W pewien zimowy wieczór, podczas przeglądania opisów różnych wyjazdów Piotr (Bigos) wpadł na fotkę z kilkoma naszymi motonitami na drewnianym mostku nad strumieniem, z monumentalnymi górami w tle. W tym samym momencie gruczoły ślinowe zaczęły pracować intensywniej i przez głowę przebiegła myśl: „A może by cyknąć sobie coś podobnego?”. W ten sposób dwóch zupełnie zielonych motocyklistów, absolutnych leszczy, wybrało się w swoją pierwszą podróż. Podróż do Albanii. 

Tekst i zdjęcia: Rafał „RaF” Przedaszek i Piotr „Bigos” Zabagło

Jadąc swoim nowo kupionym Trampkiem (Honda Transalp – red.) z sobotniego dyżuru w pracy nagle widzę przeciskającą się między samochodami, zapakowaną weekendowo Afri (Honda Afryka Twin – red.). Serce bije mi żwawiej: w końcu napotykam swojaka. Doganiam go na stacji benzynowej. Tak poznajemy się z Bigosem. Latając w wolnych chwilach po okolicy dajemy kiełkować w nas pomysłowi na przejażdżkę, gdzieś kawałek dalej. Ostatecznie decydujemy się właśnie dojechać do mostku w Theth. mostek na Bałkany.

Komercyjne oblicze Tary

Z Żarów ruszamy o 4. rano. Pierwszy nocleg planowany jest na Fruskiej Górze w Serbii. Budapeszt, granica w Szeged z Serbią (jeszcze ze szczegółową kontrolą dokumentów) i by uniknąć kosztów – na Nowy Sad pchamy się lokalnymi drogami. Gdy zaczyna się ściemniać, rozbijamy się w krzakach na zapleczu jakiegoś baru. Dzień był dość ambitny – łącznie z błądzeniem przejechaliśmy 1380 kilometrów.

Droga z północy na południe Serbii przewija się pod kołami powoli. Tego dnia robimy tylko 300 kilometrów, dzień przynosi jednak zauważalną zmianę otoczenia. W Pożega czujemy trochę włoskie klimaty – w zakorkowanym mieście słychać klaksony i czuje się nerwowe reakcje kierowców. Śpimy nad jeziorkiem Zlatarsko – przed snem szybka kąpiel w lodowatej wodzie.

Oko w oko z serbską lokalną społecznością

Chłodny poranek. Po nowej, wijącej się wśród gór drodze E760 jedzie się dość sprawnie. Nad kanionem Tary spotykamy pierwszych Polaków, podróżujących autobusem z rosyjską wycieczką. Narzekają na bałagan i chaos panujący w Tiranie – a Albania to wszak cel naszej podróży. Nie udaje się im jednak nas zniechęcić ani trochę. Z Mojkovac ruszamy na Podgoricę – Albania coraz bliżej!

W Podgoricy czujemy, co to znaczy bałkański upał. Tłukąc się przez zapchane miasto bez żadnych drogowskazów zaczynamy się topić, a wentylatory szaleją. Powoli robi się ciemno. Błądzimy, gdy nagle dostrzegamy tablicę z płyty pilśniowej z niechlujnie nabazgranym farbą napisem „Rudine” – tam właśnie chcemy dziś dojechać. Szeroka na jeden samochód droga pnie się wciąż w górę. Jest koszmarnie ciemno, przeraźliwie wąsko, a wątły asfalt co chwilę przechodzi w szutrówkę. Mamy odczucie, że droga nigdy się nie skończy, a Rudine nie istnieje. Nigdzie nie widać śladów życia, żadnych odgłosów, żadnych świateł – tylko my, ciemność, cisza i droga pod  górę. W oddali zamigoczą czasem nocne światła Podgoricy – jesteśmy 900 metrów ponad miastem.

Początek górskich klimatów - okolice Valijeva w Serbii

Rozbijamy się na płaskim skrawku ziemi zaraz przy drodze. Sprzątać to, co zostało po krowach, gdy z ciemnbości wyłania się miejscowa kobieta, proponując nocleg u niej w ogrodzie. Długo się nie zastanawiamy i zostajemy jeszcze zaproszeni na wspaniałą kolację. Jeszcze przed paroma minutami robiąc remanent wody w bukłakach i menażkach, nawet nie marzyliśmy o takim zakończeniu dnia. Swojski ser, swojski chleb, zupa a’la poljewka, łyk rakiji (chyba robiona jest w każdym gospodarstwie) i śliwki przed momentem zerwane z drzewa – cieszymy się tą chwila szczęścia, naszą przygodą, życzliwością ludzi i naszymi pełnymi żołądkami. Podziwiamy widok z namiotów – rozgwieżdżone tysiącem świecących punktów czarnogórskie niebo, światła odległej Podgoricy, chłoniemy szum orzeźwiającego wiatru, który towarzyszy nam już do samego rana.

 

Iskry za Trampkiem

Ruszamy o 8. rano – wypoczęci, wyspani, pełni wspomnień dnia poprzedniego. Napis HVALA (dziękuję) na piachu – i ruszamy na przejście graniczne z Albanią. Dookoła hałasują miliony cykad, dźwięk jest tu wyjątkowo intensywny. Wbrew naszym obawom przejazd przez granicę idzie gładko.

W drodze na Durmitor

Na najbliższej stacji benzynowej zwiększamy zapas wody do picia. Dopuszczalna prędkość 80 km/h nie jest tylko urzędniczym wymysłem, a wynika z naturalnych ograniczeń stawianych przez jakość drogi. Jest bardzo wąsko, a zakręty zazwyczaj kończą się kolejnymi zakrętami. Odnosimy wrażenie, że jedziemy wciąż na krawędzi ryzyka – gdyby nagle jakiś inny pojazd wyjechał z naprzeciwka, szanse na bezszkodowe wyjście ze spotkania są nikłe. Ruch na szczęście jest jednak znikomy.

Przy każdym manewrze używamy klaksonu, co przy wyprzedzaniu poboczem dymiących ciężarówek jest świetnym patentem. Mijamy kolejne wioski, tonące w górach śmieci. W mieście Koplik – południowy chaos komunikacyjny: setki pieszych, dziesiątki zaprzęgów, osłów i tragarzy, a po bokach – szpaler straganów i gwar handlujących przy drodze. Góry przed nami wyglądają imponująco, a niemiłosierny skwar zmiękczał nas bezlitośnie z każdą sekundą.

Często trzeba używać klaksonu

W stronę Theth prowadzi wąska, nowo wyłożona asfaltówka, wijąca się pośród pagórków. Obserwujemy życie w malutkich gospodarstwach, zajmujących się wypasem owiec. Nagle urywa się asfalt i wpadamy na drogę wysypaną luźnymi kamieniami. Kończyła się jazda, a zaczyna walka o życie z grawitacją, naszymi błędnikami i obuwiem, którego zaczynamy intensywnie używać do podpierania motocykli. Koła oślizgują się wciąż na w luźnych, okrągłych kamieniach.

Prawą stroną, lewą. Wolniej, ostrzej – nic nie pozwala utrzymać w ryzach zapakowanych motocykli. Po kilku kilometrach droga przechodzi w bardziej utwardzoną, ale nadal kamienistą i bardzo wyboistą, a dodatkowo zaczyna się wić jak serpentyna pod  górę. Na nowym, offroadowym odcinku przydaje się tylko jedynka i dwójka, a prędkość nie przekracza 15 km/h. W Trampku dodatkowym problemem jest nisko położona centralka, która wali o rozrzucone na drodze kamienie. Gdyby było ciemno, mógłbym kierować się za RaFem na snop iskier ciągnący się za nim. Po łyku wody i ruszamy dalej. Theth coraz bliżej.

 

Syzyfowa droga

Wspinamy się coraz wyżej, a droga z jednej strony zaczyna być ograniczona ścianą, a z drugiej – urwiskiem. Góry Przeklęte powoli odkrywają przed nami swoje tajemnice. Słońce praży niemiłosiernie i marzymy o jakimś strumieniu. Po bokach tylko wyschnięte koryta. Co jakiś czas zatrzymujemy się, aby polać rozżarzone głowy gorącą wodą z butelek. Pomaga niewiele i tylko na chwilę.

Ta gleba nie była groźna

Ograniczenie drogi z jednej strony urwiskiem a drugiej ścianą, szybko okazuje się krytyczne: podczas spotkania z terenówkami wyskakujące zza zakrętu auto wciska się często między nas a ścianę. Jedno z takich spotkań kończy się wywrotką RaFała, który aby nie spaść kilkaset metrów w dół kładzie Trampka na glebie. Od tej staramy się każdy zakręt pokonywać od strony ściany.

Powoli wyłaniają się drzewa. Ostatni zjazd – i jesteśmy w Theth, celu naszej wyprawy. RaF od razu wskakuje do lodowatego strumienia i przez pięć minut nie mogę go stamtąd wyciągnąć. Kilka zdjęć przy mostku, od którego nasza wyprawa się rozpoczęła – i jedziemy dalej.

Od miejscowych dowiadujemy się, że zaraz za wioską pojawi się lichy asfalt. Ruszamy dalej. Droga wspina się powoli po zboczu porośniętym drzewami. Cień daje trochę ukojenia, ale nawierzchnia składająca się z luźnych kamieni odetchnąć nam nie daje.

Krystalicznie czyste wody Tary

Mamy już serdecznie dość tych kamieni i tej drogi, która nie ma końca! Zakręt, podjazd, zjazd, zakręt a w oddali wioski na odludziu. Wciąż walka z grawitacją, upałem i ogromnym zmęczeniem. Ból głowy staje się czymś normalnym, gdyż dokucza już od paru godzin. Obserwując otoczenie zastanawiamy się jak tu żyć, bo jednak ta dziewicza przyroda i spokój są cudowne. Z drugiej strony, zaczynamy doceniać, to co mamy u siebie w domach.

Przemieszczając się wąskimi szutrami, w przekonaniu, że tutaj dwuśladów już nie napotkamy, nagle trafiamy na powoli przemieszczające się w tym trudnym terenie ciężarówki z drzewem. Na ich burtach, zamiast dźwigu – po 12 mężczyzn bez koszulek, odpowiedzialnych za umieszczenie potężnych drewnianych bali na przyczepie. Prawe koła ciężarówki prawie wystają za drogę, poza krawędź urwiska. Tak pracują twardziele.

Trasa ciągnęła się godzinami

Trasa ciągnie się godzinami, upadek morale wynikający z nowych doświadczeń też staje się zauważalny. Droga nie ma końca, a my jak Syzyf jesteśmy na nią skazani po kres naszych dni.

Nagle Rafi zauważa przed sobą światła motocykli – to chyba charakterystyczne „oczy Afri”? Zatrzymujemy się – na szybkie pytanie „Where are you from?”. Odpowiadamy „From Poland”. „O k…!” – słyszymy w odpowiedzi.

Spotkana ekipa ze Śląska podąża w przeciwną stronę. Krótka rozmowa – i każdy rusza swoją drogą. Świat jest mały a Polacy są wszędzie! Kawałek dalej kończy się wreszcie szutrówka i zaczyna asfalt.

 

Ludzie wskażą drogę

Szkoder wita nas kolejnym chaosem komunikacyjnym. Każdy jedzie w inną stronę, a klaksony słychać zewsząd. Zero znaków, zero kierunkowskazów – od przepadnięcia w otchłani miasta ratują nas miejscowi, którzy wychodzą na środek skrzyżowań i rond pokazując nam, jak jechać. W Albanii i Czarnogórze za drogowskazy służą właśnie ludzie siedzący przy skrzyżowaniach.

Cel naszej podróży - mostek w Theth

Dojeżdżamy do granicy z Czarnogórą, na wysokości Sukobina. Jest spora kolejka, robi się ciemno. Na szczęście granica ma osobny pas dla motocykli – idzie szybko.

Utytłani na maksa gonimy krętymi drogami w stronę Ulcinj, gdzie chcemy poszukać miejsca na nocleg. Dojeżdżamy tam nocą. To miejscowość „kurortowa” – mnóstwo ludzi na ulicach, tętniące życie – my marzymy tylko o przepłukaniu się i spaniu. Rozbijamy namioty przy domu, pod pnączami kiwi – za 7 euro mamy prysznic i wszystko, co nam do szczęścia potrzebne.

Czas wracać do domu. Jedziemy w stronę Kotoru – po pierwszym noclegu na polu kampingowym w tym mieście decydujemy, że czas na jednodniowy odpoczynek. Nie robienie niczego zaczynamy od dryfowania w gęstej od soli wodzie. Dzień mija leniwie – trudno się jednak odnaleźć bez przejechania kilku kilometrów. Ale trafia się za to okazja, aby przeczyścić i dobrze przesmarować to i owo w motocyklach i zrobić lekką przepierkę. Dzień gospodarczy.

Odpoczynek na brzegu

Rano po poprzednim dniu laby czujemy już głód dalszego podróżowania, z pobudką nie ma więc problemu. Jedziemy na północ, mijając i zatrzymując się na parę chwil w pięknym chorwackim Dubrovniku. Nieopodal dalej na północ zaczynamy czuć wilgoć w powietrzu. Coraz cięższe chmury i niepokojące błyski zmierzają nam naprzeciw. Dopada nas pompa, w której nie da się przekroczyć 20 km/h. Woda płynie w krawężnikach, robi się przeprawowo – tyle, że wzdłuż drogi. Na granicy z Bośnią woda sięga za kostki, więc pogranicznicy puszczają nas machnięciem ręki. Zaskakuje nas gradobicie. Nie wiemy jak się zachować, bez ofiar w ludziach i sprzęcie przemy jednak dalej.

Chorwację chcemy tylko przejechać i postanawiamy przemieszczać się na północ drogą nr.1, pomijając płatną autostradę. Mijane w oddali popalone domy z dziurami po kulach wywołują ciarki na plecach. Miasteczko z zawiesistą atmosferą i śladami wojny, gdzie szukamy stacji benzynowej znacznie odbiega od tego, co widać na turystycznym wybrzeżu.

Pożegnanie z Bałkanami

Wciąż pada. Omijamy autostradę w Słowenii, oszczędzając  24 euro. Mamy plan dojechać do Austrii i tam gdzieś się przespać. Pogoda jest deszczowa, a droga kręta i mokra więc przemieszczamy się powoli. W Mariborze na Słowenii spędzamy noc w motelu – za zaoszczędzone na autostradzie 24 euro. Ciekawe dla nas doświadczenie – nocleg w zamkniętym pomieszczeniu zwanym powszechnie pokojem.

Ostatni skok idzie bardzo sprawnie. Walka ze snem na dwóch kółkach, determinacja i z radością wracamy do cywilizacji, przed którą parę dni wcześniej uciekaliśmy.

1 KOMENTARZ

  1. Cześć. To nas spotkaliście przy wylocie z Theth w stronę Sukobina :) Dopiero dzisiaj znalazłam tą relację! SUPER!
    Pozdrawiamy serdecznie!
    Ekipa ze Śląska.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here