Korsyka była dla nas celem zastępczym podczas planowania wypadu w Alpy naszą Yamahą FJR1300. Z czasem stała się celem głównym, co nie przekreślało pokonania Alp. Jak tu bowiem pojechać na Korsykę i ominąć Alpy – nie ma sensu. Połączenie wrażeń z drogi przez Alpy z motocyklowym rajem, jaki zastaliśmy na wyspie Napoleona pozostanie na długo w naszej pamięci.

Tekst: Piotr Buczyński

Zdjęcia: Anna Buczyńska, Piotr Buczyński

Wyobraźcie sobie miejsce, gdzie przez większą część roku świeci słońce i panują doskonałe warunki do jazdy motocyklem. Miejsce, gdzie na niewielkiej powierzchni zgromadzono niemal wszystkie cuda świata. Wysokie na 2 500 m skaliste szczyty i strome urwiska kończące się w błękitnych polodowcowych jeziorach. Samotne górskie wioski przycupnięte na skalnych półkach. Na dodatek to wszystko oblane krystalicznie czystym morzem z kilometrami piaszczystych plaż i opasane setkami kilometrów krętych górskich dróg w większości doskonałej jakości. Witamy na Korsyce.

Fortelem!

Prawdziwym celem wyprawy miały być Alpy i to nie byle jakie, tylko te najwyższe. Było mi w zasadzie wszystko jedno. Francuskie, niemieckie, austriackie czy włoskie – najlepiej wszystkie na raz. Byle było wysoko, górzyście i kręto. Niestety życie szybko zweryfikowało te plany, bo Ania za żadne skarby nie chciała słyszeć o ekstremalnej wyprawie w Alpy. No cóż kobiety, kto je zrozumie? Brakowało wisienki na torcie.

Rozpocząłem poszukiwania celu zastępczego. I wtedy znalazłem w necie taki opis: Korsyka to wyspa jakby pomyślana dla motocyklistów. Drogi kręte, często niezbyt dobrej jakości, ale zawsze pokryte dobrze trzymającym opony asfaltem. Motocykliści są na wyspie szanowani, samochody ustępują drogi, a miejsca parkingowe dla motocykli są zawsze najbliżej wejść do knajp i supermarketów. Parkujące motocykle są tolerowane na chodnikach w parkach i drogach z zakazem wjazdu… Drogi w górach, choć dwukierunkowe niejednokrotnie mieszczą tylko jeden samochód. Oznaczenia dróg są rewelacyjne: na wszystkich skrzyżowaniach nawet z drogami polnymi stoją drogowskazy informujące o kilku najbliższych miejscowościach.

Klimatyczna nadmorska zabudowa

Zaraz zaraz, gdzie jest ta Korsyka i czy czasem nie jedzie się tam przez Alpy? Zacząłem szperać i Korsyka z celu zastępczego szybko stała się celem pierwszoplanowym. Podróż zaplanowałem na 11 dni. Ambitnie przeznaczyłem dwa dni na dojazd, pięć – na zwiedzanie wyspy i cztery rozkoszne dni na powrót przez wymarzone Alpy.

Najpierw po mokrym

Pierwszego dnia nasza Yamaha FJR1300 ma do pokonania nieco ponad 1 000 kilometrów dzielących  Warszawę od Salzburga. Ruszamy o 7.15, a na miejscu lądujemy dokładnie od 23.00. Prawdziwy hardcore, zwłaszcza że prawie całą drogę pada mniejszy lub większy deszcz. Jest zimno, mokro, a od 700. kilometra bardzo niewygodnie. Ale nic to, dajemy radę. Przygoda dopiero się zaczyna. Z tylnego siodełka ani słowa skargi!

Dzwoni budzik w telefonie. Powoli otwieram oczy. Cud pierwszy – żyjemy. Podbiegam do okna: cud drugi – nie pada. Nie jest źle. Jak na doznania dnia poprzedniego wyglądamy i czujemy się całkiem nieźle. Po sutym śniadanku pakowanie i około 12.00 ruszamy w dalszą drogę na południe. Mamy przed sobą około 800 kilometrów, głównie autostradą i 20 godzin. Prom z Livorno odpływa na Korsykę o 8.00 dnia następnego. Przed nami droga przez Alpy, potem zwiedzanie Bolonii, Florencji i Pizy. Nie planujemy noclegu.

Widoki z alpejskiej autostrady po części rekompensują nam trudy dnia poprzedniego. Bez żalu zostawiamy za sobą zapchaną turystami Wenecję i późnym popołudniem docieramy do Bolonii. Zwiedzanie miasta obok walorów estetycznych dostarcza także doznań kulinarnych. W małej knajpce zjadamy dwie porcję wspaniałego makaronu popitego piwem, niestety bezalkoholowym. Jeszcze tylko nocna runda po mieście w towarzystwie hord wszędobylskich skuterów  i około 21.00 ruszamy dalej do Florencji.

Chwila wytchnienia w podróży. Prom Livorno-Bastia

Niespiesznie pokonujemy dzielące oba miasta prawie 100 kilometrów i około 23.00 docieramy na miejsce. Po paru okrążeniach centrum parkujemy w zacisznej uliczce i idziemy pozwiedzać. Bo cóż może być bardziej romantycznego od nocnego spaceru po Florencji w towarzystwie ukochanej kobiety, którą wcześniej przywiozło się tu na motocyklu?

Wybija północ. Niespiesznie zaliczamy żelazne punkty zwiedzania. Uroczy, zabudowany most Ponte Vecchio i centralny plac miasta z ogromną katedrą Dumo. W pierwszej kolejności trafiamy na Ponte Vecchio, na którym w malutkich domkach od 1345 r. mieściły się miejscowe jatki i garbarnie. Dopiero w XVI w. jakiś książę, nie mogąc dłużej znieść fetoru pod oknami, pogonił całe towarzystwo za miejskie mury, oddając most we władanie złotnikom i jubilerom Urocze małe sklepiki, na co dzień wypełnione kosztownościami i pamiątkami są o tej porze zamknięte. Może to i lepiej. Następnie udajemy się w kierunku centrum starówki, gdzie dosłownie wpadamy na katedrę. Jej ogromna bryła wypełnia sobą cały plac, a że uliczki są wąskie i nie widać jej z daleka, jej pojawienie się jest dość nieoczekiwane. W życiu nie widziałem większego kościoła. W XIV w. mieszczanie florenccy zapragnęli mieć coś, co przyćmi Bazylikę św. Piotra w Rzymie, a że byli bogaci i mogli zaszaleć to zatrudnili najlepszych architektów.

Kasztanowce

Są to bez wątpienia najsławniejsze drzewa na wyspie. Od stuleci mówiło się, mieszkańcy jedzą „skalny chleb” i piją „skalne wino”. Większość posiłków przyrządzano bowiem z owoców kasztanowca, a woda stanowiła podstawowy napój. Obecnie mączki kasztanowej dodaje się głównie do wypieku ciastek.

Do Pizy docieramy około 4.00 w nocy. Jest całkowicie pusto i bardzo cicho. Nie ma ludzi, autokarów, a wszystkie stragany pozamykane. Uchylona nieco brama zachęca niemo do wjazdu na teren Campo dei Miracoli, czyli Pola Cudów, co też bez większego namysłu czynimy. Nasz czyn nie wzbudza najmniejszego zainteresowania śpiącego w samochodzie patrolu Carabinieri i bez przeszkód robimy sobie małą sesję zdjęciową na tle pięknie oświetlonej katedry i oczywiście Krzywej Wieży. Po pstryknięciu fotek natychmiast oddalamy się z miejsca zdarzenia w kierunku Livorno.

Na miejscu jesteśmy o 6.00 i grzecznie ustawiamy się na końcu kolejki samochodów oczekujących na wjazd na prom. Załadunek odbywa się zaskakująco sprawnie i odpływamy punktualnie. Udaje nam się usadowić na górnym pokładzie, gdzie na cudem zdobytych leżakach wygrzewając się w promieniach wschodzącego słońca spędzamy następne cztery godziny.

Pierwsze kilometry na wyspie

Widać ląd. To ani chybi Korsyka! Wszyscy budzą się z letargu i rzucają do swoich pojazdów. Zjeżdżamy na ląd w portowym mieście Bastia, a pierwsze kilometry uświadamiają nam, że jest dokładnie tak jak miało być. Są palmy, jest morze, a słonko nieźle przypieka. Wybraliśmy hotel po drugiej stronie wyspy i do celu podróży mamy jeszcze 150 kilometrów. Mkniemy więc raźno do celu. Po kilkunastu kilometrach orientuję się, że coś jest nie w porządku. Na wąskich uliczkach miasta samochody jadą zadziwiająco blisko prawej strony jezdni, jak zbliżam się do ronda – a jest ich tam zatrzęsienie – ruch jakby zamiera czekając, aż przejadę. Na normalnej drodze w terenie, który w każdym innym kraju zostałby uznany za zabudowany stoi ograniczenie prędkości do 110 km/h. Po chwili namysłu widzę tylko jedno rozwiązanie – jesteśmy w motocyklowym raju! Wnioski te potwierdzają następne kilometry, bo ilość zakrętów i jakość asfaltu przechodzi moje najśmielsze oczekiwania. Do tego dochodzą niesamowite widoki wysokich gór i małych wiosek mijanych po drodze. Teraz już wiem, czemu pomimo tego, że nie spałem od 26 godzin i od 24 nie ściągałem z siebie motocyklowych ciuchów głupawy banan nie chce zniknąć z mojej twarzy.

W końcu docieramy do hotelu w miejscowości Cargese, który okazuje się być niewielkim rodzinnym przedsiębiorstwem: mama siedzi na recepcji, a tata rządzi w kuchni. Jest basen, a do plaży 100 metrów. Po szybkim prysznicu i krótkim spacerze zjadamy obiadokolację i po bliższym zapoznaniu się z produktami miejscowych winnic padamy ze zmęczenia.

Korsykańskie noże

Niegdyś używane jako narzędzie krwawej wendetty – ponoć ulubionej rozrywki Korsykanów. Obecnie zalegają głównie na straganach z pamiątkami. Niektóre naprawdę pięknie wykonane i w imponujących rozmiarach. Gdybym miał pewność, że nie są Made in China, pewnie bym sobie jeden kupił.

Inicjacja

Białe klify Bonifacio

Od rana leżymy bykiem na plaży i nic nie jest w stanie wyrwać nas z błogiego nastroju. Po południu przenosimy się nad hotelowy basen i procedura się powtarza. Wieczorem decydujemy się na 30-kilometrową „wyprawę motocyklową” do stolicy Korsyki Ajacco. To największe na wyspie miasto ma raptem 60 tys. mieszkańców i jest miejscem narodzin najsławniejszego syna wyspy – Napoleona Bonaparte. Jest on tam otoczony prawdziwym kultem. Mamy więc: Plac Napoleona, na którym stoi pomnik Napoleona, od placu odchodzi aleja Napoleona zmieniając się z wolna w ulicę Napoleona, przy której jest skwer Napoleona, na którym znajduje się jego popiersie oraz szkoła i przedszkole jego imienia.

Kręcimy się po mieście oglądając port i cytadelę zbudowaną tu przez genueńczyków, gdyż od 1284 r. do XVIII w. wyspa znajdowała się pod ich panowaniem. Trafiamy tam na zlot pojazdów militarnych z okresu II Wojny Światowej. Może nie jest to impreza tej skali co zlot na poligonie w Darłowie, ale i tak pojazdy wojskowe szczelnie wypełniające ciasne ulice robią spore wrażenie. Po chwili światło na tę tajemniczą sprawę rzuca transparent rozpięty pomiędzy dwoma palmami. Okazuje się, że obchodzony jest właśnie dzień wyzwolenia, gdyż to Ajacco było pierwszym wyzwolonym przez aliantów miastem francuskim, a stało się to właśnie 9 września 1943 r. Z tej okazji wieczorem odbywa się mini festyn. Ze sceny lokalny zespół w dość zaawansowanym wieku odśpiewuje romantyczno-ludowo-patriotyczne pieśni po francusku i w dialekcie korsykańskim. Niektóre skoczne i miłe dla ucha, inne nieco mniej. Po jakiś 30 minutach orientujemy się, że znacznie zawyżamy średnią wieku, więc zmywamy się po angielsku. Niezłej adrenaliny dostarcza nam jeszcze powrót w nocy serpentynami nad samym morzem.

Herb Korsyki

Herb KorsykiNie wiadomo dlaczego symbolem niezależności Korsyki stała się głowa Maura lub Murzyna z przepaską zasłaniającą oczy jak u niewolnika prowadzonego na śmierć. Do rangi godła podniósł ją Pasquale Paoli w 1762 r. gdy wyspa na kilkanaście lat uzyskała niepodległość. W tym okresie opaska z oczu została przesunięta na czoło, prawdopodobnie w nawiązaniu do tradycji hellenistycznych, gdzie władcy nosili podobną w kolorze białym na znak panowania nad danym terytorium.

 Eksploracja wyspy

Boczne drogi prowadzące przez górzyste wnętrze wyspy obfitują w takie niespodzianki

Tego dnia ruszamy na objazd południowych krańców wyspy. Naszym celem jest Bonifaccio – urokliwe miasteczko wznoszące się na 60-metrowych skalnych klifach tuż nad brzegiem morza. Żeby nie było zbyt łatwo wybieramy drogę na skróty, poznając przy okazji górzyste wnętrze wyspy i uroki lokalnych dróg. Pasą się na nich krowy i inne zwierzęta domowe. Kozy czy owce czekające za rogiem na pewną śmierć nie są tu niczym niezwykłym. Droga składa się prawie z samych zakrętów i trzeba naprawdę silnej woli, żeby skupić na niej swoją uwagę. Cudowne widoki i malownicze miasteczka zachęcają do ciągłego rozglądania się na boki.

Boniffacio jak można się było tego spodziewać jest pełne turystów, w tym także zmotoryzowanych. Motocykle oprócz dużego parkingu przy dojeździe do miasta parkują także na wszystkich dozwolonych i niedozwolonych miejscach. Nikt nie robi z tego powodu problemów i jest to naprawdę ujmujące. W zacisznym porcie obok zwykłych kutrów rybackich kotwiczą wypasione jachty, a biel skalnych klifów kontrastuje ze szmaragdowym odcieniem wody. Nie jest to może Monte Carlo, ale tak je sobie właśnie wyobrażam. Nad portem góruje cytadela i ona jest właśnie celem naszego dalszego zwiedzania. Roztaczające się z jej murów widoki pochłaniają nas bez reszty. Miejska zabudowa złożona wyłącznie z ciasnych krętych uliczek kończy się w każdym miejscu urwistym klifem, a wiele domów ma balkony dosłownie nad morzem. Jeden fałszywy ruch i….. bęc!

Droga pomiędzy Piana i Porto jest dosłownie wykuta w czerwonych skałach

Powtarza się scenariusz sprzed kilku dni. Od rana prażymy się na słońcu zażywając co jakiś czas kąpieli. Wieczorem zaś ruszamy na zwiedzanie kolejnego korsykańskiego miasteczka. Tym razem jedziemy na północ, aby zobaczyć oddalone o niecałe 30 kilometrów Porto. Ponoć miasto położone jest w najpiękniejszej zatoce na wyspie. Odległość niby niewielka, ale droga prowadzi przez tak malownicze rejony, że co chwila robimy przerwę na zdjęcia. Najpiękniejszymi widokami obdarza nas miasteczko Piana, w pobliżu którego droga została wykuta w skałach. Zwietrzałe formacje czerwonych skał w promieniach zachodzącego słońca robią piorunujące wrażenie. Po dotarciu do Porto zaczynamy rozglądać się za miejscem na zaparkowanie motocykla, ale każdy skrawek pobocza jest zastawiony samochodami. Docieramy na sam koniec deptaka. Przy samej linii brzegowej, gdzie niewysoki murek odgradza nas od wściekle bijących w brzeg fal, droga zagrodzona jest szlabanem umożliwiającym tylko ruch pieszych. Obok szlabanu – niewielka furtka, a za nią – zgadnijcie… Tak, parking dla motocykli! Oczom nie wierzę.

Nadmorskie skały Korsyki
Nadmorskie skały Korsyki

Dalej już pieszo, wspinamy się na stojącą wysoko na skałach starą genueńską wieżę wartowniczą. Na całej wyspie zbudowano około 180 takich wież tworzących swoisty system wczesnego ostrzegania. Załogi porozumiewały się ze sobą za pomocą ognia i podobno w dwie godziny sygnał o niebezpieczeństwie obiegał całą wyspę. Właśnie w Porto znajduje się jedna z niewielu odrestaurowanych i udostępnionych do zwiedzania takich wież. Widok z jej szczytu jest niesamowity.

Wracając do hotelu zahaczamy jeszcze o lokalną Cyber Cafe, gdzie korzystamy z najdroższego w życiu Internetu – 2 euro za 5 minut.

Makia

Są to kolczaste zarośla o wysokości dochodzącej do nawet czterech metrów. Porastają większą część wyspy. Kwitnąc pachną tak charakterystycznie, że podobno już na morzu nie widząc jeszcze lądu można wyczuć jego zapach. Ich gęstwina od niepamiętnych czasów dawała schronienie zbiegom, partyzantom i wszystkim będącym na bakier z prawem.

 

Czas się żegnać

Jeden z cudów Korsyki, parking tylko dla motocykli

Nadchodzi ostatni dzień na wyspie. Czas się pakować. Rano wymeldowujemy się z hotelu i ruszamy na objazd północnych krańców wyspy. Mamy przed sobą cały dzień, bo prom odpływa dopiero o 21.00. Przed nami około 200 kilometrów krętych górskich tras w dużej części wijących się nad samym morzem. Naszym celem na dziś jest miasteczko Calvi. Po dotarciu tam zwiedzamy, a jakże, genueńską cytadelę i jak zwykle widok z niej jest wspaniały. Z jednej strony szmaragdowe morze, a z drugiej – niewielki port pełen jachtów i motorówek. Miasto ma jeszcze dwie niezwykłe atrakcje. Pierwsza z nich to miejsce urodzenia Krzysztofa Kolumba, co upamiętnia stosowny obelisk. Druga to ostatni stacjonujący na wyspie oddział osławionej Legii Cudzoziemskiej. I rzeczywiście, kilkukrotnie migają nam na mieście patrole w oliwkowych mundurach i charakterystycznych białych kepi. Wyjeżdżając z miasta w kierunku Bastii po raz ostatni mamy okazję nasycić oczy pięknymi widokami i krętą, wijącą się tuż nad brzegiem morza drogą. Po dotarciu do portu robimy jeszcze zakupy na kolację i okrętujemy się na prom. Kabina jest całkiem przytulna, jest prysznic i mamy widok na morze.

Na Korsyce motocykliści wszędzie mają najbliżej

O 7.00 opuszczamy prom w miejscowości Savona, 40 kilometrów na zachód od Genui. Po chwili mkniemy już autostradą w kierunku tego miasta. Plan na dziś to dotarcie do alpejskiego kurortu Predazzo. Po drodze ocieramy się o największe jezioro alpejskie Lago di Garda, któremu naprawdę niewiele brakuje, żeby przyćmić piękne korsykańskie widoki.Gdy budzimy się dnia następnego w Predazzo jest pięknie. Widać strome szczyty Dolomitów, a na błękitnym niebie ani jednej chmury. Jadąc dalej mijamy znane narciarskie kurorty Moena, Canazei i w końcu Cortina d’Ampezzo. Droga wije się malowniczo wśród alpejskich łąk niekończącymi się agrafkami przez przełęcze Passo di Podoi i Passo di Falzarego. Mijają nas tabuny motocyklistów. Jedni tak jak my na turystykach obładowani bagażami, inni na supersportach, enduro, chopperach, HD, supermoto, nakedach i wszystkim, co tylko ma silnik dwa koła i pozwala cieszyć się winklami i doskonałym asfaltem.

Ostatni dzień, droga pomiędzy Porto i Calvi. Ciężko się będzie rozstać z takimi widokami

My konsekwentnie kierujemy się na północ do miasta Toblach. Z tego punku drogą nr 107 zwana też Grossglockner Hochalpenstrasse, czyli zbudowaną w latach 1930-1935 Alpejską Drogą Wysokogórską. Ma nas ona zaprowadzić najpierw na lodowiec Pasterze, a potem na najwyższą austriacką przełęcz Hochtor. Droga jest otwarta dla ruchu tylko od maja do października i tylko w godzinach 5.00 – 21.00. Jest szlaban, a przejazd malowniczym 50-kilometrowym odcinkiem kosztuje 18 euro od motocykla i 32 euro od samochodu. Niemało, ale co tam. Gdy tylko mijamy zalesiony odcinek i wyjeżdżamy na najeżoną agrafkami, pnącą się ostro do góry drogę natychmiast przestajemy żałować wydanych pieniędzy. Naprawdę warto. Widoki są piękne, a chwilami tyle śniegu, że tylko nitka asfaltu odcina się od krajobrazu. Więcej niż połowę pojazdów na drodze stanowią motocykle.

Po zjechaniu z Alp mijamy Brno, a granicę przekraczamy w Cieszynie. Dalej azymut na dom. Czeka tam na nas nasza roczna córeczka Alicja, która została na tydzień pod opieką babci. Dzięki mamo!! Odległość 376 kilometrów dzielących Bielsko-Białą od Warszawy pokonujemy, w kilka godzin po których ściskamy się z najbliższymi.

 

5 KOMENTARZE

  1. A mnie zastanawia, jak zwiedzaliście miasta na wyspie? W motocyklowych ciuchach? Czy zostawialiście cały dobytek w kufrach? :)

  2. Korsyka to jedno z miejsc , gdzie chce sie wracac. 2 lata temu mialam przyjemnosc zwiedzic i polecam, to raj dla motocyklistow, a zroznicowanie terenu i ich uroda nie maja sobie rownych. Coz…mowia , ze to najpiekniejsza wyspa Europy i ja sie pod tym podpisuje. Fajna relacja.

  3. Byłem we wrześniu 2011, potwierdzam- piękna wyspa, piękna jazda, cudowne widoki. Często spaliśmy pod gołym niebem na plaży-“stare chłopy”. Ceny do przełknięcia, za wyjątkiem piwa na plaży-10 euro- tylko my piliśmy duże, reszta turystów małe….

  4. Nasza relacja z września 2012 wpisała się w proponowany przez Was termin [temperatury]. wszystko jest tam i inne, i piękne, i dzikie. Wracać tam, czy nie to pytanie na, które nie znam odpowiedzi. Fajna relacja. Tyle pięknych miejsc jest do zwiedzenia w Europie i dalej….. kto jednak wie?
    pozdrawiamy Steffek i Iva [dziennikimotocyklowe.com]

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here