TurystykaRelacje z wyjazdówMaroko. Baranie głowy, chaos i święty spokój

Maroko. Baranie głowy, chaos i święty spokój

-

Maroko to raj dla motocyklistów. Sezon trwa tu cały rok. Na miejscu do wyboru: plaże Atlantyku, góry znacznie wyższe niż Tatry, a w końcu też najprawdziwsza Sahara. Co ważne – te wszystkie atrakcje oferuje ten kraj na stosunkowo niewielkim obszarze. Do tego drogi lepsze niż w Polsce i rozsądne ceny. Wada? Tylko jedna: to 3500 kilometrów od Warszawy.

Tekst: Wojtek Męczyński; zdjęcia: Joanna Kędzia i Wojtek Męczyński

Jest sobota 19 września, rozpoczynam samotną, mam nadzieję spokojną, podróż przez całą Europę, by zgodnie z planem po tygodniu dotrzeć do Malagi, gdzie wyląduje moja żona. Stamtąd już razem udamy się w motocyklowy objazd po Maroku. Aśka chciała pojechać do Maroka już od dawna, zawsze jednak udawało nam się znaleźć powód, by na kolejne wakacje jechać gdzie indziej.

Podróż nie zaczyna się dobrze: po przejechaniu 330 kilometrów na skrzyżowaniu we Wrocławiu mój  Caponord mimo poważnych inwestycji poczynionych przed wyjazdem w jego techniczne odmłodzenie gaśnie i nie chce odpalić. Dwa dni czekam na regulator napięcia i zamiast w niedzielę opuszczam Polskę dopiero we wtorek. Gnam przez Europę na złamanie karku, zatrzymując się po drodze w Strasbourgu, Narbonne (Langwedocja) i Vilafranca del Pendes (Katalonia). Na południe Hiszpanii docieram jednak na czas, odbieram Aśkę z lotniska i docieramy promem do Ceuty – jednej z dwóch hiszpańskich enklaw w północnej Afryce. Za nami 3,5 tysiąca kilometrów.

 

Bienvenue au Maroc!

Po kilku minutach od zejścia z promu docieramy do obrzeży Ceuty i drogowego przejścia granicznego z Marokiem. Do całej operacji jesteśmy dobrze przygotowani: dokumenty celne motocykla wypełniliśmy jeszcze w Polsce. Aśka mówi po francusku, a ja po angielsku. Wspólnie wypełniamy białe kartoniki – po jednym na osobę i tak wyposażeni udajemy się z wizytą do kilku okienek, w których kolejni urzędnicy oglądają, stemplują, opisują i sprawdzają nasze paszporty. Mimo ostrzeżeń o możliwych trudnościach ze strony celników czy samozwańczych kolejkowych pomocników granicę pokonujemy w kwadrans.

Maroko. Baranie głowy, chaos i święty spokój

Tuż po minięciu ostatniego celnika, zatrzymujemy motocykl przy dużym rondzie, wokół którego parkują dalekobieżne taksówki i robimy sobie pierwsze zdjęcia w Afryce. Spotykamy też sympatyczną polską parę, która z plecakami podróżowała po Maroku przez miesiąc i właśnie wraca do Europy. My dzielimy się z nimi informacjami na temat promów odpływających z Ceuty, a oni dają nam kilkadziesiąt dirhamów, których i tak nie wolno im wywieźć. Wskakujemy na motocykl i ruszamy w kierunku pierwszego miasta w Afryce, w którym spędzimy noc. Do Tangeru docieramy równiutką i pustą autostradą. Informacje o częstych kontrolach radarowych w Maroku potwierdzają się.

Motocyklowe patrole, uzbrojone w nowoczesne laserowe mierniki prędkości spotykamy co 30-40 km. Po dojeździe do miasta szybko znajdujemy tani hotelik, tuż obok głównej nadmorskiej promenady. Nasze lokum jest mocno „klimatyczne”, ale szczęśliwie jest tanie i ma własny garaż. Tego dnia snujemy się dobrych kilka godzin po wąskich uliczkach tangerskiej medyny (starego miasta) i pijemy pierwszą pyszną miętową herbatę podawaną w malutkich złoconych szklaneczkach. W kafejce czytamy przewodnik i oddajemy się naszej ulubionej rozrywce – obserwacji życia ulicy.

Maroko. Baranie głowy, chaos i święty spokój

Wieczorem odwiedzamy jeszcze plac, na którym nakręcono kilka świetnych scen z udziałem Matta Damona do filmu o przygodach Jasona Bourne’a i idziemy spać.

 

Warsztat poszukiwany

Poranek spędzamy na poszukiwaniu warsztatu wulkanizacyjnego, który podjąłby się wymiany opon w motocyklu na terenowe. Gumy oczywiście przywiozłem z Polski, bo tutaj raczej trudno byłoby je dostać. Maroko jest krajem pełnym jednośladów, ale tych najmniejszych rozmiarów. Królują tu nieduże jednocylindrowe motorowery. Od tych znanych z Polski różnią je dwie ważne rzeczy: tutejsze wyposażone są w pedały oraz, co ważniejsze, są ciche, a nawet bardzo ciche. Po kilkudziesięciu minutach jeżdżenia po mieście, rozmów z kierowcami, przeprowadzeniu wywiadu z policjantem kierującym ruchem na jednym ze skrzyżowań, docieramy do eleganckiego warsztatu Michelin tylko po to, aby się dowiedzieć , że najbliższy profesjonalny zakład mogący nam pomóc znajduje się w Casablance. To 250 kilometrów od Tangeru. Dostajemy wizytówkę z adresem. Wbijamy dane w GPS i ruszamy przed siebie.

Po około trzech godzinach docieramy na miejsce. Warsztat robi wrażenie. Jest duży, odpowiednio wyposażony. Ledwo do niego wjeżdżamy, a mechanicy już biorą się za zdejmowanie kół w Aprilii. Nikt im jeszcze nic nie powiedział, o nic nie poprosił, a oni zabrali się do pracy. Lepiej trafić nie mogliśmy. Od Francuzów zarządzających tym miejscem dowiadujemy się, że są jedynym importerem produktów spod znaku Bibenduma w Maroku i najnowocześniejszym warsztatem oponiarskim w kraju. Wymiana jest szybka, sprawna i ku memu zaskoczeniu – bardzo tania. Dajemy mechanikom dobry napiwek, pakujemy graty na naszą niebieską strzałę i jedziemy dalej.

 

Portugalskie pozostałości

Wieczorem po pokonaniu 450 km i zgodnie z wcześniejszym planem docieramy do miejscowości Al-Dżadida (fr. El Jadida). Robi się ciemno, niczego już dzisiaj nie zwiedzimy. Meldujemy się w najlepszym hotelu w mieście, należącym do sieci Ibis.

Maroko. Baranie głowy, chaos i święty spokój

Motocykl parkujemy tuż przed hotelem, pod chmurką, prawie na ulicy. Nie boimy się o jego bezpieczeństwo – przez całą noc będzie go pilnował guardian – przedstawiciel ciekawego i pożytecznego zawodu. W większych miastach Maroka można ich spotkać wszędzie tam, gdzie trudno znaleźć miejsce do parkowania. To tacy parkingowi – ochroniarze. Panowie Ci ubrani są zwykle w odblaskową kamizelkę, wskazują wolne miejsce przy krawężniku i autentycznie pilnują pozostawionych przez kierowców pojazdów. Opłatę za ich usługi wnosi się, odjeżdżając z zajętego miejsca. Co łaska.

Al-Dżadida urodą nie powala . Położona jest jednak nad bardzo czystą i szeroką piaszczystą atlantycką plażą. Stare miasto, zbudowane przez Portugalczyków w XVI wieku, jest niewielkie i otoczone murami wychodzącymi bezpośrednio na morze.

Maroko. Baranie głowy, chaos i święty spokój

Obronne bastiony wraz z umieszczonymi na nich armatami robią niezłe wrażenie, a część budynków na szerokich ulicach wygląda, jakby była przeniesiona z południa Europy. Tym którzy tu trafią zdecydowanie polecamy zajrzenie do podziemnej cysterny. W tym wielkim pomieszczeniu, w kamiennej posadzce zalanej wodą odbija się sklepienie podtrzymywane przez dziesiątki kolumn, a światło wpadające do wnętrza przez duży otwór w suficie tworzy smugi, elegancko dopełniając ten pocztówkowy obrazek. Na zwiedzania miasta zdecydowanie starczy kilka godzin. Głodnym polecamy odwiedzenie jednej z portowych jadłodajni, gdzie bezpośrednio nad węglem drzewnym, w kłębach gryzącego, białego dymu rodziny rybaków przygotowują pyszne sardynki. Podają je z chlebem, oliwkami i sałatką z pomidorów. Pycha. Mimo tego, że po powrocie do hotelu musieliśmy prać wszystkie ciuchy, uwielbiamy takie miejsca.

 

Port, biała medyna i wino

Po dwóch nocach spędzonych w hotelu wybieramy się do kolejnego miejsca na wybrzeżu – As-Sawiry (fr. Essaouira). Mimo, że miasta dzieli jedynie 258 km, podróż zajmuje nam znacznie więcej czasu niż planowaliśmy. Gubimy drogę, bo mapy w naszej nawigacji okazują się dalekie od idealnych i część trasy jedziemy w niedużym tempie po wąziutkiej drodze przez okolicę, w której oprócz kilku rolników i ich owiec mieszka już chyba jedynie muzułmański diabeł.

Maroko. Baranie głowy, chaos i święty spokój

Do As-Sawiry docieramy wczesnym popołudniem. Szybkie, zakończone sukcesem poszukiwanie hotelu z widokiem na ocean – i już jesteśmy na bardzo szerokiej plaży, która wiedzie do portu i starej części miasta. Wieje tu dosyć mocno. Kilku kitesurferów szaleje na falach, a my w knajpie na plaży gasimy pragnienie chłodnym piwem. Alkohol dostępny jest tu jedynie w hotelach i to nie we wszystkich. Sprawdzamy jeszcze kartę dań i decydujemy, że wrócimy tu na kolację z winem.

Piasek miło chrzęści pod stopami, a my coraz bardziej zbliżamy się do dużego portu. Ilość niebieskich, niedużych łodzi, jak i większych kutrów, które codziennie udają się stąd na połów jest powalająca. Nie do końca wiemy dlaczego, ale architektura tego miejsca jednoznacznie kojarzy się nam obojgu z Torre de Belem w Lisbonie. W drodze z portu do wnętrza medyny trafiamy do zagłębia knajp rybnych pod gołym niebem. Jest tu drożej niż w Al-Dżadida, ale wybór dużo większy. Decydujemy się na krewetki królewskie, doradę i sardynki. Pięć minut później grillowane przysmaki lądują na naszych talerzach. Nie muszę pisać, że wychodzimy stamtąd bardzo zadowoleni?

Białe ściany budynków starego miasta robią wrażenie, to pierwsze w 100 procentach ładne miasto Maroka, jakie odwiedzamy. Na ulicach ścisk i ruch. By uciec od hałasu wystarczy zejść w bok i na małym placyku przy niedużym stoliku oddać się największej przyjemności Marokańczyków – długiemu i niespiesznemu piciu herbaty z miętą.

Maroko. Baranie głowy, chaos i święty spokój

Mimo, że nasze brzuchy trawią jeszcze zjedzone niedawno morskie stwory, wracając do hotelu wchodzimy do znalezionej wcześniej restauracji na plaży i jemy lekką kolację, degustując przy tej okazji świetnej jakości marokańskie wina. Muzułmański kraj, a robią świetne trunki. Tego nam było trzeba.

 

Czerwone miasto

Przed nami krótki, 190 kilometrowy odcinek jazdy. Opuszczamy wybrzeże atlantyckie, kierujemy się na wschód do chyba najsłynniejszego marokańskiego miasta – Marrakeszu. Asfalt znowu świetnej jakości, ruch większy niż na wcześniejszych odcinkach, wszystko jednak w normie. Wszelkie europejskie standardy zostają dopiero przekroczone po wjeździe na opłotki metropolii. Samochody, skutery, wozy ciągnięte przez osły i piesi poruszają się jak wolne elektrony. Sygnalizacja świetlna, mimo tego, że ustawiona na prawie każdym skrzyżowaniu, nie robi na nikim wrażenia. Piesi wchodzą na jezdnię na czerwonym świetle, a kierowcy omijają ich na grubość lakieru. Ciśnienie skacze mi znacznie. Aśka z tylnej kanapy co chwila krzyczy w interkom „uważaj”, „z prawej” „hamuj”. Skupiam się na jeździe, wykorzystując moc naszego silnika i uciekając ze stad otaczających nas z każdej strony pojazdów. Walka w ponad 30 stopniowym upale trwa kilkadziesiąt minut. Na główny plac Dżemaa el-Fna wjeżdżamy z fasonem mimo, że nawigacja kilkakrotnie wpuszcza nas w maliny, nakazując jazdę pod prąd jednokierunkowymi ulicami.

Maroko. Baranie głowy, chaos i święty spokój

Parkujemy moto przy poczcie głównej i drepczemy do Cafe de France, gdzie jesteśmy umówieni z Nadią – menedżerką zarezerwowanego jeszcze w Polsce hotelu, w którym mamy spędzić trzy kolejne noce. Trochę się dziwimy, gdy do naszego stolika podchodzi nie kobieta, a bezzębny starszy mężczyzna, nie mówiący ani słowa po francusku czy angielsku, powtarzający jak mantrę trzy słowa – Dar El Quadi. To nazwa naszego hotelu.

Po konsultacjach z innymi gośćmi kawiarni, którzy mówią po arabsku i angielsku udaje się nam ustalić, że nagabujący nas Arab to wysłannik Nadii. Do hotelu docieramy prowadzeni ciasnymi uliczkami medyny, ocierając się o wystawione wszędzie do sprzedaży towary, unikając rozjechania przez setki skuterów jeżdżących tam, gdzie ja nie odważyłbym się wjechać rowerem. Potem okaże się, że tymi samymi uliczkami będę jechał naszym wielkim, objuczonym kuframi motocyklem w drodze na strzeżony parking. To jednak temat na osobną opowieść.

Nasze lokum całkowicie wynagradza traumę jaką przeżyliśmy, by tu dotrzeć. Hotel położony jest przy jednym z zaułków starego miasta. To tradycyjne marokańskie domostwo – riad, zamienione na oazę spokoju w otaczającym go oceanie chaosu, jakim dla Europejczyka jest życie marakeskiej medyny. Hotel ma tylko pięć pokoi, piękny wewnętrzny dziedziniec i taras na dachu. Codziennie na śniadanie dostajemy świeży sok z pomarańczy, lekką kawę z mlekiem i pyszne lokalne naleśniki z miodem. Żadnej jajecznicy czy tłustych kiełbasek. Jest świetnie.

Maroko. Baranie głowy, chaos i święty spokój

W Marrakeszu spędzamy trzy dni i zwiedzamy prawie wszystko na czym nam zależało. Muzeum miejskie, szkołę koraniczną Ben Youssef, pałac El-Badi, grobowce Saadytów, żydowską dzielnicę mellah oraz niesamowite ogrody Majorelle, położone w nowym mieście.

To, na czym się tutaj mocno skupiamy to jedzenie. Jeść kochamy, uwielbiamy gotować i w czasie każdej podróży szukamy kulinarnych inspiracji. Już pierwszego dnia trafiamy do knajpy w dawnym pałacu, w której wcinamy zjawiskowy kuskus Siedem Warzyw i jagnięcy tadżin ze śliwkami. To właśnie te dwa dania będziemy kilka tygodni później kopiować w domu, zapraszając naszych przyjaciół na pokaz zdjęć z wyprawy.

Tadżin

Naczynie służące do pieczenia mięs i warzyw nad rozżarzonym węglem lub drewnem. Naczynie to wykonywane jest z gliny i posiada wysoką stożkowatą pokrywę. To również nazwa dania, które przygotowuje się w tym naczyniu. Tadżin ma swój niepowtarzalny smak dzięki gromadzącym się pod przykryciem i mieszającym aromatom licznych składników potrawy.

Sztuczne szczęki z odzysku

Przeżyciem kulinarnym najwyższej próby jest wieczorna wizyta na ogromnym placu Dżemaa el-Fna. To epicentrum Marrakeszu pełne jest życia przez cały dzień. Mnóstwo tu zaklinaczy węży, treserów małp, opowiadaczy historii, znachorów i sprzedawców używanych… sztucznych szczęk. Pełny blask i klimat tego miejsca ujawnia się jednak dopiero po zachodzie słońca. To właśnie wtedy pojawia się na nim kilkadziesiąt przenośnych barów i garkuchni, w których pełno lokalnych przysmaków. Turyści przy stołach są większością tylko tam, gdzie serwowanych jest wiele potraw do wyboru. My kierujemy się do straganów specjalizujących się w pojedynczych daniach.

Maroko. Baranie głowy, chaos i święty spokój

Najpierw jemy harirę – ostrą zupę z ciecierzycy, pomidorów, makaronu i soczewicy. Zgodnie z lokalnym zwyczajem zupę zagryzamy słodkimi daktylami. Potem przypuszczamy atak na ślimaki w sosie własnym. Mocny smak, zero subtelności. Potem przychodzi czas na gwóźdź programu – baranie głowy. Całe łby gotowane są w wielkich garach z dodatkiem przypraw i marynowanych cytryn. Potem kucharze pytają gości o ich preferencje i podają ulubione kawałki z cytrynowym sosem i pajdą okrągłego chleba. My bierzemy talerz mix – trochę mięsa z policzków, trochę ozora, wszystko elegancko posiekane. Nie boję się powiedzi