Yamaha FJR 1300 i Ducati ST3. Dwa zbliżonej klasy motocykle turystyczne, które do dalszych podróży nadają się idealnie. Zrobiliśmy na nich jedną z najpiękniejszych tras motocyklowych w Europie, słynną Szosę Transfogaraską.
Tekst: Jarosław Frankowski
Zdjęcia: Jarosław Frankowski i Krzysztof Pieńkosz
Właśnie minął rok od podróży do Rumunii, a ja siedzę nad mapą i studiuję trasę. Zgadnijcie jaką… Oczywiście, że Rumunii! Powód: kawałek asfaltu między miastami Sebes i Novaci.
Co takiego jest w tym asfalcie, że postanowiłem wrócić? Otóż został położony na wysokości ponad 2000 metrów w rumuńskich Karpatach, na drugiej obok Trasy Transfogaraskiej najbardziej znanej rumuńskiej drodze zwanej Transalpiną. Obie trasy to legenda – pięknie położone, pełne zakrętów i niesamowitych widoków. Marzenie każdego motocyklisty, zresztą nie tylko. Przyjeżdżają tu rowerzyści, off-roadowcy, turyści piesi i generalnie wszyscy miłośnicy wrażeń.
Trasę Transfogaraską poznałem rok temu, rzeczywiście robi ogromne wrażenie, tym bardziej jestem ciekaw, jakie atrakcje przygotuje Mrs Transalpina.
A jak było rok temu?
Przejechać Transfogaraską
Rumunia to dla mnie Cyganie, żebrzące dzieci siedzące na chodnikach i wróżenie z kart, od którego nie można się było opędzić. Z tym większym zdziwieniem słuchałem opowieści kolegów, którzy po Rumunii podróżowali od dawna – terenówkami z napędem 4×4, daleko od asfaltu przeżywali niesamowite chwile. Piękne, górskie krajobrazy, drewniana zabytkowa architektura i wspaniali, życzliwi mieszkańcy – powtarzali to wszyscy. Coś musi być na rzeczy, pomyślałem, ale do podróży samochodem jakoś mnie nie ciągnęło. Ale od czego mam motocykl?
I kiedy któregoś dnia dzwoni kumpel oznajmiając, że za dwa tygodnie jedzie do Rumuni i pytając, czy nie pojadę z nim nie zastanawiam się długo. Jest wrzesień, od ostatniej podróży minęły dwa miesiące, następny wyjazd w październiku – czas jechać! Szybka decyzja i za kilka dni ruszamy w kierunku Rzeszowa. Dwa turystyczne motocykle – Yamaha FJR 1300 i Ducati ST3 – i nas dwóch. Znamy się od czasów pierwszych podróży Junakami i Emkami, kiedy wyprawa na Mazury trwała siedem dni. Teraz mając tydzień planujemy zobaczyć kilka ciekawszych miejsc opisanych w przewodnikach, przejechać Transfogaraską, a po drodze spotkać się jeszcze ze znajomymi.
Pierwszy nocleg mamy zaklepany właśnie u nich w Rzeszowie. Po przyjeździe obiad, kawka i decyzja – jedziemy dalej. Godzina jeszcze młoda, na wieczór będziemy przy granicy słowacko-węgierskiej. Obiecujemy zajechać w drodze powrotnej i zostać na noc i ruszamy w stronę Rumunii.
Jeszcze wtedy nie wiem, że spotkamy się szybciej niż planowałem… Ale po kolei.
Kolega Piter z Rzeszowa nie odmawia sobie i nam przyjemności eskorty do granic miasta i swoim Ducati Sport Classikiem odprowadza nas na wylotówkę. Łapa w górę, Piter zawraca, a my – do granicy. Tutaj – uprzedzając fakty – porównanie do rumuńskich dróg. Takie dziury i koleiny, jakie musimy pokonać jadąc jedyną drogą do Granicy Państwa dane mi będzie zobaczyć w Rumunii tylko na początku podróży, w północnej części kraju. Na bardzo głębokiej prowincji, gdzie jedynymi użytkownikami tej drogi będą kozy, jakiś rowerzysta i my. Rumunom możemy tylko zazdrościć. Nie dość, że większość dróg jest nowa, to nie ma takiego ruchu jak u nas.
Ale póki co jesteśmy na Słowacji, robi się ciemno, zaczynamy szukać noclegu. Jest jakiś szyld, GPS potwierdza i za chwilę po zjeździe z trasy dojeżdżamy do motelu. Motocykle na bezpiecznym parkingu, więc możemy spokojnie spać. Rano śniadanko i w drogę. Pogoda, jak to we wrześniu – upał. Gładko dojeżdżamy do granicy węgierskiej, na autostradę w stronę Rumunii, która kończy się nagle w miejscowości Debrecen. Dalej staje się drogą nr 48, którą prujemy do granicy i za chwilę jesteśmy w Rumunii.
Hotel Dacia
Na granicy smutno, betonowo, biednie. Mam wrażenie, że tutaj nie dotarły fundusze z Unii Europejskiej i chyba nawet nikt na to nie liczy. Upadł jeden ustrój, drugi go nie zastąpił, z fabryk i zakładów straszą pręty zbrojeniowe i wybite okna. Nic tu po mnie, myślę. Dobrze, że mają chociaż Transfogaraską, jak na ironię – w spadku po Nicolae Ceausescu. Dojeżdżamy do pierwszego większego miasta w Rumunii – Satu Mare. Najwyższa pora zrobić postój i zmienić ciuchy na letnie. Od tej pory będziemy już jechać spacerowo.
Parkujemy pod hotelem o swojskiej nazwie Dacia. Najwyraźniej, podobnie jak jego imienniczka, lata świetności ma za sobą. Obraz uzupełnia starszy pan w śmiesznym kapelusiku. Z dalszej odległości stwierdzam, że budynek prezentuje się całkiem okazale, postanawiam więc, że przywrócę mu honor i cierpliwie szukam godnego tego pałacu ujęcia.
Gdy tak sobie spaceruję po parku zauważam jednak coś ciekawszego – sporo młodych ludzi i ładnych, dobrze ubranych dziewcząt. Uspokojony ruszam w miasto, które okazuje się jednym pomnikiem socrealistycznej architektury. Bez żalu opuszczamy to miejsce, czekając na bardziej duchowe przeżycia. Wkrótce faktycznie nastąpią. Dzięki nim będę ten wyjazd wspominał do końca dni swoich.
Pierwsze kilometry w Rumunii. Dziurawe drogi, dalekie od cywilizacji, ale bardzo klimatyczne. Ludzie bardzo mili, gościnni i życzliwi. Dużo przydrożnych piesków, stare chałupy sąsiadują z pałacami w stylu Gargamela. Niektóre stoją puste, wyglądają jakby właściciel nie zdążył się jeszcze wprowadzić. Bardzo oryginalny styl – mosiężne balustrady, wieżyczki. Takie potworki stoją seriami koło siebie – ciekawy widok, może to rumuński Trójkąt Bermudzki? Czasami mijamy wioskę, w której stoją same rozpadające się chałupki, by za chwilę na tej samej drodze trafić na rzędy kilkupiętrowych domów po obu stronach drogi.
Znowu pustych – może to jednak deweloper? Jeśli tak, to z dużą fantazją. Sądząc po wykończeniach budynków – dom musi świecić. Nie, nie świecić – oślepiać, walić po oczach błyskami z każdej mosiężnej rurki czy chromowo-niklowanej stali. Tyle tylko, że w tej wiosce nie ma żywej duszy! Temat pustych, błyskających prosto po ślepiach rumuńskich domów-widm pozostanie dla mnie jedną z nierozwiązanych zagadek.
Na szczęście spotykamy też i drewniane konstrukcje, są zresztą w większości, każda z nich dotknięta zębem czasu. Monastyry, zabytki, wioski, w których zatrzymał się czas, ręcznie rzeźbione bramy i zagrody – wjeżdża się w inną przestrzeń, gdzie nawet powolna jazda jest uzasadniona. Nie tylko dziurami w jezdni.
Cmentarze pełne kolorów
Jadąc sobie przez tę malowniczą okolicę docieramy do pierwszego punktu programu naszej wycieczki. Jak wspominałem, na wyjazd zdecydowałem się bez żadnych wcześniejszych przygotowań, więc wyruszyłem trochę w ciemno. Bardziej chciałem po prostu zobaczyć Rumunię niż konkretne budowle z przewodnika, chociaż bez niego prawdopodobnie trafiłbym tylko do rezydencji pana Ceausescu. Jak się okazało – kumpel też nie miał czasu planować szczegółowo kilometrów. W zupełności wystarczyły nam dwie książki i cowieczorna burza mózgów, dokąd i jak jedziemy.
Tymczasem przyjeżdżamy zobaczyć cmentarz. A tak naprawdę widzimy zmarłych, ich historię życia i śmierci. Śmierci, która nie jest tematem tabu, wręcz przeciwnie, jest tutaj przedstawiana bez żadnych oporów i co gorsza – nie jest brana na poważnie. Dekadencja na rumuńskiej wsi, gdzie większość mieszkańców to starsze babcie? Patrząc na mamę naszej gospodyni, która mając 90 lat siada przy krośnie i szyje dywaniki uśmiechając się bez przerwy – dystans w pewnych sprawach nikomu nie zaszkodzi.
O tym cmentarzu czytałem wcześniej w necie. Dwóch motocyklistów objechało Rumunię rok wcześniej i bardzo polecali pensjonat w Sapancie. Widziałem filmy – domowa kuchnia, oczywiście potrawy regionalne i fajna miejscówka. Tylko nie pamiętałem nazwy, tym bardziej adresu. Ale widzę, że ze spaniem problemu nie będzie, bo wszędzie wokoło są kwaterki. Spotykamy trzy dziewczyny podróżujące autostopem z Polski, które wzięła do siebie jakaś babcia: dała pokój, pościel i kolacje i nie chciała pieniędzy. Rozmawiamy chwilę, ale nie są zainteresowane kontynuacją mile rozpoczętego wieczoru, więc idziemy szukać noclegu. Akurat przy samym cmentarzu, po drugiej stronie ulicy jest pensjonat. Duże podwórko, fajny klimat – cóż, idziemy pytać. Są kwaterki, pani mówi po angielsku. Wygląda coś znajomo. Pytam, czy nie gościła w zeszły mroku ekipy na motocyklach z Polski. Owszem gościła, a oni robili masę zdjęć i nagrywali wideo. Okazuje się, że przypadkowo trafiliśmy do tej samej gospodyni, uroczej kobiety, która nas nakarmi, przyniesie albumy ze zdjęciami i oprowadzi po domu, pełnym dzieł regionalnej sztuki. Po takiej dawce regionalnego folkloru śpimy jak niemowlaki.
Rano śniadanko serwowane przez gospodynię i ruszamy dalej. Jedziemy dalej wzdłuż granicy z Ukrainą drogą nr 19, dojeżdżając do miejscowości Syhot Marmaroski. Spotykamy kolejną ekipę z Polski, którą ratuję smarem do łańcucha. Przezornie wziąłem dwa, więc jeden mogę sprezentować. Złośliwe bydlę: przy następnym postoju ten, który sobie zostawiłem odmawia współpracy – nagle się zapchał. Jestem zmuszony szukać sklepu z częściami. Czym to się skończy – opowiem wkrótce, tymczasem idziemy zwiedzać miejsce, które z malowniczymi wioskami i pięknymi plenerami tego regionu kontrastuje w sposób wręcz tragiczny. Dosłownie i w przenośni. Jest to bowiem dawne więzienie dla wrogów komunizmu, przekształcone w Miejsce Pamięci Ofiar Komunizmu i Ruchu Oporu. Ciuchy motocyklowe zostawiamy w szatni, a buty zmieniam na nieśmiertelne klapki – powód drwin moich wszystkich znajomych. Idziemy na spotkanie z historią.
A historia, jak wiemy – lubi się powtarzać, więc od razu przypomina mi się motto z „Medalionów” Zofii Nałkowskiej – Ludzie ludziom zgotowali ten los. Dziesięć lat po wojnie w więzieniu zaczęto zamykać rumuńską elitę intelektualną: polityków, naukowców, ekonomistów, dziennikarzy, historyków. Wszystkich uważano za przeciwników politycznych i osadzano jak groźnych zbrodniarzy, w tragicznych i poniżających warunkach eliminując z życia publicznego.
Po upadku komunizmu w miejscu więzienia powstało muzeum poświęcone walce z systemem. Są tu pamiątki z całego Bloku Wschodniego, a cele więźniów zamienione zostały w sale muzealne. Jedna z nich w całości upamiętnia nawet powstanie i rolę „Solidarności” w obaleniu komunizmu. Zwiedzanie tego miejsca to swoista podróż w czasie, jakże inna od podróży po urokliwych wioskach i pięknych, górskich okolicach.
Drakula na każdym kroku
Nawet przez skórzane spodnie motocyklowe czuję zły dotyk historii. Jak najszybciej chcę odpalić motocykl, by znów ruszyć przed siebie, rzucić się w malownicze plenery, oglądać, podziwiać, chłonąć. Czuć wolność i swobodę wyboru. Ciekawość, co zobaczę za następnym zakrętem. To wszystko, co jest esencją motocyklowych podróży.
Kierujemy się na północ, zwiedzając po drodze co ciekawsze miejsca. Drogi coraz lepsze, o dziwo – ruch samochodowy dużo mniejszy niż w Polsce. Z radością stwierdzam, że kultura jazdy na wysokim poziomie, kierowcy przyjaźnie traktują motocyklistów robią
c im miejsce, uprzedzają o patrolach policji. A tych nie jest wcale mało. Przeważnie stoją przy ograniczeniach do 30 km/h, zwężkach, robotach drogowych – miejscach, w których mogą uważnie się przyjrzeć pojazdom. I znaleźć najlepszego kandydata do osobistej rozmowy. Im starszy i bardziej zdezelowany pojazd, tym większa szansa, że zostanie wybrańcem. A wybór nie jest łatwy – ilość wynalazków, wśród których 40-letnia Dacia jest samochodem luks