Bardziej Bałkany
Rano robimy szybki serwis motocykli i toczymy się z prędkością już zupełnie nieautostradową w kierunku granicy chorwackiej. Dolina Drawy prezentuje się okazale, a słoweńskie i chorwackie przygraniczne wioski wyglądają schludnie i dość zamożnie – widać tu wpływ bliskiej Austrii. Nie chcemy korzystać z autostrady do Zagrzebia, więc posuwamy się drogą przez Koprivnicę i Viroviticę wyprzedzając traktory i co jakiś czas ustępując Niemcom w BMW wartych co najmniej dziesięcioletnią pensję miejscowego Chorwata.
Im dalej na południowy wschód, tym bardziej okolica przypomina już raczej Bałkany niż Austrię. Jest też coraz goręcej, co przy spacerowych prędkościach daje się we znaki. Wysoka szyba mojej Beemki jest dobrodziejstwem na autostradzie, ale tutaj skutecznie chroni przed jakimkolwiek chłodzeniem. Otwieram więc wszystkie otwory wentylacyjne i co chwila wstaję na podnóżkach, żeby przy średniej prędkości około 70-80 km/h złapać choć trochę wiatru.
Miejscowi jednak jadą względnie przepisowo, więc i my się nie wychylamy. Lokalnymi drogami dobijamy do serbskiej granicy w Batinie. Jestem pełen obaw wobec serbskich pograniczników, przypominając sobie zeszłoroczną niemiłą przygodę na granicy z Ukrainą (4 godziny kontroli, a na koniec komenda „nazad”). Moje obawy okazują się na szczęście przesadzone, bo odprawa wjazdowa, a później też wyjazdowa trwa nie więcej niż 3 minuty.
Wymieniwszy kilka dinarów w pierwszej napotkanej miejscowości, ruszamy w stronę Suboticy. Droga jest przyzwoita, ruch niewielki, mijamy więc połacie pól i kolejne miejscowości wyraźnie już uboższe i bardziej zapadłe niż chorwackie. Sama Subotica przypomina nieco prowincjonalne miasteczko na polskiej ścianie wschodniej. Za miejscowością o zachęcającej nazwie Palić odbijamy na autostradę w stronę węgierskiego Segedynu, na której chyba dla żartów ktoś postawił ograniczenie do 120km/h, bo jest tak połatana, że setka to wszystko, co udaje się bezpiecznie wyciągnąć.
Mijając bez problemu serbskie rogatki, przychodzi nam w pełnym słońcu czekać ponad godzinę przed granicą węgierską, na której celnicy pilnie przetrzepują (i co ciekawe, nie bez rezultatów) przejeżdżających Niemców. Za to widząc polskie paszporty, celniczka wita nas uśmiechem, koślawym „dzień dobry”, po czym daruje nam nawet otwieranie kufrów. Wykończeni dojeżdżamy do Segedynu i zaczynamy szukać noclegu.
W Suzuki na poważnie zaczyna wariować sprzęgło, prawdopodobnie od przegrzania i przeciążenia, więc nie szukamy dłużej, tylko nocujemy w pierwszym hostelu. Płacimy bandycką cenę, za to na śniadanie możemy najeść się do woli miejscowego salami, z którego nie bez powodu Segedyn słynie.
Na kolejny dzień nie mamy konkretnych planów, więc po porannym serwisie motocykli (mały „Gees” wypił już 2 litry oleju, za to sprzęgło względnie doszło do siebie) obieramy azymut na dom. Znów monotonną autostradą objeżdżamy Budapeszt i Miszkolc, potem zatrzymujemy się w małym miasteczku, gdzie w przepastne kufry BMW pakuję palinkę i flaszkę Tokaju, po czym wjeżdżamy na Słowację.
Mamy w planach nocować w tym rejonie, ale jest wcześnie, a w okolicy nie ma niczego ciekawego. Jedziemy więc do Polski. Za granicą w Barwinku posilamy się na stacji benzynowej. Pada pytanie, czy szukamy noclegu. Jak to, już? Jedziemy dalej. Przejeżdżamy kawałek jednej z moich ulubionych polskich tras – Domaradz-Dynów-Przemyśl. W końcu docieramy do naszej rodziny (naszej, bo jesteśmy braćmi) na Roztoczu. Po krótkim wódko… to znaczy wędkowaniu nad jeziorem, padamy na łóżka. Mamy za sobą ponad 750 km i 12 godzin w siodłach.
Piątego dnia pańskiego w relaksacyjnej atmosferze przejeżdżamy ostatnie kilkadziesiąt kilometrów do Lublina. Jak to, już koniec? Niby tylko kilka dni, a w domu trudno znaleźć sobie miejsce. W pięć dni przejechaliśmy około 2400 km przez 6 państw. Czy to dużo? Pewnie niejeden wyjadacz w tym czasie dojechałby co najmniej do Turcji. Czy dużo widzieliśmy? Przecież nie o spacerowanie po zamkach i kościołach chodzi w motocyklowych wyprawach. Pewne jest, że długi weekend został wykorzystany na 120%. Jak zwykle zaraz po powrocie zaczyna się planowanie kolejnego wypadu. Myślę, że bliższe zapoznanie się z Bałkanami w przyszłym sezonie będzie nieuniknione.
