmiecając głów czytelników bezsensownymi treściami.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.

POLECAMY

ZOBACZ RÓWNIEŻ