Ukraina? Przecież tam wojna! Rosjanie zajęli Krym zaledwie rok temu. Znajomi pukają się w głowy i odradzają niebezpieczny rejon ale mnie coś gna na wschód.

Tekst: Marek Zarzycki, zdjęcia: Marek Zarzycki, Tomasz Wanowicz

Razem z moim przyjacielem Tomkiem “Wanią” wsiadamy na motory i po 22 latach znów razem ruszamy w trasę. Nasz plan to powtórka przygody sprzed lat, kiedy to na Jawach 350 TS wyruszyliśmy z Wałbrzycha nad Bałtyk. Wtedy była to dla nas wielka wyprawa, dziś motory mamy trochę lepsze, więc i trasa nieco dłuższa. Na szczęście zapał pozostał ten sam.

Chcemy odwiedzić Kresy Wschodnie, skąd pochodzą moi rodzice, i miejsce jednej z największych katastrof XX wieku – Czarnobyl.

Pierwsze spotkanie

Ukraina Zarzycki(21)Przez emocje w nocy prawie nie śpię, a pobudka o 6.00. Setny raz sprawdzam bagaż i w końcu wyruszam z Wrocławia. Pogodę mam piękną, banan na twarzy, a mój Dragstar sunie jak po sznurku. W Krakowie spotykam się z Wanią, krótko omawiamy szczegóły wyprawy, zjadamy domowy obiad i jazda. Początkowo w planach mamy nocleg w okolicach Przemyśla, ale szybko to weryfikujemy. Jedzie się tak przyjemnie, że te parę kilometrów od granicy do Lwowa nie sprawia różnicy.

Na granicy w Korczowej jesteśmy około 15.00. Przeciskamy się pomiędzy sznurami samochodów oczekujących na przekroczenie granicy i dojeżdżamy do miejsca odprawy. Tutaj spotykamy się z miłymi gestami ze strony celników zarówno polskich jak i ukraińskich – przepuszczają nas szybko, a Polak daje nam jeszcze rady związane z jazdą po ukraińskich drogach. Sugeruje aby przygotować drobne dolary na łapówki dla milicji. Radzi też w Odessie nie afiszować się z polskimi emblematami na motorach aby nie kusić rosyjskich mieszkańców, u których ostatnio wzrastają nastroje antypolskie.

Już pierwsze kilometry na Ukrainie wywołują u mnie uśmiech – samochody, które mijamy na samym początku to Wołga i Kamaz, czyli mała powtórka z historii motoryzacji.

Ukraina Zarzycki(22)Po dwóch godzinach dojeżdżamy do Lwowa, gdzie mamy zamiar spać w hostelu. Jazda po Lwowie to niezłe wyzwanie. Panuje duży ruch, brukowane drogi poprzecinane są torami tramwajowymi, a wystające studzienki na przemian z głębokimi wyrwami dają niezłego kopa. Dzięki adrenalinie w jednej chwili zapominam, że mam za sobą już ponad 600 km. Na szczęście dzięki nawigacji nie błądzimy i po parunastu minutach jesteśmy na miejscu.

Zakwaterowanie odbywa się błyskawicznie, nie licząc wnoszenia na trzecie piętro całego bagażu, i około 20.00 wyruszmy na lwowski rynek zjeść kolację. Zwiedzać będziemy, kiedy przyjedziemy tutaj w drodze powrotnej.

Spotykamy wiele grup młodych Polaków, którzy przyjechali hucznie świętować wieczory kawalerskie i panieńskie. Lwów to miasto, które żyje – niezliczona ilość restauracji, masa młodzieży, a zewsząd słychać śmiech. Swoim klimatem zabawy rynek Lwowa przypomina mi nasz wrocławski rynek, tylko tutaj jest dużo taniej.

2 KOMENTARZE

  1. …świetna wyprawa i super relacja,- gratuluje polotu i odwagi, zazdroszczę odwiedzonych miejsc. Nie wiedziałem że w Polsce można załatwić zwiedzanie Czarnobyla, szczerze mówiąc nigdy nie myślałem o tym miejscu w kategoriach wypadu motocyklowego, teraz nie będzie mi to dawać spokoju. Raz jeszcze wielki szacun,- zarówno od motocyklisty jak i również praktycznie rzecz biorąc wrocławiaka :) … .

  2. “Prawie w tym samym czasie podjeżdża samochód i jego kierowca pokazując mapę pyta o drogę. Tirowiec w mgnieniu oka coś mu tłumaczy i samochód z piskiem opon odjeżdża w przeciwnym kierunku. Tirowiec podnosi portfel pełen pieniędzy, który to niby gubią panowie z samochodu i proponuje nam, że znalezioną kasą podzielimy się we trzech.”

    Przekręt polega na tym, że samochód wraca i koleś zaczyna “szukać” swojego portfela w którym były rzekomo $ lub €. Ten miejscowy się wypiera, a szukający zażądałby od Was pokazania, że w swoich portfelach nie macie obcej waluty. Jak to się kończy nie wiem, bo ja z kumplami też daliśmy długą, nie czekając na rozwój sytuacji… Można się tylko domyślać, że pokazane portfele szybko zmieniłyby właściciela…

    A co do EKUZ, to na to nie ma co liczyć nawet na Słowacji :-) W każdym kraju UE jest inny katalog bezpłatnych świadczeń zdrowotnych (z reguły dużo skromniejszy niż u nas) i można się mocno zdziwić, jak np. za ratunek helikopterem w słowackich Tatrach przychodzi potem rachunek na kilka tysięcy zł… Jadąc gdziekolwiek za granicę Polski warto wykupić pełne ubezpieczenie Kosztów Leczenia, tym bardziej, że to z reguły kosztuje kilka zł za dzień…

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.