Niemcy to kraj pomijany przez polskich turystów. Wbrew wielu stereotypom podróż do naszych zachodnich sąsiadów może być jednak świetnym pomysłem na ciekawe spędzenie tygodnia w siodle motocykla. Wybraliśmy się tam Yamahą XJR 1300 i Aprilią Caponord ETV 1000.
Tekst: Artur Biedroń; zdjęcia: Jarosław Socha i Artur Biedroń
Postanowiłem zatem zaplanować nasz wyjazd samodzielnie i jak to mam w zwyczaju – drobiazgowo. Założyliśmy, że w ciągu tygodnia postaramy się zwiedzić wszystkie stereotypowe miejsca Niemiec „z widokówek”. Na mapie naszego szlaku znalazły się zatem północne wybrzeże, Lubeka, Kassel, Frankfurt, Karlsruhe, Stuttgart, Czarny Las i Jezioro Bodeńskie.
Z pomocą w organizacji podróży przyszła mi filia Niemieckiej Izby Turystyki w Polsce. Napisałem e-maila z prośbą o podanie listy noclegów i atrakcji turystycznych. Podałem też kilka miast, które znalazły się na planowanej przez nas trasie.
Ku mojemu wielkiemu zdziwieniu, w ciągu tygodnia otrzymałem dwie koperty wypchane mapkami, ulotkami, przewodnikami po okolicach, które wymieniłem w wiadomości. Oczywiście wszystko za darmo. Z taką pomocą dokładne planowanie stało się dziecinnie proste.
Pomimo początkowo wielu chętnych, zbliżający się czas wyjazdu zredukował liczbę uczestników do dwóch motocykli. Sprawdzona w motocyklowych wojażach dwuosobowa ekipa w postaci Jarka Sochy na Aprilii Caponord ETV 1000 i mojej osoby na Yamasze XJR 1300 ruszyła na zachód pewnego czerwcowego poranka.
Born
Pierwszy dzień podróży przez Polskę jest słoneczny, ciepły i suchy. Dzięki temu docieramy do Myśliborza w wyśmienitych humorach. Kolejny dzień zarzuca na niebo ciemny dywan, z którego cały czas siąpi zimna mżawka.
Chmury wiszą tak nisko, że wirniki setek niemieckich wiatraków znajdują się w chmurach, a ich łopaty machają do nas wynurzając się co chwila z zamglonego nieba. Drogą E 251 kierujemy się na wyspę Rugen. Po drodze w miejscowości Ducherov znajduje się muzeum motocykli. Nie zwiedzamy go jednak, gdyż jest czynne od 14.00 do 16.00 a my docieramy tam około 11.00.
Z powodu deszczu i zimna za mostem na wyspę Rugen nie mamy już sił na dalszą jazdę (ostra infekcja wymusiła na mnie jazdę na antybiotyku). Zawracamy i jedziemy wprost do miejsca naszego noclegu. Jakieś fatum – myślę sobie, pamiętając, że ten sam odcinek rozłożył mnie dwa lata wcześniej, gdy jechałem na Bornholm.
Po dyskusji z Jarkiem decydujemy się zostać w Born dzień dłużej, podczas którego miałem wrócić do sił. Tego dania Jarek samotnie zwiedza okolice Born, gdzie większość domów, nawet tych nowych, kryta jest strzechą. Następnie jedzie na Rugen odwiedzając po drodze zamek w Lietzow z 1982 roku, będący kopią zamku z Liechtensteinu.
Hitem dnia są kredowe klify znajdujące się w okolicy znanego portu w Sassnitz. Najwyższe kredowe urwisko nosi nazwę Stubbenkammer. Klify są tak wielkie, że nie widać ludzi spacerujących pod nimi po plaży. 30 kilometrów na północ od tego miejsca znajduje się północny przylądek Niemiec, zwany Kap Arkona. Ponieważ leży na terenie parku narodowego, można do niego dojechać jedynie autobusem – taką turystyczną ciuchcią. Sam przylądek to nic szczególnego, natomiast znajdują się tam ciekawe fortyfikacje wychodzące głęboko w morze.
Jarek wraca do Born dostarczając medykamenty. Po drodze podziwia jeszcze bagienne uroki półwyspu Darss, gdzie nocujemy korzystając z gościnności schroniska młodzieżowego w sieci DJH (26 euro za osobę z wyżywieniem).
Gonimy plan
Kolejnego dnia decyduję się jechać dalej. Ponieważ spędziliśmy na Darss o jeden dzień za długo, musimy dogonić nasz plan i związane z nim rezerwacje noclegów. W Niemczech – nic prostszego. Pakujemy się na autobahn i po pięciu godzinach, jadąc przez Rostock, Hamburg, Hannover i Hildesheim docieramy do Goslar. Dzięki sieci niemieckich autostrad w ciągu kilku godzin łatwo zmienić otoczenie, klimat i krajobraz w którym się przebywało. Na spanie zatrzymujemy się w Goslar.
Goslar
Miasto jest kolebką kopalnictwa metali szlachetnych w Europie. Założone w XII wieku było onegdaj siedzibą władz tego regionu. Piękny rynek stanowią przede wszystkim bogato zdobione kamienice stawiane tutaj kilkaset lat temu przez bogatych właścicieli kopalń miedzi. W centrum placu rynkowego znajduje się fontanna, której kamienna podstawa liczy sobie 800 lat. Położony obok hotel Kaiserworth, zdobiony figurami lokalnych rządców, przyjmuje gości nieprzerwanie od 200 lat.
W mieście naprawdę czuć średniowieczną atmosferę, którą dopełniają domy pokryte w całości drewnianą łuską. W każdym z miast i miasteczek które mijamy można kupić i smakować lokalne piwa. Są ich dosłownie setki – jeśli nie tysiące – rodzajów.
Goslar to także urocze, pagórkowate okolice, które są zapowiedzią emocjonujących winkli i agrafek. Niemiecki asfalt trzyma jak żywa guma. Jadąc bocznymi drogami w kierunku Kassel mijamy miasteczka w całości zbudowane z pruskiego muru. Dobitnym przykładem jest Duderstadt, gdzie wszystkie ściany w starej części miasta są białe, poprzecinane ciemnymi belkami z drewna.
Samo Kassel jest znane m.in. z wystawy sztuki nowoczesnej zwanej Dokumenta Kassel, jak również z wielkiego posągu Herkulesa, któremu spod stóp tryskają kaskady wody. Niestety jest już za późno na zwiedzanie wystawy, a sam Herkules jest w remoncie.
Ciche, schludne i wyglądające na wyludnione centrum Kassel wygląda nieco sennie. Na owalnym Konigsplatz można podziwiać rząd fontann, które sikają wodą na chodnik, a ich strumienie są dodatkowo podświetlane.
Pomimo chłodnego poranka ruszamy z Kassel w kierunku Borken. Skoro te regiony słyną z wydobywana rud metali od lat, musi się tu zatem znajdować muzeum przemysłu wydobywczego. I takie właśnie mieści się w Borken: możemy podziwiać wielkie koparki, taśmociągi, wagony, lokomotywy, spirale i inne cuda techniki związane z pobliskimi odkrywkami i elektrowniami. Dzięki inżynierskiej specjalizacji Jarka wszystkie te generatory, moce, taśmociągi i jeziora chłodzące nie stanowią dla nas tajemnicy. Na dodatek muzeum zwiedzamy za darmo, wchodząc boczną bramką (muzeum oficjalnie jest czynne dopiero od 14.00). Wprawdzie na terenie ekspozycji trwają właśnie prace remontowe, lecz wszyscy życzliwie nas pozdrawiają.
Symbioza kultur
Jadąc przez centralne Niemcy unikamy za wszelką cenę autostrad. W ten sposób docieramy do Oberula. Później idzie już zgodnie z planem: Schlitz, Lauterbach, Gedeon i Schotten. Odcinek ze Schlitz do Lauterbach z czystym sercem polecam każdemu.
Po drodze kolejne miasteczka pełne „pruskiego muru” i urocze wioski, położone na lekkich pagórkach lub ich zboczach. W centralnej części każdej wioski jest kościół i okazały ratusz. Poza nimi wyraźnie widoczna szkoła i mnóstwo domków z czystymi podwórkami. Jedno bije nas po oczach: wszystkie bez wyjątku domki mają identyczny kolor dachów i elewacji. Jeżeli pierwszy jest domek czerwony z brązowymi dachówkami, to każdy z pozostałych w wiosce wygląda w ten właśnie sposób. Jeśli np. mury są białe, a dachy czarne – to ani jeden domek nie ma dachu czerwonego. Dopiero później w Polsce dowiem się, że taki jednorodny styl zabudowy narzucony jest przez niemieckie prawo budowlane.
Niedogodności upalnego popołudnia znosimy dzielnie pchani przed siebie nadzieją na zwiedzenie muzeum konstruktora i entuzjasty motocykli, Friedla Muncha. Już na przedmieściach miasteczka Laubach napotykamy na drogowskazy kierujące do muzeum. Jakież jest nasze rozczarowanie, gdy drzwi zastajemy zamknięte. Obok mieszkają spadkobiercy legendy ojca i dziada. Pomimo pukania, dzwonienia i dobijania się do ich domostw nikt nam nie otwiera.
Z Laubach do Karlsruhe mkniemy oczywiście czteropasmową autostradą. Leżące na pograniczu francuskiej Alzacji i słynnego niemieckiego regionu Baden-Baden miasto Karlsruhe stanowi zlepek kultur i obyczajów. Bary z kebabem żyją w symbiozie z chińskimi restauracyjkami. Ulice są pełne Azjatów, Hindusów i czarnoskórych mieszkańców tego miasta. Wizerunku kolorowego tygla dopełnia fakt, że Karlsruhe jest miastem studenckim. Przed akademikami odbywają się wesołe imprezy, a kluby taneczne wypełnione są po brzegi kołyszącymi się w rytm muzyki żakami.
Architektura Karlsruhe jest specyficzna – cała zabudowa znajduje się na planie okręgu. Poprzeczne ulice stanowią promienie tej figury, dzięki czemu z każdego zakątka starego miasta widać zamek cesarski, wzniesiony przez słynną rodzinę Baden. Nocleg po raz kolejny zapewnia nam schronisko DJH. Płacimy 121 euro za dwa noclegi ze śniadaniem dla dwóch osób.
Tu się urodził motocykl
Okolice Badenii – Wittenbergii nasycone są obiektami ważnymi w historii motoryzacji. Znane są również od wieków jako uzdrowisko, mające zbawienny wpływ na przybywających do tego regionu kuracjuszy.
Postanawiamy na początek zajrzeć do muzeum Mercedesa, a później wstąpić do Baden-Baden i udać się w kierunku kolejnych muzeów, związanych przede wszystkim z jednośladami.
Docieramy do kolebki motoryzacji w Bad Cannstatt, które obecnie stanowi dzielnicę Stuttgartu. Tu właśnie w swoim przydomowym garażu w 1885 r. Gottlieb Daimler dokonał pierwszego uruchomienia silnika spalinowego. Od tego wszystko się zaczęło. To właśnie z Bad Cannstatt do odległego o kilka kilometrów Unterturkheim syn Gottlieba Daimlera odbył pierwszą przejażdżkę pojazdem spalinowym, stając się tym samym pierwszym na świecie motocyklistą.
Oczywiście najważniejszą ekspozycją jest pierwszy na świecie motocykl, zbudowany przez Daimlera. Pomimo sławy tego eksponatu, pozostała część muzeum, jego jakość, ilość informacji, sposób ich przekazywania i osiem pięter wiedzy o ludziach i ich maszynach pochłania nas bez reszty.
Na koniec przychodzi specjalnie dla nas pracownik działu projektowania, pokazując kolejne fazy budowy nowoczesnego pojazdu spalinowego. Kompleks w Stuttgarcie to przede wszystkim ciekawe i namacalne przedstawienie związku człowieka z maszyną napędzaną pracą paliwa i ognia, a nie tylko wystawa samochodów.
Wizyta w Stuttgardzkim muzeum zamiast dwóch godzin zajmuje nam trzykrotnie więcej. Z tego powodu odkładamy wizytę w kilkunastu innych muzeach i wystawach związanych z motoryzacją i jednośladami. Ze Stuttgartu do Karlsruhe wracamy bocznymi drogami, kierując się na Baden-Baden. Na 20 km przed uzdrowiskiem, za miejscowością Calw, droga zamienia się w motocyklowy raj. Ciasne winkle, przewyższenia, ostre agrafki i świetny asfalt powodują, że żywotność podnóżków skraca się nadzwyczaj szybko. Przy drodze stoją tablice informacyjne dla motocyklistów, mające na celu ostudzenie ich emocji. Plansze ukazują rozbite jednoślady z komentarzami „Czy dziś masz dość szczęścia?” lub „Ty też?”.
Raj dla XJR
Samo Baden-Baden wyobrażałem sobie nieco inaczej. Tak naprawdę jest bardzo rozłożyste, a miejsca uzdrowiskowe rozrzucone zostały na przestrzeni kilkunastu kilometrów.

Miasto jest kolebką kopalnictwa metali szlachetnych w Europie. Założone w XII wieku było onegdaj siedzibą władz tego regionu. Piękny rynek stanowią przede wszystkim bogato zdobione kamienice stawiane tutaj kilkaset lat temu przez bogatych właścicieli kopalń miedzi. W centrum placu rynkowego znajduje się fontanna, której kamienna podstawa liczy sobie 800 lat. Położony obok hotel Kaiserworth, zdobiony figurami lokalnych rządców, przyjmuje gości nieprzerwanie od 200 lat.