Chcemy przeżywać i chłonąć Afrykę, podziwiać jej piękne krajobrazy i intensywne kolory, czuć ciepły wiatr na twarzach. Jesteśmy otwarci na przygodę, na to co przyniesie nam los. Ponieważ spędziliśmy tu już trochę czasu wiemy, że rdzenni mieszkańcy, choć często nie umieją czytać i pisać, zawsze będą dla nas życzliwi i uśmiechnięci i pozdrowią nas setki rąk machających w naszą stronę. Gdy zatrzymujemy się by odpocząć, natychmiast otacza nas gromadka dzieci, która śledzi każdy nasz ruch. Ale nie tylko ci najmłodsi są nami zainteresowani.
Widok każdego białego tubylców zaskakuje, gdyż rejon ten nie jest popularny turystycznie, a już dwoje białych szaleńców na motocyklu robi wrażenie piorunujące. Wbrew obiegowym opiniom Afrykańczycy nie są jednak natarczywi. Wręcz przeciwnie, uśmiechają się tylko, trzymając dystans. My w tym świecie odnajdujemy się doskonale. Już po kilku dniach pobytu nie widzimy w otaczających nas ludziach czarnego koloru skóry. Nie dziwi nas już ani brak bieżącej wody – przecież jest czysta woda w studniach, ani brak prądu – to słońce wyznacza rytm dnia, ani wreszcie brak toalet – szybko przyzwyczajamy się do załatwiania potrzeb fizjologicznych za krzaczkiem. Przemierzając Czad po drodze mijamy imponujące wielkie targi z wielbłądami, osiołkami i bydłem. Spotykamy pasterzy kóz i owiec, często zbierających się tłumnie przy wodopojach i studniach. W Afryce dróg asfaltowych jest niewiele. Często przechodzą one niespodziewanie w szutrowe, a te w okresie deszczowym są nieprzejezdne. Ponieważ jest zaledwie miesiąc po porze deszczowej, w jednym z miejsc musimy własnymi siłami przepchać motocykl przez wodę.
Innym razem z braku mostu przeprawiamy naszą hondę pirogą na drugi brzeg. Często trasa zasypana jest kurzem i piaskiem, a takiej nawierzchni oryginalne opony nie dają rady. Maciej z trudem utrzymuje kierownicę, a jazda przypomina taniec na lodzie. Dwukrotnie się przewracamy. Przy następnych zapiaszczonych odcinkach Ania schodzi z motocykla. Opanowanie motoru sprawia Maciejowi duże problemy, ale czujemy oboje, że jednak idzie mu coraz lepiej. Wiemy oczywiście, że dla doświadczonego jeźdźca i silniejszego motocykla taka droga byłaby jak bułka z masłem. Pomimo wywrotek i skaleczeń nie mamy nawet sekundy zwątpienia. W pierwszym dużym mieście decydujemy się na zmianę przedniej opony na bardziej crossową, co znacznie ułatwia dalszą podróż. Oznakowań drogowych brak, a pytanie o drogą nie zawsze jest pomocne. Zdarza się nam błądzić nawet przez cały dzień, ale dzięki temu przypadkiem trafiamy na bajkowy widok, który zapamiętamy na zawsze. Karawany nomadów Bororo schodzą ze wszystkich stron, prowadząc olbrzymie stada bydła. Siedzą majestatycznie na pięknie zdobionych tronach, umieszczonych na grzbietach licznych krów i wielbłądów.
Coraz bardziej doceniamy podróżowanie motocyklem. Nie mamy GPS-a i posługujemy się tylko ogólną mapą Afryki Zachodniej oraz przewodnikiem Lonely Planet „West Africa“. Nie mamy też konkretnego planu podróży – wiemy tylko, że chcemy odwiedzić wszystkie kraje Afryki Zachodniej trzymając się wybrzeża, a powrót do Polski planujemy za pół roku. Tuż przed przepięknym Parkiem Narodowym Zakuma znienacka wyskakuje prosto pod koła krowa. Maciej hamuje przednim hamulcem, co powoduje kolejną wywrotkę. Jako że jedziemy bez ciuchów motocyklowych jesteśmy trochę poobdzierani, a Ania ma rozbity palec. Przez kilka kolejnych dni będzie z mniejszym zaufaniem wsiadać na motocykl, nie mamy jednak do siebie pretensji. W parku przyglądamy się z bliska życiu żyraf, krokodyli, bawołów, guźców, hien, strusi i antylop. Miło popatrzeć, jak zwierzaki szczęśliwie hasają po rudej afrykańskiej ziemi. Po drodze odwiedzamy jeszcze księdza Edwarda, polskiego misjonarza, który mieszka w Czadzie już od 15 lat.
Dzięki niemu w żeńskiej szkole możemy opowiedzieć historię polskiego podróżnika Kazimierza Nowaka, który 80 lat temu tędy właśnie przejeżdżał rowerem. Cały dzień spędzamy na tętniącym życiem afrykańskim targu. Ania ma wreszcie okazję uszyć sobie u krawca tradycyjną afrykańską spódnicę. Zachwycają nas wzorzyste, kolorowe materiały – tak ubrani chodzą wszyscy Afrykańczycy, nie tylko kobiety. Afryka dlatego jest taka pozytywna: wokoło jest kolorowo, ludzie są uśmiechnięci, a gorące promienie słońca dodają uroku. Po dziesięciu dniach wracamy do Ndjameny. Licznik wskazuje 2000 kilometrów.
I brodem, i pirogą
23 grudnia, po półtoramiesięcznym pobycie u księdza Staszka w Ndjamenie, pakujemy w rowerowe sakwy nasze ponad 50 kg bagażu i ruszamy w stronę Polski. Nasz ekwipunek to śpiwory, maty, moskitiera, pompka, kilka podstawowych narzędzi, zapasowe dętki, trochę ciuchów, japonki, mydło, szampon oraz bukłak na wodę – który nie raz posłuży nam jako prysznic. Przed samym wyjazdem pan Sanousii wręcza nam prezent: czerwoną tabliczkę z białym napisem „Honey Moon from Chad to Poland”, którą przykręcamy pod rejestracją.
Zaraz po wyjeździe ze stolicy motocykl słabnie. Jedziemy 30 km/h, szybciej nie da rady. W pierwszej napotkanej wiosce mechanik usuwa usterkę: rozkręca gaźnik, czyści go, zakłada filtr paliwa i żąda od nas za to 10 zł. Jedziemy dalej. Wyrywając asfalt przy prędkości 70 km/h znowu czujemy wiatr we włosach. Święta spędzamy w oddalonym 400 kilometrów na południe Bologo, u polskich misjonarzy księdza Jarka i księdza Kuby, u których już wcześniej gościliśmy i z którymi się zaprzyjaźniliśmy. Na świątecznym stole pojawiają się pierogi, wigilijne makiełki oraz pierniki. Jest nawet choinka. Z Bologo kierujemy się w stronę Nigerii. By tam dotrzeć musimy ponownie przejechać przez Kamerun. Po drodze napotykamy na wielkie hałdy białego puchu, który w te grudniowe dni przypomina nasz śnieg. To bawełna. Afrykańczycy zbierają ją wspólnie i stanowi ona dobro całej wioski. Zbiory są powodem do świętowania, ceremonia przypomina nieco nasze dożynki.
Docieramy wreszcie do dziwnej granicy z Nigeria. Droga nagle się kończy i trzeba najpierw przedrzeć się brodem przez wodę, a potem jeszcze zapakować motocykl na małą drewnianą łódkę – pirogę. Wcześniej mijamy jednak nieświadomie ukryty posterunek graniczny. Żandarmi udają się w pogoń – szybko nas zatrzymują i żądają wysokiej łapówki. Ostatecznie po długich pertraktacjach płacimy równowartość… 7 złotych. Dodatkowo żandarmi z własnej inicjatywy wymieniają nam kameruńskie franki na nigeryjskie nairy. Dzięki temu – jak twierdzą – będziemy mogli zapłacić kolejną łapówkę, już na granicy nigeryjskiej. Jeszcze kilka kontroli, stempel, sprawdzenie książeczki szczepień – i wreszcie jesteśmy w Nigerii.
Pomagać chcą wszyscy
Nigeria to kraj trzykrotnie większy niż Polska, ale zarazem najbardziej zaludniony w Afryce – około 170 mln mieszkańców. Dlatego ludzie są tu właściwie wszędzie, co – jak się później okaże – uniemożliwi nam rozbijanie się na dziko. Jedziemy bez planu, gdy zapada zmrok zatrzymujemy się w jednym z przypadkowo wybranych przyulicznych hotelików. Ze znalezieniem noclegu nigdy nie ma problemu. Za niezbyt przytulny, prosty pokoik z łazienką (nierzadko witają nas tam jej stali mieszkańcy – karaluchy) płacimy około 30 zł. Nie oczekujemy luksusów, oczywiście wolimy spać w moskitierze na zewnątrz, ale czasem nie ma innego wyjścia. O motocykl nie musimy się martwić, gdyż hotele otoczone są zawsze wysokim murem, a terenu strzeże zazwyczaj nocny stróż.
Nigeria jest krajem dla wytrawnych podróżników, którzy w niczym potrafią zobaczyć coś interesującego. Na całej naszej nigeryjskiej trasie zaledwie w jednym miejscu, w Parku Narodowym Cross River, mogliśmy odpocząć od zgiełku, ludzi, samochodów, od asfaltowych, często ekstremalnie dziurawych dróg i zaszyć się w pięknym lesie tropikalnym. Wielki obszar Delty Nigru należy omijać szerokim łukiem, gdyż jest ekstremalnie zanieczyszczony i zaniedbany ze względu na masowe wydobycie ropy. Łatwo się domyślić, że z paliwem nie ma problemu. W całej Afryce Zachodniej są stacje benzynowe, często francuskiej firmy Total, na której możemy kupić oryginalny olej 20W50. W mniejszych wioskach sprzedają paliwo w szklanych butelkach. Mijamy też wiele uśmiechniętych patroli policyjnych. Ani razu nie próbują wymusić na nas łapówki. Bezdyskusyjnie największą wartością Nigerii (jak i całej Afryki) są jej mieszkańcy, którzy bez względu na wyznanie religijne i status społeczny zawsze są chętni do pomocy, uczynni i – co najważniejsze – pozytywnie nastawieni do podróżnych. Na całej trasie stołujemy się w ulicznych restauracjach, które tu akurat nazywają się „Food is ready“. Afrykańskie specjały to odmiany naszego ziemniaka: kassawa, maniok, gerri, fufu, rzadziej ryż, a do tego fasola lub liście kassawy oraz sos egussi z mięsem i zmielonymi ziarenkami melona.
Popularne jest danie zwane Jollof – ryż z sosem pomidorowym. Mięso w Afryce należy do rzadkości, nie wszystkich na nie stać. Częściej natomiast na talerzach znaleźć można ryby. Jedzenie jest bardzo tanie: danie wraz z wszechobecną Coca-Colą kosztuje około 5 zł. Schłodzoną wodę kupuje się w półlitrowych woreczkach – jest znacznie tańsza od butelkowanej. W Nigerii nie ma monet – najniższym banknotem jest 5 neira, czyli 10 groszy. Ruch na drogach w Nigerii jest znacznie większy niż w innych odwiedzonych przez nas krajach. Korki są jednak niestraszne – nasza honda zwinnie i szybko przeciska się miedzy samochodami.
Dwoje białych na Święcie Voodoo
Benin zaskakuje nas wieloma atrakcjami turystycznymi, a co za tym idzie – sporą liczbą turystów. Tu po raz pierwszy i jedyny w Zachodniej Afryce napotykamy na profesjonalną informację turystyczną. W stolicy Cotonou musimy tydzień czekać na wizę do Ghany. Generalnie do każdego państwa afrykańskiego potrzebna jest wiza, którą wyrobić nie jest łatwo. Utrudnia to i spowalnia podróżowanie oraz nadwyręża nasz budżet.
Przypadkiem dowiadujemy się, że jak co roku 10 stycznia nieopodal w Ouidah odbywa się święto Voodoo. Tego pominąć nie możemy. Wykorzystując wolny czas wsiadamy na hondę i piękną piaszczystą drogą wzdłuż oceanu, wśród wysokich palm jedziemy przyjrzeć się tej tajemniczej ceremonii. Niestety tuż przed osiągnieciem celu łapiemy gumę. I tu ponownie urzeka nas wielka życzliwość Afrykańczyków. Niemal błyskawicznie powiadamiają wulkanizatora, który przyjeżdża do nas, demontuje koło i zabiera je do naprawy. Z godzinnym opóźnieniem docieramy na krwistą ceremonie. Obchody są dla nas czymś bardzo egzotycznym i niesamowitym. Na wielkim placu, przy pomniku niewolników zbiera się mnóstwo odświętnie ubranych ludzi, którzy grają na bębnach i tańczą. Pośrodku stoi kolorowy parasol z wyszytymi kolorowymi symbolami, pod którym umieszczono ołtarz z przeróżnymi mosiężnymi figurkami i świecznikami. Wielki tłum przygląda się entuzjastycznie, jak w ofierze zostaje złożona koza, której świeżą krwią kapłan poświęca cały ołtarz. Celebrowanie trwa cały dzień. Trzech tancerzy przebranych za słomiane wielkie kukły tańczy, kręcąc się wkoło. Po świętych obrzędach gwarny, kolorowy korowód rusza do centrum miasta.
W Beninie rozkoszujemy się pięknymi asfaltowymi drogami. Odwiedzamy 30-tysięczne miasto Ganvie, zbudowane na bambusowych palach pośrodku jeziora. Dotrzeć tam można jedynie za pomocą pirogi. Jednak najczęściej odwiedzanym miejscem w tym kraju jest Park Narodowy Pendjari z dzikimi zwierzętami. Jak do większości parków narodowych motocyklem niestety wjechać tam nie można. Czatujemy więc przy bramie, szukając możliwości podłączenia się do innej grupy, wjeżdżającej samochodem, co udaje się już po kilku godzinach. Oprócz zwierzaków które już widzieliśmy w Czadzie spotykamy słonie. Emocje są ogromne. Przy granicy z Togo spotykamy zachwycające olbrzymie baobaby, wokół których pobudowane są specyficzne dla tego rejonu malutkie tradycyjne gliniane pałacyki zwane Tata Somba. Ich wygląd tak bardzo nas ujmuje, że postanawiamy spędzić tam jedną noc. Przy okazji obserwujemy proces warzenia miejscowego piwa. Trzeba je spożyć w ciągu 24 godzin – jego świeżość jest nieprawdopodobna.
Niebezpieczna Liberia
Togo i wszystkie kolejne kraje na naszej trasie są już do siebie bardzo podobne. Afryka Zachodnia jest piękna, egzotyczna i kolorowa, jednak mało zróżnicowana krajobrazowo. By zobaczyć coś innego i przerwać monotonię trzeba przejechać kilkaset kilometrów. Nic więc dziwnego, że prawie nie ma tu turystów.
Ludzie boją się też chorób, a zwłaszcza malarii. Jesteśmy tego świadomi, a Maciej pod koniec stycznia w Lome, stolicy Togo zaczyna chorować. Objawy przypominają ostrą grypę: wysoka gorączka, dreszcze. W najbliższym szpitalu badanie krwi wykazuje malarię. Maciej zażywa więc specjalne tabletki. Mamy je ze sobą , ale są też dostępne w prawie każdej tutejszej aptece. Organizm walczy w wirusem, gorączka rozpala ciało, ale już po trzech dniach Maciej wraca do zdrowia. Jedziemy dalej. W Ghanie objeżdżamy dookoła jezioro Wolta, jedno z największych sztucznych jezior na świecie. Tutaj dociera piasek z dalekiej Sahary, niesiony przez wiatr zwany Harmattanem. Zachwyceni tym zjawiskiem postanawiamy nadać naszemu motocyklowi nazwę Harmattan. Jak i on pędzi odważnie przed siebie omijając wszystkie przeszkody. Na południu kraju zachwycamy się licznymi poportugalskimi fortyfikacjami, rozsianymi wzdłuż wybrzeża oceanu. Mieszczą się one najczęściej w pięknych, kolorowych rybackich wioskach. Na terenie Wybrzeża Kości Słoniowej zaledwie rok temu toczyły się zacięte walki. Dziś jednak życie toczy się znacznie spokojniej. Oprócz Abiddżanu – zwanego Manhattanem Afryki – ciekawa jest polityczna stolica tego kraju, Yamoussoukro. To niewielka wioska – jak takie miejsce może być stolicą? – ale na wzgórzu stoi widoczna zewsząd bazylika, największy kościół świata. To zatykający dech w piersiach cud architektury.
Bazylika mieści się na 120 hektarach, należących wciąż do Watykanu. Liczby oszałamiają: 7 tys. miejsc siedzących indywidualnie klimatyzowanych, 11 tys. miejsc stojących, ogromne witraże sprowadzone z Francji – wysokie na 28 metrów, o łącznej powierzchni 7200 m2! Świątynia budowana była trzy lata przez 1500 robotników 24 godziny na dobę. Do Liberii wjeżdżamy pokonując super ekstremalną drogę, która ma zaledwie 7 kilometrów, ale przejazd nią zajmuje nam około godziny. Tam też kolejny raz zaliczamy glebę, a nasz 11-konny motocykl ma problemy, aby podjechać pod skaliste, wyboiste wzniesienie. To ziemia niczyja – teren międzygraniczny, który często w Afryce jest w koszmarnym stanie. Jechać się nie da, radzimy więc sobie inaczej. Ania dzielnie pcha Harmattana, a Maciej stojąc z boku dusi na gaz i prowadzi go w górę. Wahamy się, czy wjeżdżać do Liberii. Kraj ten uchodzi za bardzo niebezpieczny i słynie z szkolonych do walki dzieci-żołnierzy. Ostatecznie mimo ostrzeżeń decydujemy się odwiedzić to intrygujące nas miejsce. Już przy przekroczeniu granicy zdziwienie: służby celne po raz pierwszy podczas podróży bardzo dokładnie rewidują nasze bagaże. Wszystko odbywa się jednak w miłej atmosferze.
Po wieloletnich cierpieniach kraj podnosi się z gruzów. W jego stolicy, Monrovii, każdy budynek zabezpieczony jest drutem kolczastym. Liczne pouczające billboardy społecznościowe, ruiny domów, ślady po kulach, wszechobecne wojska ONZ świadczą o napiętej sytuacji. Sami Liberyjczycy witają nas jednak bardzo ciepło, bezinteresownie goszczą też w swoich domach. Nie dowierzają, że przyjechaliśmy tak po prostu, tylko odwiedzić ich kraj. Ich gościnność jest wzruszająca, choć poruszając się wzdłuż granicy z Gwineą trafiamy na częste kontrole. Kraj podlega silnym wpływom USA – firma Firestone posiada tu tysiące hektarów plantacji kauczuku, niezbędnego do produkcji opon. Kraj jest bardzo interesujący: to właśnie w Liberii w 2005 roku Ellen Johnson Sirleaf jako pierwsza kobieta w Afryce została wybrana na przywódcę kraju w wolnych wyborach i rządzi już drugą kadencję. Rok temu została też laureatką Pokojowej Nagrody Nobla. My mamy nadzieję, że kraj, którego nazwa oznacza wolność, którego ziemia miała być nową ojczyzną dla uwolnionych czarnoskórych niewolników pochodzących z USA odzyska na dobre upragniony pokój.
Słońce pali, asfalt paruje
Kolejne kraje na naszej trasie to Sierra Leone, Gwinea, Gwinea-Bissau, Senegal, Gambia, Mauretania, Sahara Zachodnia i Maroko. Nasz tobołek wraz z każdą granicą coraz bardziej zwiększa objętość i ciężar – kolekcjonujemy bowiem pamiątki z naszej Podróży Miodowej.
W Gwinei na wyboistych drogach urywamy bagażnik, a sakwy niemalże wkręcają się w szprychy. W warsztacie ślusarskim Afrykańczycy szybko i fachowo usuwają usterkę, dospawując dodatkowy wzmacniający pręt. Dzięki temu już nigdy nie mamy problemu z bagażem. Wszystkie usługi w Afryce są w porównaniu do cen europejskich nieprzyzwoicie tanie. Załapujemy się jeszcze na początek wielkiego sezonu mango – pysznego, soczystego owocu. Wszystkie owoce tutaj smakują nieporównywalnie lepiej niż te sprzedawane w europejskich marketach. Witamin więc nam nie brakuje. W Gambii – najmniejszym afrykańskim kraju – robi się okropnie gorąco. Słońce pali, asfalt paruje, częściej zatrzymujemy się by zaspokoić pragnienie. Kilka dni – akurat wtedy gdy przypada Wielkanoc – spędzamy w Sankiliba EkoLodge, miejscu turystycznym słynącym z serialu „Korzenie“. Właśnie stąd został przed wiekami porwany główny bohater – Kunta-Kinte. Z kolei w Senegalu spędzamy tydzień nad pięknym oceanem, gdzie spełniają się marzenia Macieja – szalejemy motocyklem po plaży.
Krajobraz zmienia się diametralnie w Mauretanii. Od razu widać że wjechaliśmy do kraju arabskiego. Pierwszy raz żądają od nas opłaty wjazdowej – 10 euro. Tutaj drogi zasypane są lotnym pomarańczowym piaskiem i przecinane często ruchomymi wydmami. Ocieramy się o początek Sahary. Droga w stronę Europy ciągnie się wzdłuż wybrzeża Atlantyku, a silny wiatr wieje nam prosto w twarz. Zwiększa to spalanie i znacznie spowalnia naszą podróż. To w Mauretanii jedyny raz podczas naszej podróży kończy się paliwo. Na szczęście uczynny farmer podarowuje nam niezbędne dwa litry benzyny, które wystarczają by dojechać do stacji. Granica pomiędzy Mauretanią a Saharą Zachodnią (terytorium okupowanym przez Maroko) od dziesięcioleci owiana jest mroczną legendą. Po przejściu odprawy celnej i opuszczeniu Mauretanii do pokonania mamy kilka kilometrów ziemi niczyjej. Krajobraz jest ponury: w oczy kłują porzucone wraki samochodów, kłębiące się góry śmieci unoszone są przez porywisty wiatr, a drobne ziarenka piasku wciskają się w każdy zakamarek. Droga przejazdu nie jest też konkretnie oznaczona, bardzo łatwo więc w tym księżycowym krajobrazie zabłądzić. Wjeżdżając na teren Sahary Zachodniej obsługiwani jesteśmy przez bardzo sumiennych marokańskich urzędników granicznych. Szybko się orientują, że nie mamy ubezpieczenia na Maroko: musimy wykupić obowiązkowe OC za 90 euro.
Droga przez do Agadiru, gdzie mamy się spotkać z przebywającymi akurat na wakacjach rodzicami Macieja, to istny koszmar. Ponad 1500 kilometrów jedziemy centralnie pod lodowaty oceaniczny wiatr, który uniemożliwia wrzucenie piątego biegu. Zakładamy na siebie wszystkie ubrania, a i tak jesteśmy przemarznięci do szpiku kości. Na surowym pustynnym krajobrazie od czasu do czasu pojawiają się dzikie wielbłądy, a z drugiej strony widać spieniony ocean. Trasa jest jednak przeraźliwie monotonna. W Agadirze przekazujemy rodzicom Macieja 30 kg naszego bagażu, co znacznie nam ułatwia dalsze podróżowanie. Maroko to już właściwie Europa. Kraj ten już wcześniej odwiedzaliśmy kilkukrotnie i jesteśmy pod wrażeniem szybkiego rozwoju. Oferta turystyczna Maroka jest bogatsza od wszystkich zwiedzonych przez nas wcześniej państw. To istny raj dal motocyklistów. W Ouarzazate zupełnie niespodziewanie miejscowy rowerzysta jadący pod prąd wyjeżdża nam centralnie pod koła. Dochodzi do niebezpiecznego wypadku. Karetką zostajemy odwiezieni do miejscowego szpitala. Na twarzy Macieja pojawiają się łzy: wszystko wskazuje na to, że w tym miejscu będziemy zmuszeni zakończyć swoja podróż. Najbardziej poszkodowany jest właśnie Maciej, któremu lekarze zakładają na kolanie trzy szwy. Mamy i inne obrażenia: leczenie może potrwać nawet trzy tygodnie. Następnego dnia decydujemy się jednak kontynuować podroż pomimo tego, że obojgu nam doskwiera ból klatki piersiowej i z trudem chodzimy. Jedziemy dalej.
18 maja po przejechaniu dokładnie 22 tysięcy kilometrów i zwiedzeniu 15 państw ze smutkiem i wzruszeniem opuszczamy Afrykę. Płynąc promem do Hiszpanii w myślach przypominamy sobie dziesiątki cudownych dni, jakie spędziliśmy podczas podróży. Pozostałe 4 tysiące kilometrów dzielące nas od Poznania pokonujemy w dwa tygodnie w zimnym wietrze i deszczu, impregnowani marzeniami o powrocie do Afryki. 2 czerwca punktualnie o 20:05 wjeżdżamy pod naszą ulubioną knajpę „W Starym Kinie“, gdzie czekają już nasze rodziny i przyjaciele, by wspólnie się bawić na naszym weselu. Na ulicy przed pubem stoi samotnie nasz wierny przyjaciel Harmattan – Honda CGL 125 – który zasługuje na zloty medal. Na odcinku 26 000 km z Ndjameny do Poznania nigdy nas nie zawiódł.
Podziękowania Dziękujemy wszystkim Polakom i Afrykańczykom, których spotkaliśmy za otwartość, życzliwość, zaufanie i wieczny uśmiech na twarzach. To dzięki nim potwierdziło się nasze przypuszczenie, że Afryka jest pięknym, przyjaznym i bezpiecznym kontynentem. W szczególności wielkie podziękowania należą się polskim misjonarzom, zwłaszcza księdzu Staszkowi z Ndjameny, księdzu Edwardowi z Bailli, księdzu Kubie i księdzu Jarkowi z Bologo, którzy zawsze przyjmowali nas z otwartymi ramionami. Dziękujemy naszym rodzinom i przyjaciołom, którzy cały czas wierzyli w nas i w naszą miodową, szaloną, motocyklową podróż.

Jestem pod wrażeniem tego co dokonali autorzy.. A raczej na czym ;)
Fajne zdjęcia i ciekawa historia.
Świetny pomysł na niezapomniany miesiąc miodowy.
Brawo za odwagę! Pokazaliście, że nawet w tak trudnym logistycznie kawałku świata jakim jest Afryka można na bieżąco skroić znakomitą i bezpieczną wyprawę!
Dzięki za dużo cennych wskazówek i informacji – na pewno nam się przydadzą, bo właśnie sami startujemy na eskapadę bo Afrycę – zaczynamy w Senegalu i kierujemy się na południe kontynentu. Zapraszam do śledzenia relacji LIVE pod adresem: http://zmapaipiwem.pl/category/zachodnia-dzika-afryka/.