Włączyłem radio, żeby zagłuszyć naszą rozmowę. Z jakiegoś powodu jedyna stacja, jaką dało się odbierać w moim garażu, nadawała właśnie disco polo. Raczyliśmy się więc przaśnym wyrzygiem lokalnej nijakości, a Siwy siedział na stołku w moim garażu i patrzył na mnie z niedowierzaniem. W tych swoich klapkach i krótkich spodenkach, z rozdziawioną gębą i wielkimi oczami wyglądał nieco jakby nagle punkty inteligencji spadły mu do zera. Widziałem to. Widziałem, że szuka argumentów którymi przekona mnie, że oszalałem, ale nie miał ich. Jeszcze bardziej zdębiał, gdy pokazałem mu kamizelki Wagabundów. Dwie nowiutkie, czarne skóry z naszywkami. Z przodu nazwa klubu, z tyłu tylko dolny napis Poland.
W poprzednim odcinku:
Prawo drogi – interaktywna, motocyklowa powieść cykliczna. Odcinek 6: Odwrócony
– Zrobili z nas prospektów? – Siwy wydusił z siebie w końcu.
– Kurna, kogo?
– Prospektów. Zdaje się, że to tacy co są na okresie próbnym. Wiesz, podobno dostanie się w takie struktury nie jest łatwe.
Grzebałem w jednej z kilku plastikowych skrzynek na narzędzia w poszukiwaniu ukrytych tam puszek z piwem. Musiałem się napić. Nie wiedziałem nawet która jest godzina, ale serio miałem to w dupie. Głodny, obity, sponiewierany zarówno fizycznie jak i psychicznie musiałem jakoś odreagować.
– Żesz kur.. – warknąłem uderzając pięścią w ścianę. Ściana okazała się mocniejsza od mojej pięści, lecz ból kłykci idealnie ostudził wybuch gniewu.
– Hej, uspokój się i pomyślmy. Jednego dnia zostałeś zrekrutowany przez gang motocyklowy na chemika i przez CBŚ na… agenta? No pięknie. A myślałem, że to ja mam powodzenie.
Spojrzałem na niego z dezaprobatą. Tak naprawdę nie potrafiłem się gniewać, był jedyną osobą w tej chwili, której mogłem zaufać. Nagle wszystko mi odpuściło, usiadłem na zimnej podłodze, oparłem plecami o półki w garażu i skryłem twarz w dłoniach.
– Poradzimy sobie – mruknął Siwy. – Zawsze sobie jakoś radzimy, co?
Przytaknąłem. Co innego mogłem zrobić?
Wziąłem dzień wolny w pracy i postanowiłem nieco się pozbierać. Tak naprawdę przesiedziałem parę godzin pod prysznicem jak debil nabijając sobie na licznik punkty za zużycie wody. Nie potrafiłem myśleć. Nie zaskakiwało mi na synapsach.
Parę godzin później spotkałem się z Mają. Wyszliśmy na spacer po Sadach Żoliborskich. Był wczesny wieczór, ludzie biegali po alejkach, wyprowadzali psy. Było dziwnie, między nami ma się rozumieć. Tłumaczyłem się z ciszy wymyślając jakieś bzdury, w które ona całkiem słusznie nie potrafiła uwierzyć. Pokłóciliśmy się, poszła w swoją stronę zostawiając mnie samego w parku.
Nie chodziło o to, że podejrzewała mnie o zdradę. Wiedziała, że coś przed nią ukrywam, a od tego blisko już do braku zaufania i wszelkich innych koszmarów, które rozedrgany kobiecy umysł jest w stanie sobie uroić. Nie miałem siły się z tym mierzyć. Może tak było lepiej? Może chwila oddechu pozwoli mi to wszystko jakoś ogarnąć.
Wracając do domu kupiłem sobie butelkę wódki i colę. Uznałem, że urżnięcie się w samotności ma szansę jakoś pomóc. Na filmach to działało. Jeden czy drugi bohater przygnieciony natłokiem spraw i problemów siadał w swoim dusznym pokoiku. Gdzieś w tle grał saksofon, za oknem mrugał neon, a on sączył truciznę ze szklanki. Potem wchodziła piękna kobieta i… a nie, to był jakiś inny film.
W sumie to czułem się trochę jak menel. Szedłem wzdłuż bloku, a w plastikowej torebce majtała mi się połówka czystej i dwa litry coli. Już miałem wchodzić do klatki, kiedy zadzwonił telefon. Spojrzałem na ekran i poczułem, że serce podchodzi mi do gardła. Dzwonił Twardy.
– Halo?
Halo… powiedziałem halo. Byłem bohaterem jakiegoś koszmarnego zbiegu okoliczności, dzwonił do mnie boss motocyklowego gangu popaprańców, a ja odbierałem mówiąc halo. Mogłem powiedzieć “Słucham” albo “Co tam”, “Mów do mnie”, a nawet „Sława” bo może Twardy był turbosłowianinem. Ale nie, ja postanowiłem odebrać jak cienias, którym tak naprawdę byłem.
– Jest temat, robaczku – uśmiechał się. Czułem to w jego głosie. – Bierz kumpla i napinajcie do clubhouse’u. Zrobimy sobie małą wycieczkę, zobaczysz o co chodzi w klubowaniu.
– Zlot motocyklowy w środku tygodnia? – wyrzuciłem z siebie próbując być zabawnym.
– Zobaczysz. Spinajcie poślady.
Rozłączył się. Już zachowywał się, jakbyśmy byli z Siwym na jego cholernej smyczy… nie, na łańcuchu.
Pojechaliśmy na miejsce samochodem Siwego. Magicznym sposobem mój motocykl znalazł się w ASO Yamahy i czekał na oględziny rzeczoznawcy ubezpieczeniowego, który jak nic stwierdzi szkodę całkowitą.
Siwy przewiózł nas od strony Strażackiej. Całkiem dobrze sobie radził w tych okolicach. Na tyle dobrze, że nie musiałem mu tłumaczyć jak dojechać na miejsce. Jedynie nie był w stanie znaleźć tego cholernego zjazdu między krzaki. Industrialny budynek siedziby klubu zrobił na nim nieliche wrażenie.
Wjechaliśmy na parking, na którym stało kilka cruiserów i dwa samochody otoczone przez bikerów. Palili, rozmawiali i śmiali się. Pośród nich był Twardy. Kiedy zobaczył jak podjeżdżamy, podszedł do nas i nachylił się do okna pasażera. Otworzyłem je i spojrzałem w te jego zimne oczy.
– Nie spieszyliście się – syknął niezadowolony.
– Wybacz – odparłem. – Co to za temat?
– Razem z chłopakami jesteśmy zaproszeni do znajomych na imprezę. Wszyscy będą pili, więc potrzebujemy kierowców. Pomyślałem, że może czegoś się nauczycie.
Przełknąłem ślinę i potaknąłem. Twardy odsunął się, pozwalając nam wysiąść. Wygramoliłem się więc z auta i pomachałem patrzącym się na mnie bikerom. Musiałem zrobić coś zabawnego, bo wybuchnęli gromkim śmiechem.
– Lekcja pierwsza – powiedział Twardy uśmiechając się półgębkiem. – Przywitanie.
Wyciągnął do mnie rękę, niczym Arnold w pierwszych minutach “Predatora”. Spojrzałem na niego pytająco.
– Przybij pionę, durniu – syknął.
Wyciągnąłem rękę i odwzajemniłem uścisk, patrząc na resztę Wagabudnów, jak zareagują. Co mnie zdziwiło, Twardy nie puszczał. Spojrzałem na niego, a on zbliżył się do mnie i spojrzał mi prosto w oczy. Nigdy nie zapomnę tego spojrzenia. Przewiercało mnie na wskroś, zupełnie jakby sondował moją duszę.
– Kiedy się z kimś witasz – powiedział spokojnie. – Patrz mu prosto w oczy. To oznaka szacunku i szczerości. Jeżeli ktoś witając się z tobą nie spojrzy ci w oczy, oznacza to że cię nie szanuje. Nie chcesz, żeby ktoś źle odebrał taką nieuprzejmość, prawda?
Potaknąłem.
– A teraz idź i przywitaj się z resztą. Za każdym razem masz witać się tak samo. Nikogo nie pomijać. Jeżeli kogoś pominiesz, może to być odebrane jako…
– Brak szacunku – dokończyłem.
– Zuch chłopak.
Odwróciłem się od niego i ruszyłem w kierunku reszty Wagabundów, kiedy zatrzymał mnie głos Twardego:
– Hej, geniuszu!
Odwróciłem się.
– Załóż kamizelkę. Przy memberach zawsze masz ją nosić. Masz ją nosić zawsze na motocyklu, nigdy nie możesz jej przysłaniać plecakiem czy kurtką. Od teraz to twoja duma i honor. Nie możesz jej stracić. Rozumiesz?
Przytaknąłem. Siwy zdążył już zanurkować do samochodu po nasze kamizelki. Założyliśmy je i poszliśmy przybić pionę i spojrzeć w oczy reszcie naszych klubowych kolegów.
Pojechaliśmy samochodami, które stały pod klubem. Czarne BMW 330 i czerwona Toyota Avensis. Obie fury były wypakowane skórą i testosteronem. Nie wiem jak pasażerowie Siwego, ale moi bawili się w najlepsze i już w trakcie drogi rozpracowywali Jacka Danielsa.
Twardy siedział obok mnie. Nie podał mi adresu, tylko sam zabawił się w żywą nawigację na start dając jedynie wskazówkę, że mam kierować się na Modlin.
– Na miejscu – wyjaśnił. – Masz siedzieć cicho. Patrzysz, obserwujesz. Odzywasz się tylko jak cię zapytają. Nikt ci nie może nic kazać. Zresztą oni mają swoich prospektów od opędzania tematów. Nie siadasz, jeżeli ktoś nie zaprosi cię do stołu. Nie pijesz i nic nie wciągasz. Jeżeli któryś z naszych chłopaków będzie gdzieś szedł sam, ty jesteś jego cieniem, rozumiesz?
– Tak… kim są ci… oni?
– Inny klub. Nasi przyjaciele.
Jechaliśmy właśnie wzdłuż ogrodu zoologicznego, kierując się na Jagiellońską. Uliczne lampy oświetlały już chodniki, a na zewnątrz było coraz mniej ludzi. Czułem się w tym wszystkim odizolowany, zdając sobie sprawę że oto wkraczam do zupełnie innego świata, hermetycznego, ukrytego przed społeczeństwem żyjącym w totalnej nieświadomości, że tacy ludzie żyjący według swoich zasad funkcjonują tuż obok. Przemykają pomiędzy wierszami kodeksów prawa, tworząc własne układy i układziki, plotąc zawiłe intrygi… albo byli zwyczajnymi oszołomami handlującymi chemią. Wkrótce miałem się dowiedzieć.
– Wasi przyjaciele – skonstatowałem. – Nie możecie między nimi swobodnie się poruszać?
– Strzeżonego pan Bóg strzeże. Tradycja taka i dobra praktyka. Pamiętaj, tam gdzie jest wóda dzieją się cuda.
Śmiech Twardego brzmiał jak piła mechaniczna tnąca ludzkie kości. Ten facet miał w oczach coś takiego, co wywoływało we mnie wrażenie, że on troszczy się o mnie. Niby był jak wściekły pies, a z drugiej strony wrodzona charyzma sprawiała, że z każdą chwilą stawał się jakby coraz bardziej… sympatyczny?
Podobał mi się też ten ich luz. W rozmowach między sobą byli radośni, wręcz beztroscy. Jakież to było inne od tego co widziało się na ulicach. Ludzi ze spiętymi pośladami, kijami w tyłkach, pogrążonych w zabawie, której na imię było “przeżyć do pierwszego”.
– Coś jeszcze powinienem wiedzieć?
Twardy pokiwał głową z uznaniem:
– O, widzisz i w tym rzecz. Pytaj, a zostanie ci powiedziane. Nikt nie oczekuje, że jako prospekt będziesz wiedział wszystko. Pewne rzeczy mogą ci ujść na sucho. Może trafisz kogoś, kto będzie chciał podzielić się z tobą wiedzą, ale im bardziej będziesz jej ciekawy, im więcej będziesz pytał, tym więcej będziesz wiedział.
– Nie wyjdę na wścibskiego?
Prezydent Wagabundów prychnął:
– Nie. Bo widzisz, u nas liczy się szczerość.
– Co ma szczerość do moich pytań?
– To, żuczku że jak twoje pytania komuś się nie spodobają, to szybko się o tym dowiesz – uśmiechnął się złowieszczo. – Spokojnie, szybko się nauczysz.
Po niemal godzinie drogi dojechaliśmy do Modlina. Zmrok już zapadł, a my przecinaliśmy uliczki mieściny by zjechać na pokrytą kocimi łbami zapadłą drogę prowadzącą wzdłuż Wisły. W końcu skręciliśmy w dróżkę prowadzącą w dół, by wyjechać na teren starego ośrodka kajakarskiego. Tam zobaczyłem scenę, która od razu skojarzyła mi się z filmem “Od zmierzchu do świtu”.
Tuż przed starym budynkiem z bala stały dziesiątki motocykli. Na ich połyskliwych karoseriach odbijały się czerwone i żółte neony ozdabiające siedzibę zaprzyjaźnionego klubu, który w logo miał smoka. Nieopodal znajdowało się stanowisko z ogromnym grillem obsługiwanym przez trzech prospektów. Bikerzy wszelkiej maści kręcili się w towarzystwie swoich kobiet. Ze środka budynku dochodziła głośna muzyka, a przez okno widziałem szalejące światła dyskotekowe, lasery oraz najprawdopodobniej kształty tancerki wyginającej się na rurze. Ludzi było tam mnóstwo. Śmiali się, pili i dobrze bawili. Wysiedliśmy z samochodów i ruszyliśmy w stronę towarzystwa. Szybko zauważyłem, że pomiędzy imprezowiczami kręcą się śliczne dziewczyny z krzykliwym makijażem i kowbojskimi kapeluszami, do których goście wrzucali pieniądze, zupełnie jak ofiarę na tacę podczas mszy. Dziewczyny za każdym razem dygały, dziękowały ładnie i uśmiechały się pokazując rzędy równiutkich, białych zębów. Spojrzałem na Siwego. Oczy mu się świeciły fascynacją.
– O co tu chodzi? – nachyliłem się do Twardego.
Prezydent klepnął mnie w plecy:
– Impreza charytatywna, żuczku. Chłopaki zbierają na pomoc uchodźcom. Wojna u sąsiada trwa już parę miesięcy, a ludziom trzeba pomagać. Wspólnie będziemy organizować transport najbardziej potrzebnych rzeczy.
Spojrzałem na Twardego. Mówił szczerze. Kurna… zacząłem się obawiać, że chyba go lubię.
Prawo drogi – interaktywna, motocyklowa powieść cykliczna. Odcinek 8: Zawodnik
