Pierwszy motocykl Royal Enfield powstał 120 lat temu, w 1903 roku. Motocykle tego producenta dla wielu, podobnie jak Triumph, stały się ikoną brytyjskiego motocykla. W tym roku miałem niewątpliwą przyjemność jeździć motocyklami tej marki i nie ukrywam, że było to dla mnie olbrzymie zaskoczenie.

Historia
Streszczenie całej, miejscami mocno burzliwej historii, marki Royal Enfield to temat na bardzo obszerny artykuł. Miłośnicy klasycznej, brytyjskiej motoryzacji zapewne ją znają. Pozostałym polecam zgłębić ją samodzielnie. Warto wspomnieć, że już w 1955 firma związała się Indiami i zaczęła produkować tam motocykle. Było to niedługo po tym jak firma zaczęła budować silniki, które teraz są jej wizytówką – rzędowe twiny o pojemności od 500 ccm do 700 ccm. Wtedy też na rynek trafiły ikoniczne modele producenta jak (Super)Meteor a kilka lat później bazujący na nich Interceptor. Chociaż rynek, szczególnie amerykański, przyjął te motocykle bardzo entuzjastycznie to brytyjski producent nie poradził sobie z zaspokojeniem chłonnego rynku. Po wielu zawirowaniach, w 1970 roku, ostatnia brytyjska fabryka w Bradford-on-Avon, została zamknięta. Produkcja w Indiach była kontynuowana i trwa aż do dzisiaj. To naprawdę telegraficzny skrót i miłośnicy marki proszeni są o wybaczenie, że potraktowałem tę historię tak pobieżnie.
Czego się spodziewałem
Nie ukrywam, że do motocykli Royal Enfield podchodziłem sceptycznie. Modele obecne na europejskim rynku traktowałem trochę jak budżetowe produkty Państwa Środka. Na pierwszy rzut oka wydawało się, że poza atrakcyjną ceną, motocykle tego producenta nie mają zbyt wiele do zaoferowania. Dane techniczne nie rzucały na kolana. Osiągi nie pozwalały na dogonienie europejskiej i japońskiej konkurencji. Wielką niewiadomą była dla mnie też jakość wykonania.

Czego się nie spodziewałem
Pierwszy kontakt był pierwszym zaskoczeniem. Mimo ceny nie były to motocykle wykonane tandetnie i tanio. Szukałem niechlujnie położonego lakieru, spawów sugerujących, że rama powstała w garażu i najtańszych podzespołów. A tymczasem znalazłem hamulce BYBRE (budżetowa linia Brembo), zawieszenia Showa czy ledowe reflektory. Co ważniejsze, widać jak kolejne modele są ulepszane. Przy czym nie są to ulepszenia widoczne jedynie na papierze. Lepsze zawieszenia. Nowoczesne rozwiązania jak wspomniane reflektory w technologii LED czy obecna na pokładzie nawigacja.
Czego papier nie powie
Dane techniczne to coś co uwielbiamy. Tabelki pozwalają porównać moc silnika, osiągi, wagę motocykla. Suche dane techniczne to jednak nie wszystko, bo mówią bardzo niewiele o charakterze motocykla. A to trzeba motocyklom Royal Enfield oddać – mają swój własny charakter. Himalayan na papierze wygląda słabo. A jednak w czasie jazdy da nam do zrozumienia, że gotowy jest nas zawieźć na koniec świata. Owszem, w swoim własnym tempie, ale też w swoim własnym niepowtarzalnym stylu. Interceptor nie rzuci nas na kolana osiągami, ale ten miejski chuligan da masę frajdy i zabierze nas w nostalgiczną podróż do czasów rock’n’rolla. Super Meteor nie będzie najwygodniejszym z motocykli jakich dosiądziecie, ale na pewno jednym z bardziej stylowych. Przy czym wspólną cechą każdego z tych motocykli jest fakt, że nie da się ich pomylić z maszynami innych producentów. To co na papierze jest wadą, na drodze okazuje się zaletą.
Royal Enfield Continental GT-R 650 Café Racer – gratka dla fanów klasyki | Motovoyager
Własna nisza
Na pewno motocykle Royal Enfield nie są dla każdego. Nie do wszystkich przemawia nostalgia doposażona we wtrysk paliwa. Ci którzy oczekują najwyższych osiągów, najnowszej technologii czy absolutnie najnowocześniejszych rozwiązań się zawiodą. Royal Enfield nie udaje czegoś czym nie jest. Nie znajdziesz tu silnika, który kilka lat wcześniej siedział w ramie japońskiej czy europejskiej konkurencji. Royal Enfield nie musi udawać. Bo i po co, skoro swój charakter budował przez 120 lat?

Od roku posiadam model Classic 350. Świetny motocykl!!!