EkstraPrawo drogi – motocyklowa powieść sensacyjna. Odcinek 16: Zagubiona autostrada

Prawo drogi – motocyklowa powieść sensacyjna. Odcinek 16: Zagubiona autostrada

-

Dziwny jest ten świat – tak śpiewał Czesław Niemen. Nie wiem czemu, ale ta cholerna piosenka chodziła mi po głowie z uporem wkręcając się w zwoje mózgu, niczym pieprzone Baby shark (tfu!). Dziwny jest ten świat. Leżałem w jednym pokoju z moim jedynym przyjacielem na tej cholernej planecie, człowiekiem który przyjął za mnie kosę i niemal się wykrwawił, żeby dowieźć nas do szpitala. No, dziwny jakiś ten świat jest, bo ten sam przyjaciel posuwał moją dziewczynę… byłą, obecną… sam nie wiem. Muszę zmienić status związku na Facebooku na “to skomplikowane”. Dziwny jest ten świat…

W poprzednim odcinku:

Prawo drogi – motocyklowa powieść cykliczna. Odcinek 15: Dochodząc do siebie

Pamiętam jak pierwszy raz wyjechaliśmy z Siwym na Mazury, oczywiście motocyklami. Rozbiliśmy namioty na jakiejś dzikiej plaży gdzie ludzie przyjeżdżali kamperami. Rozpaliliśmy ognisko, kupiliśmy browce i nastukaliśmy się zielskiem. Czary mary i w cudowny sposób po zmroku żarły nas komary, a dookoła siedziało stadko wszelkiej maści wczasowiczów, od starszego małżeństwa, przez wędkarzy po wielce przez nas oczekiwane, chętne i ładne dziewoje. Całe szczęście nasi tymczasowi znajomi przynieśli kiełbasę na ognisko, bo z głodu moglibyśmy ich pogryźć.

Pobyt w szpitalu to nie wakacje, to nie urlop ani żadna cholerna sielanka. Na śniadanie dostajesz dwie lub trzy kromki najzwyklejszego chleba, podane z rozklapcianym pomidorem oraz ilością masła i wędliny, które oczywiście nie wystarczają na zrobienie kanapek z otrzymanego pieczywa. Obiady bywają zimne, herbata podawana jest rzadko, jak nie masz rodziny to nikt ci wody nie przyniesie ani nie kupi nic do chrupania. Całe szczęście z naszego duetu ja mogłem chodzić, a prawą rękę miałem całkiem sprawną, dzięki czemu mogłem nieco się odstresować w toalecie myśląc o pewnej młodej lekarce, która odbywała staż na oddziale sąsiadującym z naszym. 

Piątego dnia nie wytrzymałem. Tuż po porannym obchodzie wciągnąłem na dupę niewiadomego pochodzenia dresy, zgarnąłem telefon i powiedziałem Siwemu, że idę zapolować na coś do jedzenia i do picia.

– Weź dla mnie piwo – powiedział całkiem szczerze.
Cholera, sam miałem ochotę na piwo. Już sama myśl sprawiła, że zacząłem się ślinić, lecz byłem absolutnie przekonany, że w żadnym szpitalu nie sprzedają alkoholu. Może mógłbym się włamać do gabinetu jakiegoś profesora? U takich półki zapewne uginają się od wszelkiej maści butelek… tradycja taka.

Wyszedłem na korytarz przyciskając lewą rękę do piersi. W sumie to nie wiedziałem czy powinna być uniesiona, ale opuszczona cisnęła, jakby szarpała więc pomyślałem, że przytrzymam ją w tej pozycji, która akurat mi nie wadzi. Siwy śmiał się ze mnie, że nigdy nie potrafiłem ułożyć palców niczym Spock w wolkańskim pozdrowieniu. Myślę, że na tym etapie nie miałem już z tym problemu, choć byłem przekonany, że “żyj długo i szczęśliwie” nie są życzeniami, które w moim wypadku mają szansę się spełnić.

Przerażają mnie szpitalne korytarze w Polsce. Mówię o państwowych szpitalach. Te należące do prywatnych firm, w których abonamenty wykupują rozsądni ludzie, a pracownicy korporacji dostają w pakiecie socjalnym, wyglądają na ogół schludnie jeżeli nie imponująco. Państwowe szpitale to niestety relikty przeszłości zbudowane przed lub tuż po WWII, albo co gorsza pamiątki poprzedniego ustroju, gdzie wszystko musiało być smutne i kanciaste, wnętrza wykańczano drewnem, a ściany ocieplano azbestem. Linoleum, po którym się ślizgałem śmierdziało pastą, zapach ten mieszał się w powietrzu z wonią środków dezynfekujących oraz sików pacjentów, którym przelał się cewnik. W co drugim pokoju znajdowała się maszyna, która robi ping i zapewne kosztuje miliony złotych monet, choć zapłacił za nią Owsiak, bo przecież nie polski rząd. Zastanawiałem się ile kasy miał Siwy na koncie i ile dobrego mógł z nią zrobić. W końcu był jak Wielka Orkiestra, tyle że pomagał sam sobie. Grosz do grosza zbierał pieniądze na własny użytek.

Po chwili szurania korytarzem dotarłem do windy. Zjechałem do lobby – zatłoczonego, gwarnego, przez które przetaczały się dziesiątki osób. Głównie starszych osób.
Tuż obok szatni, w której siedział przyspawany do krzesła, leciwy ochroniarz o wzroku maniakalnego mordercy znalazłem również kilka sklepików z najpotrzebniejszymi utensyliami, kiosk oraz coś na kształt sklepiku spożywczego. Można było tam znaleźć wszelkiej maści używki cukrowe, rzeczy słone i chrupiące, napoje słodzone, soczki niby bez cukru, a nawet papierosy. To wspaniałe, że w szpitalu sprzedawali papierosy. Dzięki temu wchodząc i wychodząc pacjenci mogli przebijać się przez chmurki śmierdzącego dymu wydalane przez ludzi, którzy zwyczajnie musieli ustawiać się tuż przy wyjściu. Zakupiłem mnóstwo bzdur. Nie chce mi się tego wyliczać, ale było słodkie, słone i gazowane. Piwa nie było, dziwne biorąc pod uwagę te papierosy, ale co ja tam mogę wiedzieć.

Jakoś tak jest, że jak człowiek ma operację, to potem szybko się męczy. Wstałem z łóżka jakieś dziesięć, może piętnaście minut wcześniej, zrobiłem kilkaset kroków i już miałem ochotę usiąść. Zatrzymałem się, złapałem oddech, zamknąłem oczy żeby przestało mi wirować w głowie. Czułem się fatalnie. Nie chodziło o stan zdrowia, ale o te pieprzone klapki naciągnięte na skarpetki, o szary dres i równie bezosobową bluzę. Tylko dzięki opatrunkom na ręce można było odróżnić mnie od pacjentów oddziału psychiatrycznego. Wziąłem głęboki oddech. Spokój, tylko spokój pomoże ci to przetrwać.

– Żuczku!!! – radosny krzyk Twardego odbił się echem w lobby niczym zaklęcie wywołując totalną konsternację każdej żywej osoby w okolicy i jestem przekonany, że nawet kilku martwych. Nastała  cisza, a potem usłyszałem zbliżający się do mnie tupot kilku par ciężkich butów. Radosne AAAA!!! odbiło się echem po korytarzach.

Dopadli mnie.
Klepali po ramionach, ściskali, któryś chyba pocałował mnie w czoło. Byli przy tym głośni i radośni, totalnie niepomni strachliwych, zdziwionych spojrzeń przypadkowych świadków tego najazdu wioski galijskiej na szpital. Ale to nie byli galowie. To tylko Wagabunda MC przyjechali odwiedzić swoich prospectów.
Któryś udał, że trącił mnie w chorą rękę, inny zabrał siatkę z zakupami, żebym się nie wysilał. Jeszcze jeden uchylił poły kurtki, żeby pokazać przemyconą do szpitala butelkę Jacka Danielsa.

Zaczęli wypytywać jak się czuję, jak Siwy, czy mnie ręka nie boli. Pytali oczywiście o pielęgniarki, czy już którąś zaliczyłem. Po części nie uczestniczyłem nawet w konwersacji, ponieważ sami udzielali sobie rubasznych, bardziej ale raczej mniej stosownych odpowiedzi. Kątem oka zauważyłem, że ochrona szpitala patrzy w naszą stronę, ale nikt nie miał śmiałości się zbliżyć. Żaden nie chciał ryzykować kontaktu z bandą ubranych w skóry bikerów w kamizelkach obszytych barwami najprawdziwszego klubu MC.

Twardy nalegał, że chce zobaczyć nasz pokój i pogadać też z Siwym. Nie protestowałem, bo zaczynałem podchwytywać ich radosny klimat, w którym wyczuwałem najprawdziwszą troskę tych przecież na wpół, jeżeli nie całkowicie obcych mi ludzi.
Zaprowadziłem więc ich na oddział. Twardy szedł obok najbardziej trzymając fason. Molos – nasz road captain szedł razem ze mną, kładąc rękę na moim ramieniu. Za nami zaś przetaczało się radosne, roześmiane towarzystwo. Zaczepiali mijane pielęgniarki i lekarki siląc się na szarmancję. Większość udawała, że ich nie widzi i nie słyszy. Jedna czy dwie odwzajemniły uśmiech, co oczywiście wywołało salwy radości.

Kiedy wchodziliśmy na oddział, nikt nie próbował nas zatrzymać. Lekarze rozstępowali się, pacjenci uciekali do swoich pokoi. Dopiero kiedy na naszej drodze stanęła korpulentna pielęgniarka wyglądająca jakby znała ten szpital od momentu postawienia tu pierwszego betonowego bloku, nasz mały, radosny pochód się zatrzymał. Kobieta ta miała jakąś nadprzyrodzoną moc, bo samym spojrzeniem (a może wyglądem) nie tylko zatrzymała nas w miejscu, ale i uciszyła.

– Panowie! – nie krzyknęła, ale jej podniesiony, cokolwiek władczy głos wystarczył by wzbudzić respekt. Wyglądała jak jedna z tych koszmarnych pielęgniarek, które z błyskiem szaleństwa w oku nakładają wielkie rękawiczki szykując się do jakiejś formy inspekcji analnej czy innej lewatywy. – TO jest SZPITAL! Proszę o ciszę, do jasnej cholery!

Chłopaki zachowali się jak grupka uczniów przydybanych przez woźną. Spuścili głowy udając, że ich tam nie ma. Tylko Twardy patrzył na nią hardo, choć i jemu brew drgnęła.
– Umieją czytać? – rzuciła jakby mówiła do idiotów.
– No… – odparł Adaś – najmłodszy z grupy.
– No nie umieją! – stwierdziła pielęgniarka. Grubym paluchem  wskazała tabliczkę, na której wołami widniało wypisane “Wchodzić bez okryć wierzchnich.”

Przyznam, że zastosowali się karnie, choć nie do końca. Zdjęli kurtki, ale z kurtek ściągnęli kamizelki, które narzucili z powrotem na siebie. Twardy zrobił to z powolną emfazą, a kiedy skończył stanął jakby chciał powiedzieć, że na więcej szanowna pani nie może liczyć. Kobieta sapnęła.

– Niech idą… tylko niech będą cicho! Tu ludzie chorują.
Moim zdaniem powinni zdrowieć, ale postanowiłem, że nie będę się kłócił…

Jak można się domyśleć, Siwy już ogarnął że się zbliżaliśmy. Przywołał na twarz najbardziej radosny i szczery uśmiech, przez który zadawałem sobie pytanie czy on tak naprawdę, czy może w istocie lubi tych prymitywów. Bo jeżeli tylko udawał, to mogłem czuć się zagrożony, bo typ najpewniej był jakimś asem wywiadu, mistrzem mistyfikacji.

Zamknięci w naszym pokoiku Wagabundziaki rozsiedli się gdzie tylko dało radę. Zachowywali się trochę niczym gremliny. Jeden bawił się aparatem tlenowym, drugi chciał nalać Siwemu do kroplówki odrobiny Jacka, Ząbek – podstarzały lowelas o krzywym zgryzie chciał otwierać okno, żeby sobie zapalić. Istne szaleństwo, acz wspaniałe remedium na szpitalną nudę. Śmiechom i złośliwym docinkom nie było końca.

Chłopaki przynieśli nam też ciuchy. Czarne spodnie dresowe, koszulki i bluzy z nazwą klubu (choć bez barw), tak żeby było nam raźniej i żeby wszyscy widzieli kim jesteśmy. Przyjąłem je z radością i czym prędzej się przebrałem. Pasowały jak ulał, dawały ciepło i dziwne poczucie bezpieczeństwa, a nawet wyższości.

Po jakiejś godzinie podszedł do mnie Twardy i poprosił na stronę. Nie wiem jak to się stało, ale choć nic nie powiedział, reszta członków klubu odgrodziła nas od Siwego jakimś takim naturalnym murem.
Nagle poczułem, jak przeszywa mnie zimno. Jakiś ogromny ciężar spadł na mnie znienacka, ponieważ w oczach Twardego nie dostrzegłem ani krzty dobrego nastroju czy radości. Prezydent Wagabunda MC był wściekły.

– Narobiłeś nam kłopotów – wycedził przez zęby.
Staliśmy przy oknie, on niby po przyjacielsku obejmował mnie ramieniem, lecz tak naprawdę przyciskał z siłą kafara. Nawet w najlepszej formie miałbym problem, żeby się wyswobodzić.
– Nie powiem – kontynował – , że narobiłeś sobie kłopotów, bo to jakby oczywiste. Sierżant Blood Diamonds jeszcze nie wyszedł ze śpiączki. Przyj#bałeś mu tak mocno, że szczęka wyszła mu z zawiasów, a mózg tak obił się w czaszce, że mogło dojść do jakiegoś uszkodzenia.
– To była zasadzka… – spróbowałem.
– Oczywiście, że była, ale ty zaatakowałeś pierwszy. Nie chcieli z nami walki, chcieli nas ugadać, popisać się trochę tymi kibolami. Pokazać tę, no… supremację. Skończyłoby się na pyskówce, każdy pojechałby w swoją stronę, żeby pomyśleć. Ale nie, ty musiałeś wyskoczyć przed szereg.
– Należało mu się – pożałowałem. Twardy złapał mnie za lewy nadgarstek i ścisnął tak mocno, że z bólu niemal puściły mi zwieracze.
– On nazywa się Thompson. On ma żonę i półroczne dziecko. On jest memberem klubu, jego współzałożycielem, który został przez ciebie czyli przez nas upokorzony. Powiedzieć, że mamy z nimi teraz kosę to za mało. Ty lepiej módl się, żeby z tego wyszedł, bo jak zejdzie lub co grosza zostanie warzywem, to będzie oznaczało prawdziwą vendettę. Pieprzony gniew boży spuszczony na nasze łby. J#bana jesień średniowiecza.

Twardy puścił moją rękę. Miałem wrażenie, że pociemniało mi przed oczami.

– A teraz mnie posłuchaj, gnoju – szepnął mi do ucha. – Oni tu idą po was, po ciebie. Dzisiaj, pewnie w nocy. Nie wiem jak to zrobią, ale któryś tu przejdzie. Nie wiem co zrobią. Przed szpitalem będzie dwóch naszych, przekupimy ochronę, żeby innych dwóch mogło tu z wami nocować na podłodze.

Zaparło mi dech w piersi. Nie wierzyłem, że ci ludzie są zdolni do takich poświęceń. Chodziło o to, że byłem chemikiem, o honor? A może chodziło o to, że byłem ich prospektem, którego z jakiegoś powodu nie byli gotowi rzucić rekinom na pożarcie…

Słowa Twardego towarzyszyły mi jeszcze długo tego dnia. Nawet kiedy chłopaki sobie w końcu poszli. W sali został z nami Adaś i Molos. Nie byli z nami cały czas. Zniknęli podczas wieczornego obchodu, po czym pojawili się śmierdzący chińską smażeniną i papierosami, wyposażeni w śpiwory. Siedzieliśmy do późna rozmawiając o pierdołach, jak na jakimś chorym biwaku. 

Siwy usnął jako pierwszy, ale ja nie mogłem zasnąć. Pod powiekami miałem wypalony obraz padającego na ziemię Thompsona, jego żony z niemowlakiem na ręku, śliniącego się mężczyzny na wózku.

Rano obudziły mnie pierwsze promienie słońca. Zrobiło mi się nieco lżej, bo przecież przeżyliśmy noc. Nasi wspaniali obrońcy chrapali na podłodze przykryci śpiworami.

Obróciłem się na prawy bok, żeby sięgnąć ku szafce nocnej, gdzie miałem telefon. Zwykle sprawdzenie godziny, popatrzenie na facebooka i insta sprawiało, że po chwili mogłem złapać jeszcze chwilę drzemki. Tym razem było inaczej.
Na szafce nocnej leżały dwa telefony komórkowe. Jeden z nich nie był mój, ale go kojarzyłem. Czerwona obudowa, połyskliwy ekran pęknięty w rogu po tym, jak Maja usiadła na nim zapominając wyjąć go z tylnej kieszeni spodni. Zrobiło mi się niedobrze ze strachu.

Wziąłem jej telefon do ręki. Odblokowałem, bo doskonale znałem kod. Ekran blokady przykrywał odtwarzacz video z widocznym trójkątem przycisku play. Kliknąlem.

Obraz trząsł się, ponieważ ktoś nagrywał z ręki. Przypominało mi to nagrania z “Zagubionej autostrady”. Ktokolwiek to był szedł przez mieszkanie Mai, była noc. Przeszedł przez salon, skierował się do sypialni. Kamera ledwo wychwytywała zarysy mebli oświetlanych przez wpadającą przez okna poświatę.
Maja spała na swoim łóżku, owinięta w kołdrę, przytulona do poduszki. Zawsze tak robiła. Było to przyzwyczajenie z dzieciństwa kiedy wtulała się w pluszaki. Kamerzysta zbliżył się do niej, tak bardzo blisko, bym mógł zobaczyć jej policzek, posłuchać oddechu.
Myślałem, że serce wyskoczy mi z piersi. Było mi duszno, chyba się pociłem. Dziwna myśl mi przeszła przez głowę, przecież Maja miała psa – wrednego pinczera, który jazgotał nawet, kiedy ktoś przechodził korytarzem obok drzwi. 

Kamerzysta wycofał się z sypialni, przeszedł przez salon aż do korytarza. Tam specjalnie zapalił światło, żeby pokazać mi co zrobił z psem.

Poczułem niewidzialne dłonie ściskające mnie za gardło. W brzuchu zawiązał się bolesny supeł porażającego otępienia. W co ja nas wpakowałem…

Spodobał Ci się artykuł? Podziel się nim!
Jarek Dobrowolski
Jarek Dobrowolski
Jarek Dobrowolski, miłośnik dwóch kółek, którego nie zatrzymuje nic poza głębokimi śniegami. Autor kilku projektów literackich. Celem jednego z nich jest przekroczenie granicy pomiędzy byciem turystą, a rasowym podróżnikiem i odnalezienie prawdziwego znaczenia tego czym jest przygoda i jak ją rozumiemy. Ciągle poszukujący minimalistycznych rozwiązań przynoszących maksymalne efekty ostrożnie dobiera wyposażenie oraz szlifuje umiejętności. Beznadziejnie zakochany w swoim BMW R1150 GS adventure.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.

POLECAMY

ZOBACZ RÓWNIEŻ