Asfalt z plamą oleju ma swój własny zapach. Słodkawy, ciężki, lekko mdły — coś między smażonym tłuszczem a rozkładającą się benzyną. Wiem to teraz lepiej niż przedtem, bo majówka 2026 nauczyła mnie tego zapachu z bliska. Z bardzo bliska. Z odległości policzka trącego o jezdnię.
Tekst nadesłany przez Czytelnika. Jego autorem jest Michał Gessler
Nie będę opowiadał szczegółów wypadku. Każdy, kto jeździ, wie, jak to wygląda. Plama oleju, której nikt nie zauważył w porę, przednie koło się podwinęło i umysł nie zdążył zrozumieć, że „jedzie” już w pozycji, w której nie powinno się jeździć. Finał taki, jaki bywa: leżysz, patrzysz w niebo zza pleksy kasku i czekasz, aż coś się wydarzy.
Coś się wydarzyło. Tylko nie to, czego się spodziewałem
Bo wiecie — jest taka opowieść, którą wszyscy znamy. O bractwie, o dwóch kółkach, które łączą bardziej niż krew. O tym, że motocyklista zawsze się zatrzyma, zawsze sprawdzi, zawsze pomoże. Wymachujemy do siebie nóżkami, wrzucamy kciuki w mediach społecznościowych, mówimy „my, motocykliści”, „nasza pasja”, „nasza rodzina”. Brzmi pięknie. Robi za etos, za symbol, za markę.
Robi też za alibi
Bo w słońcu długiego weekendu, na dość ruchliwym kawałku drogi, gdzie warkot silników przepływał jak zorganizowany pochód (w końcu to majówka) — policzyłem siedem motocykli (plus puszki ale o tym może kiedy indziej). Siedem. Wszystkie minęły mnie, siedzącego już obok własnej maszyny i próbującego ogarnąć to co działo się z moim ciałem, bez zatrzymania.
Niech to wybrzmi. Siedmiu ludzi, w pełnej świadomości, że na poboczu siedzi drugi człowiek obok leżącego motocykla, co umówmy się nie jest jego naturalną „postawą”, podjęło decyzję, żeby dodać gazu. Siedmiu „braci po dwóch kółkach” zdecydowało, że ich plan na dzień jest ważniejszy niż trzydzieści sekund, które kosztowałoby zatrzymanie. To nie było „nie zauważyli”. Widzieli. Każdy z nich. I każdy z nich wybrał.
Kolejny (ósmy) też jechał na motocyklu — i on się zatrzymał
Siwy zarost wystający spod kasku integralnego w kolorze, którego dziś już nikt nie zamawia. Kurtka tekstylna pamiętająca jeszcze pierwszą dekadę lat dwutysięcznych, z przetarciami, których się nie ukrywa, bo każde z nich coś znaczy. Pod nim maszyna — niemłoda, z zadrapaniem na obudowie, które nosi jak bliznę. Zsiadł szybciej, niż jego wiek by sugerował, albo moja percepcja nadal szła swoim torem. Został i sprawdził czy wszystko jest ok. Był bez naszywki z czaszką, bez akcesoriów z najnowszej kolekcji. Z czymś natomiast, czego brakowało tym siedmiu: z tym najprostszym, motocyklowym odruchem.
To nie był przypadek
Coraz częściej myślę, że ten odruch — zatrzymać się, sprawdzić, pomóc — został w pokoleniu, które wsiadało na motocykl, kiedy motocykl nie był jeszcze stylem życia dodatkiem do telefonu z jabłuszkiem albo generatorem kosztów dla księgowości, tylko po prostu sposobem przemieszczania się. Często jedynym, na jaki było stać. Kiedy na trasie widziało się jednego na pięćdziesiąt kilometrów, a nie pięćdziesięciu na minutę. Kiedy awaria z dala od miasta oznaczała, że albo ktoś z braci po dwóch kółkach się zatrzyma, albo wracasz pieszo. Ci ludzie nie noszą braterstwa na naszywkach. Mają je w odruchu.
Tacy Motocykliści mijają cię bez ekscytacji, ale zawsze — zawsze — machną do ciebie ręką. I gdy jeden z tej generacji widzi, że na poboczu coś się stało, nie ma w nim ani pół sekundy wahania. To nie jest decyzja. To jest pamięć mięśniowa.
A teraz pytanie…
Pytanie, które chcę zostawić tym siedmiu. I nie tylko im — każdemu z nas. Gdyby to było twoje ciało na asfalcie. Twoja maszyna w rowie, twoja krew na rękawicy, twoja świadomość uciekająca w jakąś białą mgłę. Czy chciałbyś, żeby cię minęło siedmiu „swoich”? Chciałbyś siedzieć albo leżeć i liczyć przejeżdżających, jak ja liczyłem? Czy chciałbyś, żeby ten siódmy pomyślał o tobie: „pewnie nic poważnego, ktoś się tym zajmie”?
Nie. Nikt z nas tego nie chce. Każdy, absolutnie każdy, w takiej chwili modli się o to, żeby ktoś się zatrzymał. Żeby ktoś sprawdził. Żeby ktoś zadzwonił. I to nie jest spekulacja — to jest najbardziej elementarna prawda o człowieku w ekstremalnej chwili. Więc pytanie nie brzmi „co byś zrobił, gdyby”. Pytanie brzmi: dlaczego oczekujesz od innych czegoś, czego sam nie dajesz?
I tu już nie chodzi tylko o etos
Tu chodzi o coś bardziej brutalnego — o prawo. Artykuł 162 kk mówi krótko: kto człowiekowi znajdującemu się w położeniu grożącym bezpośrednim niebezpieczeństwem utraty życia albo ciężkiego uszczerbku na zdrowiu nie udziela pomocy, mogąc jej udzielić bez narażenia siebie, podlega karze pozbawienia wolności do lat trzech. Trzy lata. Za nieobecność. Za to, że dodało się gazu, zamiast nogę położyć na hamulcu. Nie wiem, ilu z tych siedmiu o tym pamiętało. Ile w naszym środowisku gada się o przepisach drogowych — o limitach, mandatach, o barierach SPC, o oponach na sezon — a ile o tym, że minięcie rannego bez sprawdzenia, czy żyje, jest w Polsce przestępstwem. A wystarczy zatrzymać się i zadzwonić po pomoc.
Pomyślmy też, jak wygląda kurs na kategorię A
Ile minut w czasie szkolenia poświęca się pierwszej pomocy w wypadku motocyklowym. Jak zdjąć kask, kiedy zdjąć go nie wolno, jak rozpoznać objawy szoku, jak ułożyć rannego, jak rozmawiać z osobą, która właśnie zrozumiała, że być może się nie podniesie. Większość z nas wie więcej o tym, jaki wybrać tor jazdy w drugim zakręcie, niż o tym, co zrobić, jeśli kolega z tego zakrętu nie wyjdzie. Wiedza jaka jest przekazywana podczas kursu to dla wielu koniec w tym temacie – który i tak zapominają. Maszynę można kupić w godzinę. Odruch zatrzymania się przy drugim człowieku buduje się czasami latami — i nikt nas tego nie uczy, bo z tego nie ma kursu na prawko. A… to, że nie musimy robić szkoleń pierwszej pomocy ponad ten element na kursie prawa jazdy nie zwalnia nas z odpowiedzialności.
Wiem, co tu można powiedzieć. Że bystander effect — im więcej ludzi widzi sytuację, tym mniej kto reaguje. Że może bali się odpowiedzialności, dotykania rannego, „a co jak coś źle ruszę”. To wszystko prawda — psychologicznie, statystycznie, fenomenologicznie. Ale prawda nie jest tym samym co usprawiedliwienie. Prawda tłumaczy, dlaczego coś się stało. Nie tłumaczy, dlaczego ma się tak dziać dalej. I nie tłumaczy też, dlaczego ten ósmy — działając pod tym samym mechanizmem psychologicznym, co pozostali siedmiu — potrafił zsiąść.
Najgorsze w znieczulicy nie jest to, że ktoś nie pomaga
Najgorsze jest to, jak łatwo ją sobie sprzedać. „Pewnie nic poważnego.” „Już ktoś stoi obok.” „Mam swoje sprawy.” „Nie chcę się wplątać.” Każde z tych zdań osobno wydaje się rozsądne. Dopiero kiedy zsumować je z perspektywy człowieka leżącego na asfalcie okazuje się, że rozsądek tej grupy ludzi sumuje się do zera. Albo do czegoś gorszego niż zero — do milczenia, w którym słychać już tylko jednostajny dźwięk przerywacza wystygającego kierunkowskazu.
Następnym razem, gdy zobaczysz z daleka leżącą maszynę i kolorową kurtkę nieruchomo obok — zatrzymaj się. Nie dlatego, że tak każe naszywka, czy że tak każe artykuł 162. Nie dlatego też, że ktoś cię sfilmuje. Zatrzymaj się dlatego, że gdybyś leżał tam ty, modliłbyś się o to, żeby ktoś inny zrobił dokładnie to samo.
Reszta — kaski z czaszkami, naszywki, hasztagi, filmiki z wycieczek po Bałkanach — niech zostanie sobie ozdobą. Ale jeśli naprawdę chcemy być rodziną, to trzeba przestać udawać, że nią jesteśmy tylko wtedy, kiedy świeci słońce. Tych siedmiu nie zatrzymało się przy mnie. Któryś z nich w przyszłą majówkę może leżeć na moim miejscu. I wtedy okaże się, że obojętność, którą sami zaszczepiamy w środowisku, wraca do nas dokładnie tym samym kursem, którym ją wysłaliśmy.
ps. Jeżeli masz obawy w udzielaniu innym pomocy idź na kurs – tam nauczysz się przełamywać te granice.
