Władze Amsterdamu wprowadziły obowiązujące od 8 grudnia ogólne ograniczenie prędkości do 30 km/h, obowiązujące na większości ulic. Skutek był łatwy do przewidzenia – w mieście tworzą się olbrzymie korki, a irytacja kierowców sięga zenitu. Nad podobnym rozwiązaniem pracuje również warszawski ratusz.
Mieszkańcy Amsterdamu byli przygotowywani na tę zmianę od wielu miesięcy. W holenderskim mieście pojawiły się tysiące znaków informujących, że od 8 grudnia generalnym limitem prędkości jest zaledwie 30 km/h. Na niektórych ulicach, pełniących rolę miejskich tras przelotowych, zachowano dotychczasowe ograniczenie do 50 km/h.

Pierwsze dni po wprowadzeniu nowych przepisów wyglądają fatalnie. Miasto dosłownie stanęło, tworzą się duże korki, a kierowcy narzekają, że są wyprzedzani nawet przez rowery – bynajmniej nie elektryczne. Władze Amsterdamu są nieugięte i trzymają się stanowiska, że w ciągu najbliższych dni wszyscy się przyzwyczają i dostosują do nowych warunków. A jeśli nie, w mieście pojawi się więcej fotoradarów. Krótka piłka.
Skąd w ogóle taki pomysł? Oczywiście z chęci zmniejszenia liczby poważnych wypadków drogowych oraz ich ofiar, szczególnie wśród pieszych. Przy uderzeniu przez pojazd jadący z prędkością 50 km/h szanse pieszego na przeżycie wynoszą 50%, przy 30 km/h wzrastają do 90%.
Nad „uspokojeniem” ruchu pracują również władze Warszawy. Stołeczna strefa „Tempo 30” miałaby jednak objąć głównie mniejsze uliczki o znaczeniu lokalnym. Na głównych pozostanie dotychczasowe ograniczenie do 50 km/h. Należy się jednak spodziewać, że ruch samochodowy będzie stopniowo wypychany, przynajmniej z centrum. Kilka dni temu uchwalono powstanie pierwszej Strefy Czystego Transportu, która zacznie obowiązywać w lipcu 2024 roku.
Zdjęcie tytułowe: Krisztian Tabori / Unsplash
