Co może rozjuszyć bardziej twoje podróżnicze zapędy niż garść opowiadań kumpla, popartych pięknymi fotami? Nic, dlatego siedząc we wtorek w pracy, napisałem z propozycją wyjazdu pod namiot do redakcyjnego kolegi Huberta oraz Kamila, nie licząc nawet, że którykolwiek z nich podejmie się wyjazdu już w piątek. No to się zdziwiłem.

Propozycje punktów docelowych były przeróżne, ale ze względu na przymus powrotu w niedzielę, nie braliśmy pod uwagę przekraczania granic naszego kraju. Rozsądną propozycją były miejscówki oddalone o 300 km od miejsca naszego zamieszkania, ale pomimo objechanych tysięcy kilometrów i kilkunastu, nowych motocykli czułem zagraniczny niedosyt. Postanowiłem wyciągnąć asa z rękawa, o którym już kilka razy opowiadał mi mój sąsiad, motocyklowy globtroter Radek – jezioro Attersee w Austrii. A skoro to już przysłowiowy rzut beretem na Grossglockner Hochalpenstraße, to może by to połączyć w jedną całość? Wysłałem pinezkę i z niecierpliwością czekałem na powiadomienie w telefonie, spodziewając się roześmianej emotki.

Poczciwym Fireblade’m dookoła świata, czyli RTW Roxy i jej samotna podróż [WYWIAD]

Szybka decyzja

Hubert przejrzał kilka fotek z austriackich jezior i odpisał w najlepszy możliwy sposób – ja już tam jadę! Jedziemy! Kamil natomiast postawił sprawę jasno i oznajmił, że niezbędne okaże się przedstawienie naszym pracodawcom ich ulubionego dokumentu, w postaci L4. Wówczas zyskujemy jeden dzień, bo z Polski wyjechalibyśmy w czwartek po pracy. Tak jak zaproponował, tak zrobiliśmy i na całe szczęście szefostwo wykazało się wyrozumiałością, albo po prostu miało to gdzieś i podpisało nasze dokumenty. Ustalam nieco szczegółowiej trasę przejazdu i wysyłam chłopakom do akceptacji. Standardowo zabieramy ze sobą cały namiotowy zestaw – to najlepsza forma motocyklowych wyjazdów, no chyba, że nadchodzący tydzień w Austrii będzie opiewał w ulewne deszcze i burze, którymi straszyły nas prognozy pogody. Szałasy na koń i wiedząc poniekąd co może nas spotkać, ruszamy w czwartek o 18:30 ze Zgorzelca.

W królestwie Krecika

Plan na czwartkowy wieczór był prosty – Czechy traktujemy typowo jak kraj tranzytowy z racji tego, że każdy z nas miał już okazję nieco go pozwiedzać. Poza tym gonił nas czas, a Hubert zabrał czarną szybkę, który sprawiała, że dla niego Słońce zachodziło jeszcze szybciej. Nasi południowi sąsiedzi to wesoły kraj, ale potrafią napsuć kierowcą krwi za sprawą rozkopanych praktycznie wszystkich dróg. Pamiętajcie, aby na czeskich drogach pilnować się z prędkością, a już szczególnie na obwodnicy Pragi – inaczej czeka was pokutu. Pierwszy nocleg mieliśmy zabookowany w Jindrichuv Hradec, do którego mieliśmy niespełna 400 km. Tuż po zjeździe z autostrady na lokalne drogi, spotkała nas pierwsza, stresująca sytuacja. Nieco przed godziną 23, gdy do celu zostało nam już raptem kilkanaście minut, tuż pod moje koła wyskoczył zając, szybkie odbicie kierownicą i zerkając w lusterko czekałem na reakcję Kamila, który również skręcając uniknął przejechania zwierzaka. Hubert natomiast widział jedynie tylko nasze czerwone światła i jedynie podejrzewał, że coś omijaliśmy. Zając? Ja tam nic nie widziałem.. Po 23 docieramy na miejsce i w towarzystwie Kozla, omawiamy jutrzejszy dzień.

Kierunek Austria – tylko gdzie?!

Nocne opady deszczu i poranne sprawdzenie pogody jedynie utwierdziło nas w tym, że od tego momentu nasz plan przestaje mieć rację bytu, a warunki będzie dyktować radar pogodowy. W tym dniu miały rozpocząć się długo zapowiadane, gwałtowne opady deszczu z burzami, dlatego po raz kolejny musieliśmy zrezygnować ze spania w naszych namiotach. Prognozy nie były dla nas w żadnym stopniu łaskawe, ale łudziliśmy się nadzieją, że alpejskie wiatry rozproszą deszczowe nimbostratusy. Bookojemy nocleg nad jeziorem Zell am See, tuż u podnóża wjazdu na Grossglockner Hochalpenstraße, ale ustalamy, że po drodze musimy zobaczyć Attersee i przejechać drogą prowadzącą wzdłuż tych pięknych jezior. Muszę przyznać, że zdecydowanie jest to trasą, która powinna być obowiązkowym punktem wybierając się w tamte strony i pamiętajcie, aby kąpielówki i ręcznik wrzucić na górę waszego bagażu. Piękna, przeźroczysta woda oraz mnóstwo miejsc parkingowych umiejscowionych tuż przy samej linii brzegowej zachęcają do kąpieli. My również nie mogliśmy sobie odmówić tej przyjemności tym bardziej, że pogoda zmieniła się jak w kalejdoskopie, racząc nas rześkim Słońcem i 26*C.

Im dalej w las..

Czas uciekał nam zdecydowanie za szybko, a napawając się pięknymi widokami jeziora Attersee, Monsee, Wolfgangsee oraz Fuschl am See, ruszyliśmy w kierunku autostrady. Im dalej w las, tym pogoda stawała się znacznie gorsza, pozbawiając nas tym samym pięknych krajobrazów Alp. Kompletnie się tym nie przejmując przemierzyliśmy kolejne kilometry uciekając przed deszczem, który ostatecznie złapał nas kilkanaście kilometrów przed noclegiem. Nie obyło się bez przeciwdeszczowych kubraczków i praktycznie ślimaczej jeździe w niekończącym się korku samochodów. Rozpadało się na dobre. – pomyślałem dojeżdżając pod pensjonat. Ani pogody, ani widoków, a jutro czekał na nas dziewiczy wjazd na Grossglockner Hochalpenstraße.

Nie ma, że boli – wjeżdżamy!

Poranek przywitał nas siąpiącym deszczem oraz mgłą, która ani myślała chociaż na krótką chwilę odpuścić, pozwalając nam na zobaczenie piękna trasy Grossglockner Hochalpenstraße. Ubrani w kubraczki ruszyliśmy do bramek wjazdowych, ale pogoda po raz kolejny spłatała nam figle – przestało padać i zrobiło się jakoś cieplej. Opłata w wysokości 27 euro najwidoczniej poskutkowała, bo wraz z minięciem bramki wjazdowej naszym oczom zaczęły nieśmiało ukazywać się odkrywające się z mgły góry. Im wyżej, tym było lepiej, piękniej, a uśmiech był jeszcze większy. Końcowy wjazd na najbardziej znany punkt widokowy na Edelweißspitz niestety nas rozczarował, bo ze szczytu nie było widać kompletnie nic. Szkoda, ale przynajmniej nie padał deszcz!

Światełko w tunelu

Po wjeździe na szczyt pozostał lekki niesmak, ale wjeżdżając w tunel oddalony o raptem kilka kilometrów ujrzałem światełko na jego końcu, które łudząco przypominało promienie Słońca. Własnym oczom nie mogłem uwierzyć, jak po raz kolejny udało nam się trafić na takie okienko pogodowe, które zafundowało nam przepiękne widoki, czysty i suchy asfalt oraz niezliczoną ilość winkli. Jadąc w stronę bramek końcowych i napawając się widokami, a szczególnie tymi we wstecznym lusterku żałowałem, że przez brak czasu nie możemy na końcu zawrócić i pokonać ją w odwrotną stronę. Po wyjeździe kierowaliśmy się jeszcze chwilę na południe, aby inną trasą wracać w kierunku naszego następnego noclegu, który w końcu miał mieć prawdziwie motocyklowy wymiar.

Attersee podejście numer dwa

Tuż przed Salzburgiem przed naszymi oczami rozpostarł się widok nienawidzony przez motocyklistów. Niebo momentalnie stało się czarne i jedyna droga ucieczki wiodła na wschód, w stronę Attersee. Niezbędne w tym przypadku okazało się dorzucenie kilku oczek na naszych prędkościomierzach i w momencie, gdy nawigacja pokazywała kilkanaście minut do celu złapała nas ulewa. Niezbędne było zatrzymanie się pod pierwszym kawałkiem dachu i przeczekanie deszczu, który jak na złość nie zamierzał odpuszczać. Po długim oczekiwaniu i finalnym osłabnięciu opadów, podjęliśmy decyzję, że szukamy kempingu. Nikt nie spodziewał się, że tak jak i inna Polska rodzina, zostaniemy tak niemiło potraktowani. Chamstwo, opryskliwość, najbardziej oddalona i ubłocona parcela za 42 euro, a w gratisie święto w Austrii i zamknięte praktycznie wszystko, prócz kempingowego sklepiku. Całe szczęście nikt, ani nic nie było w stanie zepsuć naszego humoru.

Time to say goodbay

Po deszczowym wieczorze rano nie pozostał nawet ślad, a poranek nad jeziorem Attersee był jednym z przyjemniejszych za sprawą nocki w namiocie oraz otaczających nas widoków. Śniadanie, kąpiel, pakowanie i tuż po godzinie 12:30 musieliśmy zacząć kierować się w stronę Polski. Nikt z nas tego nie chciał, ale każdy musiał. W Zgorzelcu zameldowaliśmy się nieco po godzinie 20, kończąc nas spontaniczny wyjazd z niedosytem. Czy to źle? To dobrze, bo apetyt rośnie w miarę jedzenia i już pojawiły się kolejne zarysy wyjazdów w Alpy. Jednakże tym razem wyprawa będzie znacznie dłuższa, ale jedno muszę przyznać – takie hardcorowe wyjazdy też mają swój urok. Chłopaki, był czad! Dzięki!

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.