TurystykaRelacje z wyjazdówMotocyklem na Wyspy Brytyjskie i do Normandii w czasie pandemii - relacja,...

Motocyklem na Wyspy Brytyjskie i do Normandii w czasie pandemii – relacja, przemyślenia, przygotowania, dziennik podróży

-

O wyjeździe do Anglii nawet nie pomyślałbym tydzień przed wyjazdem. Prawdę mówiąc chciałem gdzieś jechać motocyklem, ale epidemia koronawirusa pokrzyżowała mi moje pierwotne plany. Najbardziej prawdopodobnym scenariuszem byłaby Rumunia i – przy dobrych wiatrach – dalej na południe: Bułgaria, Turcja, Grecja i powrót przez Macedonię, Serbię i Bośnię i Hercegowinę. Ale niestety, ograniczenia wprowadzone w tych krajach, a przede wszystkim w Rumunii (tak, tak, myślałem o Transfagaraskiej i Transalpinie) spowodowały, że nie miałem żadnego konkretnego celu…

Tekst i zdjęcia: Paweł Musiał

Przez kilka dni myślałem o krajach nadbałtyckich, ale też nie do końca mnie to satysfakcjonowało, gdyż i tak miałem w przyszłości plany, by tam jechać z myślą o Nordkapp lub jeździe wokół Bałtyku. Poza tym jak przejrzałem prognozę pogody, to zastanawiałem się czy warto było brać urlop. I wtedy z pomocą przyszła mi moja przyjaciółka, która raczej nie wypowiada się na tematy motocyklowe i tak po prostu rzuciła:

– A może byś pojechał do Anglii, do mojego brata?

Na początku myślałem, że to żart, ale jak zaczęła rozwijać wątek, to coś zakiełkowało. Przy czym myśli były całkiem sprzeczne, nie przygotowałem się na taką podróż mentalnie, poza tym Anglia? Nigdy nie miałem takich planów. Dla motocyklisty sztandarowymi trasami w Europie są przecież inne kierunki: Nordkapp, przełęcze Alp i Karpat, wyspy Morza Śródziemnego, Pireneje i ogólnie południe. Ale z drugiej strony, dlaczego nie? Może to jest właśnie ten moment na taką podróż. Spojrzenie na mapę. Tak, zaliczyłbym dodatkowo kilka innych krajów, w których jeszcze nie byłem – Holandię, Belgię, Francję, Luksemburg i oczywiście Wyspy Brytyjskie.

We wszystkich tych państwach, a także oczywiście w Niemczech, w których już kilkakrotnie byłem, a które tym razem traktowałem tranzytowo, nie było obowiązku przechodzenia kwarantanny związanej z pandemią. Jeszcze tylko pogoda. Przecież stereotypy (i nie tylko, klimatolodzy również) mówią o deszczowej zachodniej Europie i Anglii. Spojrzenie na prognozę. I… w najbliższych dniach pogoda w Polsce ma być deszczowa, nawet jasnowidz Krzysztof Jackowski mówił, że wakacje w tym roku będą deszczowe i chłodne (wakacje 2020 przyp. red.). Ale co na Zachodzie? Prognozy są obiecujące. Dziwne. Wszystko na odwrót. To wszystko daje mi jeszcze więcej do myślenia i coraz częściej dzielę się tym z moją przyjaciółką, która – super dziewczyna – już zadzwoniła do swojego brata z informacją, że być może do niego przyjadę. Tomek, bo tak ma na imię, pewnie też trochę zdziwiony, ale chyba pozytywnie nastawiony do pomysłu, sam mnie zachęca. Akurat ma wolne, bo przez tą całą cholerną pandemię niestety stracił pracę i generalnie siedzi w domu, wymyślając sobie różne zajęcia. Gdybym chciał przyjechać w innym terminie pewnie by pracował i nie miał czasu na nic.

Wszystko na ziemi i w niebie mówi mi – jedź!

Tyle tylko, że to łatwo powiedzieć, gorzej z realizacją, przecież to kawał drogi, nie mówiąc o formalnościach związanych z przekroczeniem Kanału La Manche, czyli przepłynięcie promem. Te wszystkie dylematy, które miałem jeszcze chodząc do pracy, zaprzątały mi głowę. Zacząłem więc działać pragmatycznie. Przygotuję motocykl do wyjazdu, a później się zastanowię gdzie pojadę. Nie ukrywam, że poważnie branym pomysłem była także wycieczka wzdłuż granic Polski. Czytając fora i relacje na portalach społecznościowych było to bardzo modne i popularne. Jeszcze dzień przed wyjazdem mówiłem, że nie wiem czy pojadę do tej Anglii, ale wieczorem, dzień przed wyruszeniem dam znać. I tak też się stało.

Przygotowania

Jeszcze nie wiedząc gdzie pojadę, postanowiłem się mimo wszystko przygotować na ten wyjazd. Oczywiście nie wszystko było tak, jak bym chciał, ale postanowiłem, że częścią przygotowań zajmę się sam. Wymieniłem olej, filtry oleju i powietrza, bo warsztaty w sezonie zawalone. Gumy jeszcze nie są złe, natomiast bardziej bałem się, czy coś się nie stanie z elektroniką i co zrobić w przypadku złapania gumy lub awarii. Zacząłem więc od zakupów rzeczy, które mogły mi się przydać i kompletowania tych, które już miałem.

Podzieliłem je na kategorie:

Mechanika: zestaw samonaprawczy do przebitej opony, skaner błędów OBD-2 wraz z adapterem, komplet kluczy, grzechotek itp., smar do smarowania łańcucha.

Nocleg: namiot 2-osobowy, śpiwór, mata samopompująca, lampka do namiotu.

Ubranie na motocykl: kask szczękowy, kominiarka, bielizna termoaktywna, skóra motocyklowa, spodnie jeansowe z protektorami, buty pełne skórzane motocyklowe (zastanawiałem się czy do jazdy nie wziąć, ze względu na wagę i wygodę, tenisówek motocyklowych, ale dobrze, że ich nie wziąłem, nie sprawdziłyby się), rękawice oraz ochraniacze przeciwdeszczowe na kurtkę, spodnie, rękawice i buty.

Ubranie codzienne: spodnie długie, ciepła bluza, krótkie spodenki, t-shirty, bielizna, okulary przeciwsłoneczne, klapki, czapka z daszkiem.

Wiedząc, że nie będę miał czasu na zakupy, i ze względu na koszty, zaopatrzyłem się też w jedzenie. Moim podstawowym pożywieniem było: pieczywo, awokado (mało zajmuje, pożywne), małe pomidorki, woda.

Ponadto wziąłem kosmetyczkę z wszystkimi potrzebnymi rzeczami, ręcznik, smartfon wraz z kabelkiem do gniazda USB, który służył za GPS, sztućce, mały talerzyk. Dokumenty to prawo jazdy, dowód osobisty, karta debetowa, karta kredytowa (jak się okazało niezbędna, ważniejsza od gotówki!). I oczywiście pieniądze: złotówki, euro i funty.

Do wożenia tego wszystkiego miałem: kufer centralny, sakwy boczne, worek nieprzemakalny na tylne siedzenie i tankbag, co do którego początkowo miałem obiekcje, a okazał się niezastąpiony i ułatwiający życie.

Tak przygotowany w pierwszym dniu mojego urlopu zastanawiałem się co dalej? Za oknem leje, a jutro (w dniu wyjazdu) ma być nie lepiej. Dobra. Świat należy do odważnych. Dzwonię do przyjaciółki, że jutro jadę. Niech dzwoni do brata w wolnej chwili.

Dzień 1 (16 lipca 2020, czwartek)

Motocyklem na Wyspy Brytyjskie i do Normandii w czasie pandemii – relacja, przemyślenia, przygotowania, dziennik podróży

Chyba duża ilość emocji nie pozwoliła mi spać i o 6:00 już byłem na nogach. Za oknem siąpi, godzinna prognoza pogoda wskazuje, że za godzinę na chwilę przestanie. Tak też się stało. Ubieram wszystko na motocykl myśląc czy wszystko zabrałem. Jeszcze chwila wahania. Trudno. Jadę. Najpierw kierunek Opole. Jednak tyle co minąłem granice mojego miasta i znowu zaczyna padać. Zatrzymuje się i wkładam na siebie komplet przeciwdeszczowy. Dotychczas nigdy go wcześniej nie wykorzystywałem. Nawet pasuje i nieźle wygląda. Jadę dalej. Przypominają mi się wcześniejsze sytuacje, gdy jadąc tą drogą do Czech i Niemiec, w okolicach Lublińca, musiałem wracać do rodzinnej Częstochowy, jak zorientowałem się, że zgubiłem kluczyk od kufra. Nie, teraz nie mogę sobie na nic takiego pozwolić. Jeszcze raz wszystko w myślach analizuję i sprawdzam. Cały czas ciężkie chmury i mżawka. Za Opolem wjeżdżam na autostradę. Płacąc na bramce nawet jestem zadowolony, że ta autostrada jest, chociaż płatna. W taką pogodę, jadąc bocznymi ulicami, z koleinami i ciągłymi nakazami i zakazami, byłaby męczarnia. A kilometrów chce zrobić jak najwięcej.

Motocyklem na Wyspy Brytyjskie i do Normandii w czasie pandemii – relacja, przemyślenia, przygotowania, dziennik podróży

Tankuję w deszczu na stacji benzynowej, gdzie miałem nadzieję skorzystać z toalety. Niestety nieczynna, na moje pytanie – To gdzie? – uzyskuję zadowalającą mnie odpowiedź, że – Tam dalej, w krzakach. Nawet lepiej, bo bezpieczniej, tylko ile tych ciuchów mam na sobie. Przed granicą również obowiązkowe tankowanie do pełna i – póki działa dobrze internet – rezerwacja noclegu przez booking. Tylko gdzie? Spojrzenie na mapę. Szukanie tanich noclegów w kwaterach. Do Kassel powinienem dojechać. Ceny też nieco niższe niż w innych rejonach. Ok. Rezerwuję. Muszę tam dzisiaj dojechać. Pod namiot w deszcz raczej nie mam ochoty.

Motocyklem na Wyspy Brytyjskie i do Normandii w czasie pandemii – relacja, przemyślenia, przygotowania, dziennik podróży

W Niemczech pogoda zmienna, na zmianę słońce i deszcz. Co jakiś czas przecieram wizjer rękawicą, ale mając złe doświadczenie z przeszłości robię to delikatnie, bo go nie zarysować. Z czasem jazda w deszczu zaczyna mi się coraz bardziej podobać. Stwierdzam, że deszczowa Norwegia nie będzie mi straszna. Nawet widzę pozytywy: czysty wizjer i kask, którego nie muszę czyścić z przyklejonych robali. Całkiem fajnie. I najważniejsze, że jadę suchy. Ubranie przeciwdeszczowe działa wyśmienicie. A zdarzało mi się już kilkukrotnie, gdy wracałem przemoczony do domu, jak zastał mnie deszcz. Nic przyjemnego.

A teraz? Naprawdę to przyjemne. Było tak miło, że przejechałem zjazd, którym miałem jechać. Na szczęście to tylko kilkanaście kilometrów. Musiałem zjechać z autostrady i bocznymi ulicami wjechać na właściwą trasę. Nawet dobrze, że to się stało. Małe niemieckie i urocze wioski są naprawdę ładne. Czyste i malownicze. Wjeżdżam na autostradę. I nagle coś, co musiało się wydarzyć, czyli coś nieplanowanego, co mnie zaskoczyło. Oczywiście negatywnie. Mój podłączony do zasilania smartfon wyłączył się. Na parkingu próbuję go połączyć, a tu wyskakuje mi komunikat, że zasilanie wilgotne i należy odczekać, aż wyschnie. Nieźle. Nawet wcześniej mi takie rzeczy nie przyszły do głowy. Czy w ogóle dojadę, bo czas akurat jest dla mnie bardzo istotny, a jazda z mapą motocyklem to w zatłoczonych miejscach, gdzie trasy mają co chwilę ślimaka, to żadna przyjemność. Jakimś sposobem udało się go odpalić, chociaż, gdy sytuacja się powtórzyła, jechałem już na samej baterii. Wiem, że długo nie wytrzyma. GPS pochłania energię momentalnie. Ale koniec końców jakoś dałem radę.

Docieram do Kassel. Wyliczenie w sam raz. Dalej już mi się nie chciało jechać. Na właścicielkę muszę chwilę poczekać, ale kwatera jest super. Przede wszystkim mogę się położyć w wygodnym łóżku. Mam też dla siebie aneks kuchenny, więc wyciągam posiłek, bo od rana prawie nic nie jadłem. Stwierdzam, że dzisiejszy dzień był udany, a cel zrealizowany. Jeszcze tylko trzeba pomyśleć o jutrzejszym dniu. Trudno mi będzie określić na którą bym dojechał do Calais, skąd odpływa prom do Anglii, więc dzwonię z informacją, że jutro jeszcze będę na kontynencie, pojutrze natomiast dotrę do Londynu, zapewne po południu. Przez Internet rezerwuję prom, który – o dziwo – jest tańszy niż oczekiwałem. I dodatkowo za free posiłek. To chyba efekt uboczny koronawirusa, który dla mnie jest korzystny. Kolejna ważna sprawa do załatwienia – nocleg w okolicach Calais. Nie ma sensu nocować w mieście, około godziny jazdy od miasta noclegi są dużo tańsze. Rezerwuję nocleg w Arques koło Saint – Omer. Jeszcze tylko prysznic, chwila z TV i trzeba iść spać.

Dzień 2 (17 lipca 2020, piątek)

Noc minęła szybko, zmęczenie sprawiło, że spało mi się dobrze, ale wstałem wcześnie. Śniadanie w normalnych warunkach, poranna toaleta i można jechać dalej. Na dzisiejszy dzień zaplanowałem jazdę przez 4 państwa: Niemcy, Holandię, Belgię Francję. Ale na początek trzeba się przebić przez Zagłębie Ruhry. To taki niemiecki odpowiednik naszego Górnego Śląska, tyle, że większy. Na mapie wygląda to nieźle – cały czas autostrada. W praktyce przejeżdża się przez wielkie miasta: Dortmund, Bochum, Essen, Duisburg, gdzie zaczyna się pojawiać sygnalizacja świetlna i korki uliczne. Na szczęście ruch jest w miarę płynny. W okolicach Duisburga, największego portu rzecznego na świecie, zwężenia i most, ale jazda równie płynna. Jadąc przez tak dużą konurbację mam wreszcie okazję przyjrzeć się ludziom, których tutaj jest dużo. Prawie wszyscy chodzą w maseczkach, również na wolnym powietrzu. Nie sprawdzałem, ale od razu przyszło mi na myśl, że analogicznie jak u nas na Górnym Śląsku, tutaj też może być dużo zakażeń. W tym momencie dostrzegam pozytywy przemieszczania się motocyklem, samemu, a nie gdzieś w zatłoczonych autobusach i komunikacji miejskiej.

Z czasem natężenie ruchu staje się nieco mniejsze i zauważam coraz więcej żółtych tablic rejestracyjnych. Mijam granicę niemiecko – holenderską. Zajeżdżam na stację i – obowiązkowo w maseczce – rozmawiam po angielsku. Nie ma tu z tym żadnego problemu, w Niemczech starałem się jednak docierać do moich głębokich pokładów języka niemieckiego, którego uczyłem się jeszcze w szkole. Chwila przerwy i dalsza jazda. Coraz większy ruch, który zamienia się w korek na przedmieściach Eindhoven. Od razu widać, że kraje Beneluksu to tereny gęsto zaludnione. Mijam Eindhoven i za niedługo kolejna granica, holendersko – belgijska. To co pierwsze rzuca się w oczy, to inny rodzaj asfaltu. Inny kolor, odcień brązu i większa chropowatość. Ruch bardzo duży, aż trafiam na największy korek w całej wyprawie. Antwerpia. Cała rozkopana,