Piękna pogoda, ciepło, promienie słońca odbijają się od lśniącego baku mojej mocnej maszyny. Przede mną kręta droga, za mną wszystkie codzienne problemy, które z każdym kilometrem nawiniętym na koła mojego motocykla zostawiam coraz dalej za sobą… To scenariusz jak z bajki, kwintesencja motocyklizmu, tylko że… nie zawsze jest tak kolorowo.

No właśnie, czasem są dni, albo chwile, kiedy wcale nie cieszę się z tego, że na co dzień jeżdżę motocyklem, nie jestem dumny z tego, że jestem motocyklistą. Oto 5 tego przykładów:

Smutne zbieranie się z asfaltu

Doświadczenie w jeździe motocyklem bardzo pomaga. Świadomość tego, co się dookoła dzieje, umiejętność przewidywania manewrów innych kierowców, wiedza nabyta przez lata jazdy na jednośladzie. Dzięki rutynie zapominamy o niebezpieczeństwie naszego hobby, na zagrożenia reagujemy instynktownie, często zanim w ogóle się pojawią. Czasem nie zdążymy się nawet zdenerwować, poziom adrenaliny podskoczyć, a serce mocniej zabić, a dawno już jesteśmy w bezpiecznej odległości od jadącego zygzakiem niedzielnego kierowcy auta, głębokiej jak dziura budżetowa wyrwy w asfalcie czy rozległej plamy oleju. No właśnie, ale nie zawsze. Czasem wystarczy się trochę za bardzo rozluźnić, przestać skupiać się na tym co robimy i możemy zostać zaskoczeni niespodziewaną sytuacją. Zdecydowanie jednej z rzeczy, której w motocyklizmie najbardziej nie lubię, to podnoszenie swojego jednośladu z asfaltu.

“To złodziej! I motocyklista, bo każdy motocyklista to złodziej…”

Nigdy w życiu nic nie ukradłem. Staram się żyć tak, by nie krzywdzić innych – czasem złośliwość słowna mi się zdarzy, ale to głównie w żartach, za co przepraszam wszystkich moich znajomych. Ogólnie można na mnie polegać, długi oddaję, dłużników nie ganiam, z chęcią każdemu pomogę, jeżeli tylko potrafię. Co z tego, gdy pracownik stacji każe mi schodzić z motocykla, zdejmować kask i kominiarkę, abym mógł zatankować swój pojazd? Rozumiem różnego rodzaju procedury, ale jeżeli nie każą kierowcom aut zdejmować czapek, kapturów i okularów przeciwsłonecznych z nosa, to jakim prawem każą ściągać mi z głowy kask. Tylko dlatego, że jestem motocyklistą, to jestem potencjalnym złodziejem? Założę się, że więcej kradzieży, np. przy użyciu lewych blach, odbywa się samochodami, a nie motocyklami. Z resztą ile bym paliwa mógł ukraść? 18 litrów? Kiedyś podjechałem nowiutką Hondą CB600F Hornet, kupioną za ciężko zapracowane i długo zbierane pieniądze, na pierwsze w życiu jej tankowanie i… dowiedziałem się, że jestem potencjalnym złodziejem, bo pracownik stacji nie włączy mojego dystrybutora dopóki nie zejdę z maszyny i nie zdejmę kasku. Wtedy poczułem się źle jako motocyklista i choć minęło już 9 lat, to nadal na tamtej stacji nie tankuję. Dla zasady.

Jesteś motocyklistą? Znaczy to, że jesteś głupim dawcą…

Ogólnie bardzo lubię poznawać nowych ludzi i nie sprawia mi to żadnego problemu. Czasem jednak zdarza się, że spotykam się z durnymi docinkami, szczególnie od osób będących pod wpływem alkoholu, które potrafią szydzić w dość niewybredny sposób z miłości do motocykli. Żadne argumenty nie działają na niektórych osobników, a niewybredne komentarze mają tylko jeden wydźwięk – jesteś głupim dawcą, który ryzykuje życie swoje i innych użytkowników drogi oraz nie szanuje zdrowia psychicznego swojej rodziny, która przecież na pewno odchodzi od zmysłów, że stanie się z tobą najgorsze. W takich chwilach mam ochotę zapomnieć o sztuce savoir-vivre i takiemu delikwentowi po prostu… no wiecie co.

Czarne owce są w każdej rodzinie

Mówi się, że wszyscy motocykliści to jedna wielka rodzina. Może to i prawda, bo przecież w każdej rodzinie trafia się jakaś czarna owca – jak w mojej wujek Andrzej. Rodzina motocyklistów jest rozległa i w jej skład wchodzą, oprócz rozsądnych, miłych i normalnych ludzi, także całe rzesze bezmózgów, którzy jeżdżąc na motocyklach robią całej reszcie zły piar (patrz punkt wyżej). To oni, często młodzi, niepokorni, głupi i nieśmiertelni – pędząc na złamanie karku, rzeczywiście ten kark łamią, wzbogacając policyjne statystyki. Część z nich, nie mając zupełnie co robić, nie potrafiąc czytać książek, pójść do kina, czy nawet na siłownię, zakładają kompletny kombinezon motocyklowy w domu i tańczą w nim pod internetową kamerkę do jakiegoś mainstreamowego przeboju w nadziei, że to właśnie ich występ osiągnie status virala w sieci.

Inni, którym wydaje się, że potrafią pisać, tworzą motocyklowe memy, mądrości XXI wieku, w których wypisują tak żenujące rzeczy, że mam ochotę podciąć sobie żyły długopisem, albo myszką komputerową, która jest w zasięgu moich dłoni. Gdy ktoś spoza motocyklowego środowiska podeśle mi takiego mema, film do roztańczonych motocyklistów lub link do wypadku, w którym jakiś małolat bez prawa jazdy wbił się w dostawczaka przy prędkości 180 km/h w terenie zabudowanym, wtedy mam ochotę sam siebie wykląć z tej motocyklowej rodziny.

Złośliwa aura

Miało być tak pięknie. Wyjazd ten planowaliście od miesięcy, a może nawet od lat. W końcu nie wszyscy co roku na kołach jadą do Hiszpanii, Włoch czy Chorwacji. Wszystko zapakowane, motocykl przygotowany, sprawy dopięte na ostatni guzik, oprócz jednej rzeczy – pogody. Bo kto zakłada, że w środku lata będzie 13 stopni i zapowiedzi rozległego frontu atmosferycznego rozciągającego się na ¾ Europy. Możecie mówić, że jestem miękki, że trzeba być twardym, że nie ma złej pogody, tylko słabe ciuchy, ale perspektywa jazdy obładowanym motocyklem non stop w deszczu przez 2 dni jest męcząca dla psychiki twojej i twojej pasażerki. Odbyłem takie podróże czterokrotnie, gdzie przez większości drogi lało jak z cebeera… Raz też nie tylko podczas jazdy w miejsce docelowe, ale także podczas powrotu (z Hiszpanii) lało przez całe Niemcy i całą Francję. Wodoszczelność goretexu i pajacyków vel kondomików to jeden wielki mit. Wtedy właśnie byłem zły na to, że jestem motocyklistą…

Mimo wszystko motocykle dają mi tak wiele, że wszystkie opisane wyżej rozkminki i dylematy znikają, gdy… przede mną jest kręta droga, za mną wszystkie codzienne problemy, które z każdym kilometrem nawiniętym na koła mojego motocykla zostawiam coraz dalej za sobą…

4 KOMENTARZE

  1. Artykuł naprawdę fajny i dużo w nim prawdy, jednakże zwrócę uwagę na temat “tańczących” motocyklistów. Nie do końca rozumiem co jest w tym złego? Niejednokrotnie sam cieszę się z jazdy motocyklem że sam chętnie zatańczyłbym na środku drogi (czego oczywiście nie robię), a to że ktoś tak robi w domu w kombinezonie? Co w tym złego, nikomu tym krzywdy nie robi ani nie niszczy również motocyklistom wizerunku.
    Pozdrawiam

    • Bo dla każdego motocykle są czym innym… Ja zostałem wychowany w kulcie motocyklisty twardziela, i nijak emo-tańce mi do tego nie pasują. A szczególnie szopki w domu, w pełnym kombi pod sztuczny rozgłos ala viral, a nie zachowanie podyktowane emocjami. To moje prywatne przemyślenia, którymi się dzielę z czytelnikiem i nie zamierzam nikogo namawiać do piętnowania kogoś za taniec czy inne wygłupy. Mi to nie pasuje tak samo jak pędzenie po mieście 180 km/h, a niektórzy właśnie z tym mogą kojarzyć motocykle. Szanuję zdanie innych i tych, którzy się ze mną nie zgadzają. Po to jest dyskusja :) :) Dzięki za komentarz – Pozdro – Brzoza

  2. O nie. Czyli jak zatańczę to nie jestem prawdziwa motocyklistką. Ufff. Dobrze, że nie zdążyłam się załapać na viral, bo bym musiała moje obydwa motocykle sprzedać z całym osprzętem. A uśmiechać się można? Czy twardość kijka w d.pie też nie pozwala? Nie wiem bo ja chyba w innej motocyklowej szkole życia zostałam wychowana. Mniej napiętej.
    Pozdrawiam i więcej luzu życzę. I LWG 🙂

  3. Zgadzam się w 💯 %, prosto w sedno.
    Dodała bym tylko pkt w którym słyszę “przecież jesteś matką, jaki przykład dajesz dzieciom?”. Wtf motocyklistka powinna być bezpłodna, lub matka bez nogi by problemu nie było 😉

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.