W lipcu 2012 roku wybrałem się na tygodniową wycieczkę po Polsce. Jak się później okazało była to również  wyprawa połączona ze zwiedzaniem  bliższych okolic naszego kraju. Mój motocykl to Yamaha Diversion XJ900.

Wyjazd nastawiony był bardziej na jeżdżenie niż zwiedzanie: nocleg codziennie w innym miejscu, bez szczegółowego planowania, a rano następnego dnia jazda dalej. Prędkość przelotowa raczej spokojna ze względu na niewielkie odcinki dzienne. Nigdzie się specjalnie nie spieszyłem:   najkrótszy etap miał 280 km, a najdłuższy – 580.

Na zaplanowanej przeze mnie trasie znalazło się kilka miejsc, które zawsze chciałem zobaczyć. Były one rozsiane po całej Polsce, ostatecznie więc z mojej wycieczki zrobiła się całkiem niezła wyprawa.

Jedna noc, czyli problemy

Wyjeżdżam o ósmej rano z podwarszawskiego Sulejówka i jadę w stronę Gdańska, gdzie jest pierwszy punkt zwiedzania (a przynajmniej oglądania), czyli resztki starej torpedowni. Za dużo nie widać – jest on w słabo dostępnym miejscu, a ja nie chcę też na dłużej rozstawać z motocyklem. Torpedownię zwiedzam więc niejako z góry, gdyż najbliższe miejsce widokowe jakie udaje mi się znaleźć leży na terenie osiedla wojskowego. Od morza rozdziela go dodatkowo  wysoka skarpa, której pokonanie zajęłoby mi zbyt wiele czasu.

Wiatraki gdzieś pomiędzy Gdynią a Jastrzębią Górą
Wiatraki gdzieś pomiędzy Gdynią a Jastrzębią Górą

Oglądam sobie przez drzewa to, co tam widać, a że widać niewiele, to szybko ruszam i przez Gdynię  dojeżdżam do miejsca noclegowego, czyli okolic Jastrzębiej Góry. Po dłuższych poszukiwaniach znajduję przyzwoity pokój za 50 zł, jednak bardzo trudno trafić lokal na jedną noc. Widać nie opłaca się wynająć na jeden dzień pokoju, nawet za nieco wyższą cenę.

Po drodze mijam trochę wiatraków. Ten widok będzie mi podczas wyprawy towarzyszyć praktycznie codziennie.

Kolejny poranek. Wyjazd rano i kierunek do miejscowości, w której miała kiedyś powstać elektrownia atomowa,  czyli do Żarnowca. Na miejscu tradycyjnie: widać niewiele, zakaz zbliżania się itd., ale okolica bardzo urokliwa. Żeby cokolwiek zobaczyć trzeba porzucić pojazd i zapuścić się bliżej.  Rezygnuję i ruszam dalej. Przede mną jeszcze kilka miejsc.

Obieram kierunek na zachód: Świnoujście i Szczecin. Do Szczecina tego dnia jednak nie udaje się dojechać i zatrzymuję się po długich poszukiwaniach późnym popołudniem na marnej jakości ośrodku wczasowym przy jeziorze Dąbie, jakieś 40 kilometrów od Szczecina. Tutaj luksusy: dostaję cały czteroosobowy domek dla siebie w cenie dla dwóch osób, czyli za 62 zł. Ale że domek jest typu wczesny PRL, to wygląda dość obskurnie i taki też jest w środku. Trudno, spać się daje.

Ciekawy kościół gdzieś po drodze
Ciekawy kościół gdzieś po drodze

Następnego dnia dojeżdżam w końcu do Szczecina. Kręcę się trochę po mieście (jazda w pobliżu stoczni dostarcza ciekawych widoków) i ruszam do kolejnego miejsca spoczynku, jakim jest odległy Walim. Wcześniej zauważyłem, że nawigacja i mapa google po wpisaniu trasy prowadzi przez Niemcy autostradami. Z czystej ciekawości postanawiam sprawdzić tę trasę i po zatankowaniu niedaleko granicy bystro pędzę zapoznać się z legendarnymi niemieckimi drogami. To najdłuższy odcinek w tej wycieczce, prawie 600 kilometrów. Powoli już zaczyna doskwierać ból tyłka, który już mnie nie opuści do końca wyprawy. Jazda przez Niemcy okazuje się miłą przygodą, cały czas praktycznie jadę autostradami i podziwiam widoki, czyli las po obydwu stronach drogi. Robię tylko dwa przystanki, jeden na rozprostowanie kości i posiłek, a drugi – na tankowanie.

Polskie drogi, czy offroad przy granicy

Po przejechaniu z powrotem na polską stronę przeżywam istny horror. Wjeżdżam na DK18 i muszę przejechać przez prawdziwy tor off-roadowy. Naprawdę jeszcze nigdy z czymś takim się nie spotkałem. Kilkadziesiąt kilometrów asfaltu, który chyba powstał przez zalanie betonowych płyt marnej jakości czarną mazią. Co kilka metrów na nawierzchni natykam się więc na górkę lub dołek w konfiguracjach przypadkowych. Jedzie się absolutnie tragicznie. Najpierw próbuję utrzymać wyższą prędkość przelotową rzędu 80-90 km/h. Nie do zrobienia. Spory kawałek moja Yamaha Diversion XJ900 przejeżdża z prędkością 30-40 km/h. Prawdopodobnie właśnie tam pęka mi stelaż pod kufer. Strata  czasu w stosunku do przebiegów sugerowanych przez mapy kilkugodzinna.

Przejechanie tego odcinka to ogromny wysiłek i istna katorga, nie licząc zszarganych nerwów i strat w sprzęcie. Postanawiam, że następnym razem poszukam innego miejsca do wkroczenia na terytorium naszej ojczyzny.

Po przejechaniu tego Dakaru już lepszymi drogami docieram do miejsca noclegu w Walimiu, gdzie gości mnie kolega z forum Yamahy (bardzo dziękuję!). Łapię się na grilla i pyszne śniadanie.

Sztolnie w Walimiu, oprowadza i opowiada przewodnik
Sztolnie w Walimiu, oprowadza i opowiada przewodnik

Opuszczając moich miłych gospodarzy dostaję w prezencie mapę okolicy i ruszam na zwiedzanie okolicznych sztolni. Jednak daleko nie ujeżdżam: pierwsza z nich jest zaledwie kilkaset metrów dalej.

W całym kompleksie do obejrzenia jest sporo. Jakbym chciał zwiedzić wszystkie to nawet tygodnia by mi raczej nie starczyło, poprzestaję więc na dwóch kopalniach. Pędzę dalej, do kolejnego punktu, czyli zapory na Jeziorze Bystrzyckim. Drogę między sztolniami uprzyjemniają mi śliczne widoczki.

Sama zapora jest niestety zamknięta – remont. Nie można nawet po niej pochodzić, ale widoki rekompensują tę niedogodność.

Ostatnim punktem zwiedzania na ten dzień jest nieczynna kopalnia uranu w Kletnie. Dojeżdżam tam dość późno, po godz. 16, więc na wejście się oczywiście nie łapię. Pozostaje mi znalezienie miejsca na nocleg. Zjeżdżam na dół i zatrzymuję się w fajnej knajpce Bikers Choice.

Po zjedzeniu smacznej obiadokolacji pytam się miłej dziewczyny z obsługi o jakiś godny polecenia nocleg. Wskazuje graniczący z knajpą domek. Za 30 zł mam schludny trzyosobowy pokój. Jest dobrze.

Yamahą Diversion XJ900 na południe

Następnego dnia zaczynam od zwiedzania tego miejsca, dla którego przyjechałem, czyli nieczynnej kopalni uranu. Fajne miejsce, ciekawa historia, naprawdę warte odwiedzenia. Dodatkowo jeszcze jedna jaskinia i muzeum w pobliżu.

Uroki bycia miejscowym – sprzęt mały a śmiga po zakrętach
Uroki bycia miejscowym – sprzęt mały a śmiga po zakrętach

Kieruję się w stronę Oświęcimia a nawigacja prowadzi nawet chwilę przez Czechy. Dojeżdżam do obozu – Auschwitz przedstawiać nie trzeba. Straszne miejsce, przytłacza swoim ogromem. Na parkingu specjalnie staję na skraju miejsca parkingowego, żeby jeszcze jakiś motocykl się zmieścił, po powrocie zastaję jednak zaparkowanego „na żyletkę” Fiata Uno. Jako że dotarłem tam po godzinie 17, to zaczynam szukać miejsca do przenocowania, ostatecznie znajduję  przytulny nocleg w Krakowie.

Z Krakowa muszę się cofnąć do opuszczonego ośrodka w Kozubniku. Ciekawe miejsce, trafiam akurat na spory ruch, bo ćwiczenia przeprowadzają strażacy. O spokojnym zwiedzaniu można więc zapomnieć. Trafić tam dość łatwo, ale do samego ośrodka wjeżdża się pod zakaz wjazdu (wstęp tylko dla mieszkańców).

Z Kozubnika pędzę w Bieszczady. Pogoda tym razem nie dopisuje i przez cztery godziny jadę w deszczu. Miejscem docelowym są Ustrzyki Dolne, ale przy okazji docieram i do Ustrzyk Górnych odwiedzając znajomego. Poszukiwania noclegu w okolicy i ostatecznie znajduję pokój za 30 zł w Wetlinie.

Ten ośrodek był chlubą PRL-u
Ten ośrodek był chlubą PRL-u

Jazda po Bieszczadach i okolicach to generalnie sama przyjemność. Zdarzają się jednak odcinki, które przypominają wjazd do Polski dwa dni wcześniej.

Z Wetliny kieruję się do Ostrowca Świętokrzyskiego, by tam u kolegi przenocować w drodze do domu. Nie mam w planach żadnego zwiedzania, ale znajomy wyciąga mnie żeby zobaczyć Szwajcarię Bałtowską. Ciekawe miejsce – jest tu stok narciarski, mini ogród zoologiczny, lunapark, kolejka górska i inne atrakcje.

Następny dzień to już szybki powrót do domu – trasa Ostrowiec Świętokrzyski –  Radom – Góra Kalwaria – Sulejówek mija szybko i tak kończy się podróż  Yamahą Diversion XJ900 w miejsca, które zawsze chciałem odwiedzić.

5 KOMENTARZE

  1. Radzę zawsze zabierać ze sobą śpiwór i cos małego pod głowę.Gospodarzom nie opłaca się i nie bardzo chcą wynajmować nocleg na jedną noc,ale kiedy powiesz,że nie chcesz pościeli,prędzej się zgodzą.Nie musza po jednej nocy zmieniać nic i prać.Nawet zdarza się,że zejdą z ceny.

  2. Śpiwór miałem, wykoszystałem go 2 razy, w tym pod Szczecinem bo bałem się spać na tamtejszej pościeli. Informowanie że mam spiwór i potrzebne jest tylko łóżko tez niewiele dawalo. Raz usłyszałem odpowiedź: “popyta Pan gdzieś indziej ktoś napewno się zgodzi” :)

  3. No cóż,też tak bywa,nie zawsze się trafi na ludzi co chcą zarabiać powoli,po troszku,tylko na takich co chcą kasę z góry najlepiej na dwa tygodnie.Tak czy inaczej,życzę kolejnych ciekawych wypraw,sam wybieram się w tym roku na dolny śląsk i Kotline Kłodzką i mam zamiar dokładnie tam pozwiedzać i pojeździć.Pozdrawiam.

  4. Traska bardzo fajna, tyle że ja wole coś pozwiedzac a nie tylko rzucić okiem z siodła motocykla i wio dalej. Poza tym nie wiem czemu, aż tak się bałeś zostawić moto:)

  5. fajna podróż trasa sympatyczna tymbardziej że duża dywersja jest genialna na polskie dziurawe drogi motocykl genialny wygodny i trwały jak legenda.znam to.mirek

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here