Słoneczny lipiec, wakacje i motocyklowa wycieczka. Te trzy rzeczy zestawione razem określiły nasze plany na tegoroczny urlop. Postanowiliśmy objechać południe i północ kraju, odpocząć, pozwiedzać i pobyć sam na sam z motocyklami. 

Tekst i zdjęcia: Ania Siemińska

Przygotowania idą gładko. Ja pakuję swoje rzeczy w kufer centralny, Bartek w kufry boczne oraz torbę, w której znalazły się: namiot, dwie karimaty i dwa śpiwory. Nie jesteśmy zbytnio obciążeni bagażem ale jak się później okaże mogliśmy spokojnie wziąć o połowę mniej klamotów. Obieramy kierunek na Kazimierz Dolny. Prosta droga trasą nr 17, więc bez problemu dojeżdżamy do Kazimierza. Znajdujemy super pole namiotowe, rozkładamy namiot, rozpakowujemy motocykle i w drogę.

Kręcimy się trochę po rynku, a potem idziemy zwiedzić wąwóz Korzeniowy Dół, ponoć najpiękniejszy z kazimierskich wąwozów. Faktycznie jest wart zobaczenia ale musimy spieszyć się ze zwiedzaniem ze względu na goniącą nas chmarę komarów, która nie daje nam żyć. Rano pobudka, pożywne śniadanie i dalej na południe, do Sanoka. Jedziemy przez Lublin i potem zbaczamy z głównej trasy wybierając drogę nr 835, która okazuje się strzałem w dziesiątkę.

Serpentyny z bólem tyłka

Komu w drogę temu moto
Widoki przepiękne – my z motocyklami w górze doliny z rzeczkami, jeziorami i chatkami na dole. Świeci słońce, w oczach zieleń natury a między nimi serpentyna asfaltu. Dla mnie, początkującego motocyklisty jest to istna szkoła jazdy. Zakręt na zakrętem, łuk za łukiem odczuwam początkowo jako koszmar ale co robić? Trzeba jechać do przodu i mimo stresu zacząć się składać. Pocieszające i dodające otuchy są w takich momentach właśnie te piękne widoki. Również kubek bardzo gorącej czekolady na stacji benzynowej w środku niczego, sprzedanej przez Pana ze srebrnym zębem bardzo pomaga, tym bardziej, że po kilku godzinach jazdy „siedzenie” zaczyna być bardzo odczuwalne.

No właśnie, muszę to powiedzieć, jakkolwiek wygodne byłoby siedzisko, tyłek po kilku godzinach jazdy zwyczajnie drętwieje. Na początku Bartek stawał na podnóżkach a ja myślałam sobie, że to taka zabawa, że taka rozrywka w czasie jazdy, do momentu kiedy sama stanęłam na podnóżkach w czasie jazdy i to wcale nie dla zabawy, tylko z ogromnego bólu tyłka. Wszystko stało się jasne.

Do Sanoka dojeżdżamy bez problemu, od razu znajdujemy fajne pole namiotowe ale okazuje się, że chatki bez okien z lat 80. są prawie w tej samej cenie co miejsce pod namiot, więc wybór pada na chatkę. Pole namiotowe położone jest obok Skansenu w Sanoku więc od razu go zwiedzamy. Skansen wart jest obejrzenia ale od razu ostrzegam: żeby wszystko dokładnie zobaczyć potrzeba właściwie całego dnia. Sam skansen to Park Etnograficzny, który należy do najpiękniejszych muzeów na wolnym powietrzu w Europie, a pod względem ilości obiektów jest największym skansenem w Polsce.

Dwie straszne postacie w Kazimierzu
Dwie straszne postacie w Kazimierzu
Muszę tu wspomnieć jeszcze o jednej rzeczy ważnej dla motocyklistów, którzy wybraliby to pole namiotowe. Podjazd jest prawdziwym wyzwaniem. Bardzo stromą i krętą drogę wykonano z sześciokątnej kostki brukowej. Próbowałam podjechać na drugim biegu i omal nie zsunęłam się z powrotem na dół.

Będąc w Sanoku koniecznie trzeba podjechać zobaczyć zaporę w Solinie. Jest to największa budowlą hydrotechniczną w Polsce o długości 664 m, podzieloną na 43 sekcje, wysokości 82 m i objętości betonu 760 000 m3. Naprawdę warto przejść się po zaporze, gdzie z jednej strony jest woda, a drugiej suchy grunt. Dziwne uczucie, kiedy zdaję sobie sprawę jak potężna musi być konstrukcja, która trzyma takie ilości wody. Patrząc dalej na wioski widoczne z zapory, uświadamiam sobie jak ważna jest dla lokalnych mieszkańców. Gdyby ta zapora pękła, widoczne z niej miejscowości byłyby zwyczajnie zmyte z powierzchni ziemi.

Do Żywca na Żywca

No ale komu w drogę, temu czas. Mamy do przejechania ok. 320 km. Jedziemy do Żywca zobaczyć browar. Do Żywca jedziemy główną drogą nr 28 przez Limanową. Trasa przyjemna, widoki wspaniałe, znowu góry i doliny, nawet nie da się opisać jak to pięknie wszystko wygląda. Tu skały, tu jeziora, tu zalesione góry. Znajdujemy pole namiotowe nad Jeziorem Żywieckim, gdzie spędzamy noc w akompaniamencie wycia chłopców, którzy przyjechali się pobawić nie licząc się zbytnio ze innymi gośćmi. Choć są raczej zabawni niż niegrzeczni, dzięki nim jesteśmy następnego dnia lekko zmęczeni. Cóż poradzić…

Muzeum Browaru Żywiec nas nie zachwyca. Oczywiście będąc w Żywcu warto je obejrzeć ale jesteśmy raczej rozczarowani niż zachwyceni. Mamy za to szklanki Żywca, które rozdają na końcu wycieczki. Praktyczna informacja – trzeba zadzwonić wcześniej i zarezerwować sobie miejsce w grupie zwiedzającej. Z marszu nie da rady się tam dostać, a przynajmniej w okresie wakacyjnym.

Zostawiamy Żywiec i kierujemy się do Kłodzka. Do Kędzierzyna-Koźla jedziemy głównymi trasami, potem zbaczamy na drogę nr 409 i 407 prosto do Nysy. Trasy nr 409 i 407 są jednymi z piękniejszych, które dotąd przejechaliśmy. Są to wąskie drogi prowadzące przez pola, żółtozielone łąki oraz liczne malutkie wioski. Widok jest przepiękny, w słońcu nabiera kolorów i radości, podczas każdego przejazdu przez wioskę towarzyszy nam swojski zapach polskiej wsi. Polecamy tę trasę każdemu jako alternatywę nudnych wielopasmówek.

Zdobywamy twierdzę

Namiot był naszą kwaterą
W Kłodzku chcemy zwiedzić Twierdzę Kłodzko ale jesteśmy dosłownie 10 minut przed jej zamknięciem. Stajemy na parkingu przy jakiejś rzeczce i pytamy o drogę. Okazuje się, że musimy się wspiąć na górę gdzie jest zakaz ruchu dla pojazdów. Po bardzo krótkim namyśle stwierdzamy, że próbujemy. Co to jest za bieg… Zmęczeni trasą, w gorącym słońcu, zdejmujemy kurtki i kaski, bierzemy je w ręce i w pełnym uzbrojeniu pniemy się pod górę. Mamy jeszcze 5 minut, zadanie właściwie niewykonalne ale co tam, próbujemy. Jesteśmy po czasie, zziajani, zmęczeni, spoceni, bez oddechu.

Mówimy Pani która wpuszcza turystów jaka jest sytuacja. Patrzy na nas i chyba już tylko z litości dzwoni do koleżanki z kas mówiąc, że jeszcze będą dwie osoby, żeby nie zamykała swojej kasy. Dziękujemy serdecznie i biegniemy… znowu pod górę. Nagrodą za nasz wysiłek jest bardzo przyjemne zwiedzanie twierdzy. Jesteśmy w ostatniej grupie zwiedzających, możemy dzięki temu zwiedzić w spokoju twierdzę, podyskutować z przewodnikiem i złapać chwilę wytchnienia.

Z Kłodzka jedziemy do Dusznik Zdroju. Podróż na motocyklu o zachodzie słońca jest fenomenalna. Cienie i żółtoczerwona poświata nad krajobrazem są przepiękne. W Dusznikach bawimy dwa dni – dajemy wypocząć sobie i motocyklom. Okazuje się, że przednia zębatka napędu mojego motocykla nie chce wytrzymać do końca sezonu. Wyszczerbiona okazała się najdroższą pamiątką jaką kiedykolwiek kupiłam. Na szczęście trafiamy na super mechanika, który w jeden dzień wymienia cały napęd dając przy okazji Yamasze nowe sprzęgło.

Czeski film

Teplicke Skaly wydały mi się przereklamowane
Czekając na naprawę Yamahy mamy jeden dzień do dyspozycji. Decydujemy się więc pojechać do Czech zobaczyć Skalne Miasto, czyli Teplickie Skaly. Jedziemy na motocyklu Bartka, ja tym razem jako plecaczek ale nie narzekam. Miło jest tak zwyczajnie sobie posiedzieć z tyłu i podziwiać widoki. Po krótkim błądzeniu w końcu docieramy na miejsce, udaje nam się zostawić stroje i kaski w budce na parkingu i normalnie, w zwyczajnych ciuchach, iść pozwiedzać. Teplicke Skaly to przyjemne miejsce ale szczerze mówiąc Błędne Skały czy Szczeliniec w naszych Górach Stołowych lepiej wypadają na tle Skalnego Miasta. Miejsce do połażenia, około godzinki i po sprawie. Po naprawie Yamahy ruszamy w drogę powrotną przez Częstochowę i Łódź do Warszawy.

Jednak i tu nie obywa się bez przygód. W Częstochowie silnik BMW 650 GS odmawia posłuszeństwa i to jest nasz koniec jazdy. Próbujemy odpowietrzyć układ chłodniczy (już kiedyś tak robiliśmy i to również pod Częstochową) ale tym razem ta metoda zawodzi. Jest już ciemno, my stoimy pośród lasów, musimy zdecydować co robić. Okazuje się, że nieopodal jest Nadleśnictwo. Bartek idzie i ustala, że możemy zostawić tam na noc motocykl. Zostawiamy więc BMW, wsiadamy razem na Yamahę i jedziemy do Łodzi, do mojego domu. Rano organizujemy przyczepę i w ciągu jednego dnia Srebrna Strzała jest już u swojego mechanika. Okazuje się, że to drobnostka i na następny dzień mamy już dwa sprawne motocykle, żeby wyruszyć dalej.

Byliśmy już górach, postanawiamy więc pojechać na północ Polski, na Mazury i nad morze. Najpierw Mazury – znajdujemy pole namiotowe tuż nad jeziorem Gim. Jedziemy dosyć nudną trasą nr 7, z której odbijamy w Nidzicy na 545 na Jedwabno. Tu jest bardziej swojsko – znowu wioski, laski i jeziorka. Potem trasą nr 58 i 598 do Nowej Kaletki. Ośrodek wypoczynkowy Nowa Kaletka to bardzo sympatyczne miejsce. Są tam i pokoje i domki do wynajęcia, można też zacumować z przyczepą kempingową, a my standardowo lokujemy się między tym wszystkim z małym namiocikiem. Dzień jest miły można wypożyczyć rower wodny, są też inne atrakcje. Jednak droga wzywa. Kierunek – polskie morze.

Morze z dwóch stron

Zapora w Solinie daje uczucie potęgi
Jako cel wybieramy Krynicę Morską, ponieważ chcemy zobaczyć jak to jest być na mierzei, gdzie z jednej strony jest morze, a z drugiej zatoka. Mamy przed sobą ostatnie trzy dni urlopu, czasu jest mało więc czym prędzej suniemy trasą nr 7. W Nowym Dworze Gdańskim odbijamy na 502, potem na 501 i już jedziemy przepiękną trasą po mierzei, wśród lasów. Z jednej strony między drzewami błyszczą wody Bałtyku a z drugiej, jak stanie się na podnóżkach można zobaczyć błękitne prześwity Zalewu Wiślanego. W Krynicy bez problemu znajdujemy pole namiotowe. Nie możemy uwierzyć własnym oczom: kempingi a na nich setki namiotów. Dwa razy objechaliśmy ośrodek, żeby znaleźć maleńki wycinek miejsca na namiot. Pobyt jest bardzo miły, zaliczamy obowiązkową kąpiel w chłodnym Bałtyku Co najważniejsze – nasze maszyny doskonale dają sobie radę z trasą bez żadnych atrakcji. Stoją godnie pod sosenką i odpoczywają słuchając szumu morza. Następnego dnia rano znowu zażywamy kąpieli i ruszamy w drogę do domu. Koniec urlopu widać już gołym okiem. Dobra rada dla dziewczyn – zakładanie kasku na mokre włosy skutkuje tym, że można go potem zdjąć dopiero we własnym domu. Wcześniej nie radzę.

W drodze powrotnej uparłam się, żeby nie jechać bez przerwy drogą nr 7. Jedziemy więc nią tylko kawałek i w Pasłęku odbijamy na 527 na Olsztyn. Znowu trasa cudna. Głównie przez las, niekiedy przeszkadzają nam dziury ale widoki i to wynagradzają. Niestety w Olsztynie spotyka nas przykra niespodzianka – przez roboty drogowe jedziemy przez miasto około godziny. Sprzęty grzeją się strasznie i widać ich niezadowolenie po tak pięknych i swobodnych trasach. Z Olsztyna jedziemy 53 na Szczytno i znowu blokuje nas stary autokar typu „ogórek”. Ciężko go wyprzedzić na trasie zakręt za zakrętem ale chociaż widoki piękne. Z Olsztyna jedziemy 57 do Warszawy. Robi się ciemno, następnego dnia do pracy, nie ma czasu na kombinacje.

I tak oto nasza podróż dobiega końca. Byliśmy na południu i na północy Polski. Nauczyliśmy się jeździć naszymi maszynami po łukach, po dziurach, po drogach z kostki i z piasku. Dowiedzieliśmy się, że po kilku godzinach jazdy tyłki bolą niemiłosiernie i że jadąc bez rękawiczek trzeba smarować dłonie mocnym kremem do opalania, żeby móc nimi ruszyć następnego dnia. Zdobyliśmy nowy napęd i sprzęgło do Yamahy i nową zębatkę do pompy chłodniczej do BMW. Motocykle odpoczywają w garażu, a my przygotowujemy się już do weekendowych wypadów, których będzie co niemiara.

3 KOMENTARZE

  1. super opowiadanko bylo milo byc z Wami, wazne ze znalezliscie czas na zwiedzanie i kapiel w morzu
    pozdrawiam i do zobaczyska na asfaltach europy
    Andre

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here