Masz motocykl, lubisz go, przyzwyczaiłeś się do niego. Nie ma już przed tobą tajemnic. Być może jego zakup był sporym wyzwaniem dwa, trzy, pięć lat temu. Minęło już trochę czasu, a w poprzednim sezonie jeździłeś nim jednak bardzo mało. Zastanawiasz się nad tym, czy jest sens go trzymać? Może go sprzedać? A może zrobić coś zupełnie nieoczekiwanego?

Autor: Adam K.

Robisz sobie rachunek sumienia zastanawiając się, dlaczego nie jeździsz tyle co kiedyś. Może dlatego, że masz teraz wygodniejsze auto, może dlatego, że masz zwyczajnie mniej czasu, a może dlatego, że traktujesz motocykl mocno utylitarnie? Przewozi cię po prostu z punktu A do B, nie budzi przy tym przesadnych emocji, a teraz wybrałeś inny środek lokomocji na co dzień. Może powód jest inny, a może wszystkiego po trochu. Kiełkuje w twojej głowie więc myśl – A może sprzedać motocykl?

No bo po co mi on, skoro w zeszłym roku przejechałem raptem 1000 km? Po co mi motocykl, skoro niebawem zmieni się moja sytuacja rodzinna i czasu na jazdę może być jeszcze mniej? Co z bezpieczeństwem na dłuższą metę? Może warto sprzedać motocykl póki jest świeży, dwuletni, na gwarancji?

Pod koniec kwietnia, od tych myśli, wszystko się u mnie zaczęło. Moja dobra znajoma, motoryzacyjny freak, która uwielbia wszystko co ma silnik, ale i w swoim niepowtarzalnym stylu, wrzuciła post na znanym portalu. Zaczęła się zastanawiać czy do swoich czterokołowych zabawek nie dołożyć motocykla. Wiem, że moja czarna, matowa, stylowa Honda CB500F wpadła jej w oko już jakiś czas temu. Wiem też, że w jej rękach motocykl nabierze swojego własnego, niepowtarzalnego charakteru i na pewno nudy nie zazna. Może niezobowiązująco zagadam, zobaczymy co z tego wyniknie. A może lepiej nie pytać? No bo lubię tę Hondę, mam ją dopiero 2 lata, jest ekonomiczna i w zasadzie sprawdza się świetnie. Poza tym jej zakup to było naprawdę spore wyzwanie. O dziwo dużo łatwiej było podjąć decyzję o kupnie pierwszego motocykla w 2012 roku. Pamiętam jak dziś, gdy mój instruktor jazdy wprowadził mnie do swojego garażu i powiedział – To jest Honda NTV.
To wystarczyło…

Kategorię A zdobyłem w czasach, kiedy można było tego dokonać na niewielkiej Yamasze YBR 250. Jednak pierwszym poważniejszym motocyklem, do którego się przysiadłem, była właśnie Honda NTV mojego instruktora jazdy. Zachwalał motocykl, ponieważ był dobrze dostosowany do niewielkiego wzrostu kierowcy, bezawaryjny i praktycznie bezobsługowy (napęd wałem!). Szybko znalazłem forum miłośników tych sprzętów (rok 2020 i ono nadal działa…). Wpadła mi w oko bardzo zadbana sztuka z rocznika ’97, po lifcie, jednak zlokalizowana ponad 600 km od Gdańska, w którym mieszkam. Jakiś problem? Skąd! Kilka dni po odebraniu prawka już byłem w pociągu. Michał, właściciel motocykla, to świetny gość, do dzisiaj utrzymujemy ze sobą kontakt. Kilka dni temu opowiadał mi o swoich doświadczeniach z TDM 900, VFR, Tracer 900 czy V-Strom 1000. Przez ostatnie lata wracał jednak wielokrotnie do NTV. Motocykl, którego wtedy był właścicielem, a którego wiek już zbliżał się do pełnoletności, był w stanie perfekcyjnym. Sprzedawany egzemplarz miał przewody hamulcowe w stalowym oplocie, nieco wyższą kierownicę i dodatkowo 3 kufry.

Do końca życia towarzyszyć mi będzie wspomnienie pierwszej podróży przez Polskę, trwającej kilkanaście godzin, gdy wybierałem raczej mniej uczęszczane drogi (prawko przecież miałem dopiero od kilku dni). Godzina piąta rano i ruszam w półmroku, jadąc między polami czuję zapach rosy, po chwili wjazd między lasy iglaste i w nozdrza uderza świerk. Żadne auto tego nie da. Po drodze trochę deszczu, schnięcie podczas jazdy, ekscytacja, zmęczenia brak, a raczej brak jego odczuwania.

Przez to ostatnie, nieodczuwalne zmęczenie, ten dzień to również wspomnienie pierwszej wywrotki. Zmęczony całym dniem jazdy, będąc już w Gdańsku, ruszałem na skrzyżowaniu pod lekką górkę. Skręcona kierownica, trochę żwiru, tylne koło nieco uciekło. Zdążyłem podeprzeć się na nodze i motocykl delikatnie położyłem na lewym boku. Zeskok, trochę adrenaliny i motocykl już stał. Dzięki tej sytuacji do dzisiaj pamiętam o nazwanej przeze mnie zasadzie ostatniej mili. Zauważyłem, że często gdy koniec danej czynności jest blisko, skupienie ustępuje, sił brakuje, wtedy dochodzi do niefortunnych zdarzeń. Na szczęście takie sytuacje już się nie powtórzyły.

Przez kilka lat Honda NTV dawała mi mnóstwo radości podczas podróży po Polsce. Dość spora masa, która ułatwiała stabilną jazdę i wystarczające około 60 KM mocy z ładnie mruczącej V-ki. Wszystko jak należy, prawda? Prawie. Przekonałem się po pewnym czasie, że jazda z przepisową prędkością na motocyklu bywa niebezpieczna. Kilkukrotnie w dłuższych trasach kierowcy aut stawiali mnie w sytuacjach podbramkowych jeżdżąc nieprzepisowo, a zasadniczym problemem była za wysoka prędkość samochodów. Miałem wybór, albo jeździć szybciej uciekając, jak robi znakomita większość motocyklistów, albo…  uciec całkowicie. Wtedy wybrałem drugą opcję. Skłoniło mnie to do tego, by zrezygnować zupełnie. Sprzedałem Hondę. Kupiłem auto. Jednak żyjąc w mieście, stojąc codziennie w korkach, frustracja narastała… po dłuższym czasie stania w korkach naszła mnie myśl:

Chcę motocykl, chcę motocykl do miasta!

Wypadłem trochę z obiegu, nie wiedziałem co jest na rynku. Szukałem czegoś w mniejszych pojemnościach, od 125, w końcu ma to być sprzęt do miasta. Filtry w wyszukiwarkach ustawione… a to co?! Co to jest ten MSX?! Czemu wcześniej go nie widziałem? Zaświeciły mi się oczy tak, jak redaktorowi Motovoyagera na widok wykresu z hamowni dla HD LiveWire, hehe. Sam nie przypuszczałem, że po kilku latach rozbratu z motocyklizmem i sprzedaniu nieodżałowanej NTVki, pójdę w taką zabawkę. Nie jestem wysoki, to był podstawowy argument. Co może być dla niektórych zaskakujące, decyzję o ostatecznym zakupie pomogła mi podjąć rodzina, wspierając mój pomysł. Podejrzewam, że to z powodu tego, jakim motocyklem jest Honda MSX 125, znana na niektórych rynkach jako Honda Grom. Przecież to troszkę jak rower! Jej zakup wówczas był spełnieniem marzenia o małym, miejskim, bezproblemowym motocyklu. Chociaż może bardziej było to marzenie z dzieciństwa o motorynce, której nigdy nie miałem.

Motorynka Romet Pony M 1, 2, 3 i 301 – niedoścignione marzenie dzieciństwa [FELIETON]

Znalazłem piękny egzemplarz w okolicach Łodzi, przebieg niewielki, ale jak bogato wyposażony! Oryginalny wydech Akrapovic, tylne zawieszenie Ohlins, poprzedni właściciel, Piotr, naprawdę zainwestował.

Pojechałem po niego, w kwietniu 2018, tym razem autokarem rejsowym. Powrót z Łodzi do Gdańska na motocyklu na 14 calowych kołach, kolejne niezapomniane chwile. Szkoda tylko że maks licznikowy oscylował w okolicach 100 km/h. Na miasto jednak sprzęcik okazał się bajeczny. Zdarzyło mi się nawet, że stojąc w korku spowodowanym jakąś kolizją, policjant z oddali wyłowił mnie i wyraźnie przywołał machając ręką. Wskazał przy tym, że mam ominąć korek chodnikiem. Uśmiech od ucha do ucha jak przejeżdżałem obok niego po chodniku, widok bezcenny. Ten mały wariat był genialny w tym, do czego został stworzony. Bezawaryjna Honda, spalanie nigdy nie przekroczyło 3 litrów na sto, będąc raczej w zakresie 2,2 do 2,5 litra… czysta radość.

Niestety. Nie minęło wiele czasu, miesiąc, może dwa, zachciało się wyjeżdżać dalej i zaczęły się ujawniać oczywiste ograniczenia. Mała masa, mała średnica kół, prędkość maksymalna w granicach 95 km/h nie pozwalała zupełnie bezpiecznie i bezproblemowo robić wypadów za miasto. Miałem go raptem dwa miesiące i to wystarczyło, by znana każdemu motocykliście zasada i mnie dotknęła:

Szybko poczujesz, że ci mało

Skłoniło mnie to do poszukiwań. Wiedziałem jedno, że szukam nakeda. Zależało mi na miejskiej zwinności, wypadach za miasto od czasu do czasu, ale prędkości przekraczające 150 km/h nie były tym, co mnie interesowało. Znam trochę siebie i wiem, że naturalny kaganiec w postaci wiatru na klacie to przydatny element. W międzyczasie poznałem trochę środowisko trójmiejskich motocyklistów, które do tamtej chwili było gdzieś obok. Jeden z nowo poznanych znajomych sprzedawał swojego KTM Duke 390. Jeden cylinder, zwarta budowa, sprzęt idealny do miasta i na dalsze wypady. To czym się wyróżniał to akcesoryjny wydech IXIL, dwururka, bez jednego z dB killerów.. ale to dawało!

By go kupić musiałbym jednak szybko sprzedać MSX’a, a to nie było łatwe w przypadku tego dość specyficznego motocykla. Biłem się z myślami, niemal zdecydowałem się by mieć oba przez jakiś czas, ostatecznie jednak spasowałem… ku wielkiemu zdziwieniu właściciela, ku mojemu trochę też.

Odłożyłem myśli zamiany, jednak nie na długo. Wakacje roku 2018, weekend. Luźny dzień, więc wziąłem swoją Hondę MSX 125 na przejażdżkę. Jadę typową trasą wylotową z Gdańska, poranek, zwyczajowo zwalniam w pobliżu salonu Hondy rzucić okiem na wystawkę. Zauważyłem spore zgrupowanie osób, więc dałem po heblach i zjeżdżam. Ale mi się trafiło! Letnia akcja portalu motocyklowego, będą oblatywać nowe Hondy. Sympatyczny wielkolud podchodzi do mnie i od razu rzuca pytaniami o MSX’a. Czekaj, czekaj, wezmę telefon, nagramy mały wywiad… szybko kręci jakiś filmik telefonem na temat mojego maleństwa, mega spontan [Tak właśnie poznałem Brzozę, za którego zgodą dzielę się z wami tutaj swoimi perypetiami.] Pada propozycja, trasa kaszubska, objazd motocyklami testowymi. Długo nie myśląc pytam czy jest jakiś wolny sprzęt. Pokazują mi motocykl, kapitalnie wygląda ta okrągła lampa, trochę retro, do tego unowocześniona sylwetka. Są też moje ulubione czerwone akcenty, przysiadam się, jakiś taki zgrabny, lekki. Dokładnie to czego szukam. Tak się przywitała ze mną Honda CB300R Neo Sports Cafe.

To był świetny wypad. Z CB300R zaprzyjaźniłem się od razu, z jak nieco większym bratem MSX’a. Po drodze mała zamiana, przeskok na NC750 z automatem, żeby chociaż zobaczyć jak to jest. Tylko utwierdziłem się w przekonaniu, że turystyki nie dla mnie. Zjeżdżamy do bazy, na koniec kilka ciepłych słów od Brzozy, zdziwił się jak pomykałem niewielkim CB300R i wcale nie zamykałem przy tym stawki. W mojej głowie decyzja już zapadła – To będzie moje kolejne moto!

Nie, nie stałem się posiadaczem CB300R. Skoro jednak to CB300R miało być moje, jak to się stało, że ostatecznie wybrałem Hondę CB500F? Pierwsza sprawa, to kwestia sprzedaży MSX’a. By stać się posiadaczem nowej, salonowej Hondy, trzeba było trochę gimnastyki. Dodatkowo pojawiło się trochę argumentów niekoniecznie rzeczowych, bardziej emocjonalnych, żeby wziąć pięćsetkę. Kupno nowego, a nie używanego motocykla, dobra oferta cenowa na większą pojemność, bo przecież szybko poczujesz, że ci mało. Wizualnie jednak hondowski styl Neo Sports przemawiał do mnie bardziej… Jak ja żałowałem, że nie wypuścili wtedy wersji 500 lub 650 (która to pojawiła się dosłownie kilka miesięcy później…) Interesowałem się wtedy również nowinką w postaci Benelli Leoncino (uwielbiam klasyczne okrągłe lampy, do czego jeszcze wrócę), ale ostatecznie kierowałem się też argumentem, że jednak Honda to Honda i w przypadku konieczności odsprzedaży owszem stracę, ale może nie tak dużo. Decyzja zakupowa w końcu zapadła, okupiona wieloma godzinami analiz, trochę też na siłę naginaniem rzeczywistości, co później odbijało mi się czkawką. Niemniej to CB500F przekonała mnie na tyle, by to wszystko wziąć na klatę. W pełni wystarczające dla mnie osiągi, bardzo ekonomiczne spalanie, no i genialna kolorystyka egzemplarza z roku produkcyjnego 2017.

Wygląd dla mnie całkiem ok, co do brzemienia mówiłem sobie, że zainwestuję w fajnie brzmiącą końcówkę, czego ostatecznie nie zrobiłem. Ale w końcu jest. W końcu motocykl dla mnie docelowy. Na miasto świetny, w trasy na kilkaset kilometrów również bardzo wygodny. Dorzuciłem do niego gmole, dorzuciłem kufer centralny, by w mieście nie musieć wszędzie chodzić z kaskiem w ręku.

W pierwszym zakupowym sezonie zrobiłem na nim około 6000 kilometrów. Pierwszy tysiąc poleciał szybko, docieranie dbając o różne zakresy obrotów i nie kręcenie do odcinki. Dalej miasto i trasy pobliskie, było naprawdę przyjemnie. Zdarzyło mi się nawet pojechać z pasażerem w kilkudziesięciokilometrową trasę, źle nie było, ale jednak niecałe 50 KM w pełni komfortu nie dawało. Zakończyłem sezon 2018 z myślą:

Honda CB500F zostanie ze mną na zawsze

W sezonie 2019 dużo zmian w życiu prywatnym, motocykl służył tylko jako praktyczny środek lokomocji w mieście, przewieźć z punktu A do B, jak najszybciej. Na początku sierpnia posypało się auto. Nie spowodowało to jednak przesiadki na motocykl. Trzeba było na szybko kupić auto przed zaplanowanym wyjazdem wakacyjnym. Tak zyskałem bardzo komfortowy i ekonomiczny środek transportu na wszelkie dalsze wypady. Odtąd wyjazdy powyżej 60 km wygodniejsze były autem, szczególnie, że najczęściej nie jeździłem sam. Motocykl odstawiłem pod kocyk z końcem listopada. W grudniu kolejne zmiany w życiu prywatnym zaskoczyły. Zacząłem się zastanawiać nad sensem trzymania motocykla. W marcu tego roku, gdy miałem już wyciągnąć motocykl na miasto, pojawił się temat… pandemii. Wszystko nie tak. Wyglądało więc na to, że Honda nie zostanie ze mną na zawsze…

I tu dochodzimy do początku, do początku tej historii, do początku kwietnia. Moja droga do CB500F była dość długa, przez co decyzja o sprzedaży motocykla, nie była wcale łatwa. Szczególnie, gdy na horyzoncie nie ma wizji niczego w zamian, tylko przerwa od motocyklizmu. No właśnie: czy po sprzedaży motocykla z rozsądku, nieunikniona jest przerwa?

Dałem znać, że chcę sprzedać motocykl. Minęło kilka dni i słyszę od najbliższych jaki to fajny motocykl, że przecież lubię motocykle i jak to tak bez motocykla… no dajcie spokój! Dobiłem targu, motocykl poszedł w dobre ręce (do ww. koleżanki). Klamka zapadła, ma być przerwa! Tak, jasne. Świat nie znosi próżni. Wiem na pewno, że nie chcę nudnego motocykla. Chcę motocykl, który nie tylko jeździ, ale i cieszy oko. Motocykl, który będzie ponadczasowy, który zostanie ze mną na zawsze. Czy w ogóle są takie nowe motocykle? Może coś starszego? Może jednak dam sobie spokój? Sezon w pełni, zaczęły się intensywne poszukiwania…

Przyp. red.: Adam to świetny chłopak, który motocykle traktuje troszkę inaczej, niż większość z nas. Nie szafuje pasją, nie wywyższa się, jest normalnym gościem, który po prostu jeździ motocyklem, spokojnie i rozważnie. Jesteśmy teraz z Adamem na łączach, bo jest na kupnie (uwielbiam ten wiejski zwrot) nowego motocykla. Jego pragmatyzm mnie mega zaskakuje, bo nie jest osobą, która napala się na byle co, a rozkłada na czynniki pierwsze wszystkie za i przeciw. Szukamy dla niego jakiegoś świeżego neoklasyka, a jego uwagę przykuły brytyjskie modele – bo przecież Triumph to Triumph! Jeżeli jesteście ciekawi dalszych perypetii naszego pragmatycznego Adama – to obiecał mi, że z chęcią dopisze ciąg dalszy swoich moto-przygód, jak tylko wyjaji się ostatecznie zakup sprzęta. A może wy chcecie wpłynąć na to, czym będzie jeździł Adam? Zaproponujcie jakieś moto w komentarzach? Max kilkuletnie, o ponadczasowym wyglądzie, bezawaryjnej opinii, takie, które stojąc w garażu będzie cieszyć oko, a jego linia nie zestarzeje się zbyt szybko – w końcu ma zostać z Adamem na zawsze! – Brzoza

10 KOMENTARZE

    • Mam nadzieję, że wymarzony sprzęt jest bliżej niż dalej :) cieszę się, że pisany debiut się spodobał, biorę się w takim razie za ciąg dalszy!

  1. A przed zakupem MSX Adam oglądał u mnie moją NTVkę :) Jeśli czytasz Adamie komentarze i interesuje Cię triumph to mam w garażu Bonnevilla, możesz się odezwać i wpaść się przymierzyć :)

  2. Bardzo sympatyczny tekst. Trochę jak bym patrzył w lustro… Mialem podobny dylemat na początku tego sezonu. Mój GSR 750 stał się po prostu środkiem lokomocji, nie budził juz tego uśmiechu gdy z daleka widziałem go na parkingu. Może to motocykl mi się znudził a może to już znieczulica po powrocie na 2 koła po kilkuletniej przerwie, czar prysł, motocykl to już norma… takie myśli kłębiły mi się w głowie. Padła decyzja, tak być nie może, to ma być frajda, radość, banan od ucha do ucha… tylko jak? Proste, GSR sprzedał się w mgnieniu oka, nawet bym się nie spodziewal, trochę smutno. Ale nie ma tego złego, szukamy. Nie, nie głową, tylko i wyłącznie pikawą. Mam się zakochać i koniec ;) Wiele salonów, osób prywatnych i nic. Nic mnie nie rusza. I wtedy sobie przypomniałem, był kiedyś taki jeden… ale pewnie drogi ale ale ale… Nie ma ale, pojade i zobacze. Salon Kawy, jazda testowa, po może pierwszych 200metrach już wiem, coś w środku ruszyło, ten wygląd, to prowadzenie ufff już mi się micha cieszy :D wracam, a macie może coś używanego? A ten tu… ok… dajcie mi kilka dni ale jest mój. I nic że pali ze dwa razy tyle co moje auto, nic że musiałem się srogo napocić i ponaginać czasoprzestrzeń… Jest… to ten… Sam w to jeszcze nie wierze, stoi tu, Z1000R, piękny, wszystko wróciło, czuje się jak na pierwszym komarku, nic się nie zmienia, auto całe już w pajęczynach a ja tylko szukam byle pretekstu żeby gdziekolwiek pojechać. Ja spełniłem swoje marzenie, Adam, życzę Ci tego samego, powodzenia

    • Ładnie napisane :) co za historia :)
      tym razem przy moim wyborze też będzie jeszcze więcej serca.. trzeba jednak uważać, bo gdy szukasz okazji to są tacy, którzy by chętnie to Twoje serce skonsumowali.. jak łatwo można dać się wyrolować.. było blisko, ale napiszę o tym może w kolejnej części :)

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.