Jest koniec kwietnia 2017. Wyjeżdżam spełnić kolejne ze swoich marzeń. Tym razem Iran. Miesiąc to mało, by poznać ludzi, poczuć jak to jest żyć tak, jak oni, ale muszę tam pojechać.

Podsumowanie nie oznacza jednak końca, bo w nieznanej mi jeszcze przyszłości, opiszę nieco mniej zwięźle przygodę z drogą. Możliwe też, że powstanie ruchomy obraz z wyjazdu, dla lepszego oglądu miejsc i dróg przez które przejechałem.
Początek.

Na początku towarzyszył mi brat. To jego pierwszy dalszy wyjazd na pierwszym motocyklu. Transalp 650 z przełomu wieków. Podróżowaliśmy razem z Polski do Gruzji, gdzie rozstaliśmy się. Od tej pory jechałem sam a Krzysiek wrócił do kraju swoją drogą.
Wszystko zaczęło się wiosną w Bieszczadach w Przystani Motocyklowej. Tutaj spaliśmy w namiotach w temperaturze w okolicach zera. Na Zakarpaciu, odwiedziliśmy mojego przyjaciela Ferenca.
Jedliśmy mangalicę z patelni i próbowaliśmy miodu prosto z plastra wyciętego nożem. Słuchaliśmy też 40-to osobowego chóru w kościele. Patriotyczne pieśni przyprawiały o dreszcze.
W Rumunii w górach zaskoczyła nas śnieżyca. W błocie, po stromiznach i kamieniach, odsuwając powalone gałęzie i drzewa przedzieraliśmy się nocą do cywilizacji. 2 km w trzy godziny.
Widzieliśmy skażone chemikaliami jezioro, nad którym mieszkają ludzie.
W Turcji w Istambule spędziliśmy prawie trzy dni na szwędaniu się po mieście.
W drodze przez ten wielki kraj, sypialiśmy w hotelach, pod namiotami, na stacjach benzynowych, w miejscach do modlitw dla muzułmanów. Jedliśmy co popadnie i jechaliśmy, jechaliśmy, jechaliśmy. W Trabzon na północnym wschodzie, zasiedzieliśmy się dwa dni, szukając wrażeń w zakamarkach starych dzielnic.
Do Gruzji wjechaliśmy górami i tam, spędziwszy dwa dni w Achalkalaki, rozstaliśmy się.

Krzysiek zawrócił a ja pojechałem przez Armenię do Iranu. W Armenii byłem bardzo gościnnie przyjęty.
Na granicy spędziłem dwa dni i pięć godzin, czekając na pozwolenie na wjazd motocyklem do Persji.

Po drogach w Iranie przejechałem 9,5 tys. km z hakiem. Nad morzem Kaspijskim szwędałem się po górach a to wystraszony z lekka, to znów zagubiony mimo GPS, ale zawsze z rozdziawioną paszczą z zachwytu.

W Beludżystanie, o którym sami Irańczycy mówią dwuznacznie i który miał być siedliskiem grup terrorystycznych i przemytników… złapałem kapcia. Poznałem na nowo dzięki temu, co to gościnność i bezinteresowność.

Przeciąłem najgorętsze na świecie miejsce, pustynię Dash-e Lut.

Doznałem ponad 50-cio stopniowego upału na wybrzeżu Zatoki Perskiej.

Widziałem latające ryby i dzikie plaże z połyskującym piaskiem.

Nie widziałem delfinów. W zupełnej samotności przejechałem ze dwie setki kilometrów przez Park Narodowy Loran i raz korzystałem z zapasu benzyny.

Na wyspie Qeshm widziałem skały nie przypominające niczego co do tej pory mogłem zobaczyć.

Chodziłem po kilku bazarach w kilku miastach i przejechałem przez środek burzy. Widziałem kościół katolicki.

Stąpałem po słonym jeziorze Urmia na północy kraju.
Spaliłem około 550 litrów benzyny na którą wydałem około 150 dolarów.
Sypiałem na stacjach benzynowych w miejscu do modlitw i w różnej jakości hotelach lub ostatnie dwie noce u mojego przyjaciela w Iranie, Hosseina.

Przez cały ten czas nie spotkałem ani jednego złego człowieka. Ludzie tu cenią przybyszów, szczególnie na prowincji. Okazują szacunek i przyjaźń choćby taką tylko na czas spotkania. Są tolerancyjni. Jakby chcieli w ten sposób odczarować mylne pojęcie o swoim kraju.
Chce się tu wracać. Chce się tu być i chce się na wszystko patrzeć.
Motocykl jest bardzo dobry do tego, bo nie omija się nawet zapachów, choć akurat na głównych drogach to same spaliny. Ale już teraz, chciałbym cofnąć czas i być tam od nowa.
Z Iranu wyjechałem do Tureckiego Kurdystanu, gdzie zapoznałem się dokładnie z uzbrojeniem żołnierzy na czek pointach. Wojsko, policja, wozy opancerzone, posterunki kontrolne, karabiny. Zatrzymują, sprawdzają, pytają. Mimo to Turcja wschodnia to w miarę bezpieczna, zielona kraina z jeziorami o niespotykanych odcieniach.

Byłem nad jeziorem Van, wdrapałem się na górę Nemrut, żeby zobaczyć wschód słońca i leciałem balonem w Kapadocji.

Do Grecji wjechałem najbliższą granicą, ale stamtąd pojechałem na zlot klubu MC Roses w Bułgarii.

Po intensywnym weekendzie, wróciłem do Grecji i na dłużej zatrzymałem się dopiero na wyspie Elafonisos, zachłystując się klimatem portowych knajpek i nocnego życia.
Stamtąd, przez most Rion-Antirion i kontynentalną część Grecji pojechałem do Albanii.

Tu zażywałem gór, bezasfalcia i niepowtarzalnego klimatu miasteczek i wsi.
W Czarnogórze znalazłem przyjazny serwis KTM i widoki zapierające dech.

To mekka dla motocyklistów. Stamtąd, przez Węgry, Słowację, Czechy trafiłem do przyjaciół od dwóch kół. Najpierw we Wrocławiu stacjonowałem u „Grzeciego” w jego warsztacie, gdzie mogłem wymienić w końcu olej w motocyklu i spotkać się ze znanym tam fachowcem od spawania „Sietmenem”.
Pod Poznaniem zaznałem gościnności u niejakiego C.M. „Marchewy”, który przy okazji użyczył swojego głosu do filmu z poprzedniej eskapady, który pokażę niedługo.
Po tym spotkaniu pojechałem nad nasz Bałtyk żeby zażyć jodu i stamtąd dopiero, wyekspediowałem się do Warszawy, gdzie przebywam do dziś.
Teraz trochę suchych danych:
Łącznie z Polską jechałem przez 16 krajów i 20 razy przekraczałem różne granice. Wyglądało to tak:

Polska, Ukraina, Rumunia, Bułgaria, Turcja, Gruzja, Armenia, Iran, Turcja, Grecja, Bułgaria, Grecja, Albania, Czarnogóra, Bośnia i Hercegowina, Chorwacja, Węgry, Słowacja, Czechy, Polska.

Do tego potrzebowałem dwie wizy: turecką i irańską. Na podróż miałem 80 dni. Zużyłem ich 78. Łącznie przejechałem niespełna 24 tys. km, w tym około 200 km poza asfaltem.
Poznałem wielu ludzi i ich historie na tyle, na ile mogłem zrozumieć co się do mnie mówi.
Najwyżej, droga poprowadziła mnie na wysokość 2960 m npm. Temperatura w podróży wahała się od -1 do 50 st. C. Motocykl zużył trzy opony. Dolałem do silnika 3l oleju nie wymieniając go. Spalił ponad 1400 litrów benzyny, średnie spalanie to 6l/100km. Najdroższa benzyna w Grecji 1,556 eur/litr. Najtańsza w Iranie około 1zł/litr.

Awarie:
Wyciek oleju spod bagnetu, złamane lusterko, osłona dłoni, wyciek benzyny spod uszczelki wlewu paliwa, dwa razy zapowietrzyła się pompa hamulcowa tylnego koła, trzy kapcie, zgubione poszerzenie stopki, odkręcająca się osłona pompy hamulcowej, zepsuta kamera, Zepsuty smartfon.

Zdrowie:
Zostałem dotkliwie pogryziony przez małego pajęczaka, raz prawie się odwodniłem, przeziębienie, skurcze łydek i mrowienie w nadgarstkach, nie wiem jak z psychiką.

Czego żałuję

Żałuję, że nie znam farsi, ani nawet za dobrze angielskiego. Że miałem tylko miesiąc na to żeby zażywać Iranu. Że nie można poznać wszystkich mijanych ludzi. Wszak każdy taki człowiek, to wiele niepoznanych na zawsze historii. To by było na tyle ze statystyk.
Odliczam do następnego wyjazdu… Mam jeszcze inne marzenie.

7 KOMENTARZE

  1. Fantastyczna wyprawa, niesamowite zdjęcia i z pewnością przygoda na całe życie. Pozdrawiam i życzę kolejnych bezawaryjnych i bezpiecznych kilometrów!

  2. Strasznie lakoniczna ta relacja… Napisz coś więcej o wjeździe do Iranu. Na ten temat jest bardzo mało informacji, a te które są, często są ze sobą sprzeczne… Miałeś karnet, czy płaciłeś coś na granicy oficjalnie/do łapy?

    • Pracuję nad CeloFanem od dłuższego czasu, bo pięknie pisze. Niestety, ma też życie zawodowe ;) Obiecuję, że będę go cisnął!

  3. Rewelacja! Jest luty, za oknem -10 st a ja chce natychmiast wsiadać na moto i jechać!, gdziekolwiek…
    Jeżeli nic nie masz przeciw to spróbuje powtórzyć Twoja trasę w 2020 roku.

  4. Gratulacje. Za odwagę, nieugiętość i ten tekst – taki jak lubię; męski czyli konkretny. Ja za dwa dni ruszam do Rumunii, ale twój Iran, Turcja, Armenia itd. – szacun !

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.