czw, 24 Cze 2021

Motocyklem na Wyspy Brytyjskie i do Normandii w czasie pandemii – relacja, przemyślenia, przygotowania, dziennik podróży

-

O wyjeździe do Anglii nawet nie pomyślałbym tydzień przed wyjazdem. Prawdę mówiąc chciałem gdzieś jechać motocyklem, ale epidemia koronawirusa pokrzyżowała mi moje pierwotne plany. Najbardziej prawdopodobnym scenariuszem byłaby Rumunia i – przy dobrych wiatrach – dalej na południe: Bułgaria, Turcja, Grecja i powrót przez Macedonię, Serbię i Bośnię i Hercegowinę. Ale niestety, ograniczenia wprowadzone w tych krajach, a przede wszystkim w Rumunii (tak, tak, myślałem o Transfagaraskiej i Transalpinie) spowodowały, że nie miałem żadnego konkretnego celu…

Tekst i zdjęcia: Paweł Musiał

Przez kilka dni myślałem o krajach nadbałtyckich, ale też nie do końca mnie to satysfakcjonowało, gdyż i tak miałem w przyszłości plany, by tam jechać z myślą o Nordkapp lub jeździe wokół Bałtyku. Poza tym jak przejrzałem prognozę pogody, to zastanawiałem się czy warto było brać urlop. I wtedy z pomocą przyszła mi moja przyjaciółka, która raczej nie wypowiada się na tematy motocyklowe i tak po prostu rzuciła:

– A może byś pojechał do Anglii, do mojego brata?

Na początku myślałem, że to żart, ale jak zaczęła rozwijać wątek, to coś zakiełkowało. Przy czym myśli były całkiem sprzeczne, nie przygotowałem się na taką podróż mentalnie, poza tym Anglia? Nigdy nie miałem takich planów. Dla motocyklisty sztandarowymi trasami w Europie są przecież inne kierunki: Nordkapp, przełęcze Alp i Karpat, wyspy Morza Śródziemnego, Pireneje i ogólnie południe. Ale z drugiej strony, dlaczego nie? Może to jest właśnie ten moment na taką podróż. Spojrzenie na mapę. Tak, zaliczyłbym dodatkowo kilka innych krajów, w których jeszcze nie byłem – Holandię, Belgię, Francję, Luksemburg i oczywiście Wyspy Brytyjskie.

We wszystkich tych państwach, a także oczywiście w Niemczech, w których już kilkakrotnie byłem, a które tym razem traktowałem tranzytowo, nie było obowiązku przechodzenia kwarantanny związanej z pandemią. Jeszcze tylko pogoda. Przecież stereotypy (i nie tylko, klimatolodzy również) mówią o deszczowej zachodniej Europie i Anglii. Spojrzenie na prognozę. I… w najbliższych dniach pogoda w Polsce ma być deszczowa, nawet jasnowidz Krzysztof Jackowski mówił, że wakacje w tym roku będą deszczowe i chłodne (wakacje 2020 przyp. red.). Ale co na Zachodzie? Prognozy są obiecujące. Dziwne. Wszystko na odwrót. To wszystko daje mi jeszcze więcej do myślenia i coraz częściej dzielę się tym z moją przyjaciółką, która – super dziewczyna – już zadzwoniła do swojego brata z informacją, że być może do niego przyjadę. Tomek, bo tak ma na imię, pewnie też trochę zdziwiony, ale chyba pozytywnie nastawiony do pomysłu, sam mnie zachęca. Akurat ma wolne, bo przez tą całą cholerną pandemię niestety stracił pracę i generalnie siedzi w domu, wymyślając sobie różne zajęcia. Gdybym chciał przyjechać w innym terminie pewnie by pracował i nie miał czasu na nic.

Wszystko na ziemi i w niebie mówi mi – jedź!

Tyle tylko, że to łatwo powiedzieć, gorzej z realizacją, przecież to kawał drogi, nie mówiąc o formalnościach związanych z przekroczeniem Kanału La Manche, czyli przepłynięcie promem. Te wszystkie dylematy, które miałem jeszcze chodząc do pracy, zaprzątały mi głowę. Zacząłem więc działać pragmatycznie. Przygotuję motocykl do wyjazdu, a później się zastanowię gdzie pojadę. Nie ukrywam, że poważnie branym pomysłem była także wycieczka wzdłuż granic Polski. Czytając fora i relacje na portalach społecznościowych było to bardzo modne i popularne. Jeszcze dzień przed wyjazdem mówiłem, że nie wiem czy pojadę do tej Anglii, ale wieczorem, dzień przed wyruszeniem dam znać. I tak też się stało.

Przygotowania

Jeszcze nie wiedząc gdzie pojadę, postanowiłem się mimo wszystko przygotować na ten wyjazd. Oczywiście nie wszystko było tak, jak bym chciał, ale postanowiłem, że częścią przygotowań zajmę się sam. Wymieniłem olej, filtry oleju i powietrza, bo warsztaty w sezonie zawalone. Gumy jeszcze nie są złe, natomiast bardziej bałem się, czy coś się nie stanie z elektroniką i co zrobić w przypadku złapania gumy lub awarii. Zacząłem więc od zakupów rzeczy, które mogły mi się przydać i kompletowania tych, które już miałem.

Podzieliłem je na kategorie:

Mechanika: zestaw samonaprawczy do przebitej opony, skaner błędów OBD-2 wraz z adapterem, komplet kluczy, grzechotek itp., smar do smarowania łańcucha.

Nocleg: namiot 2-osobowy, śpiwór, mata samopompująca, lampka do namiotu.

Ubranie na motocykl: kask szczękowy, kominiarka, bielizna termoaktywna, skóra motocyklowa, spodnie jeansowe z protektorami, buty pełne skórzane motocyklowe (zastanawiałem się czy do jazdy nie wziąć, ze względu na wagę i wygodę, tenisówek motocyklowych, ale dobrze, że ich nie wziąłem, nie sprawdziłyby się), rękawice oraz ochraniacze przeciwdeszczowe na kurtkę, spodnie, rękawice i buty.

Ubranie codzienne: spodnie długie, ciepła bluza, krótkie spodenki, t-shirty, bielizna, okulary przeciwsłoneczne, klapki, czapka z daszkiem.

Wiedząc, że nie będę miał czasu na zakupy, i ze względu na koszty, zaopatrzyłem się też w jedzenie. Moim podstawowym pożywieniem było: pieczywo, awokado (mało zajmuje, pożywne), małe pomidorki, woda.

Ponadto wziąłem kosmetyczkę z wszystkimi potrzebnymi rzeczami, ręcznik, smartfon wraz z kabelkiem do gniazda USB, który służył za GPS, sztućce, mały talerzyk. Dokumenty to prawo jazdy, dowód osobisty, karta debetowa, karta kredytowa (jak się okazało niezbędna, ważniejsza od gotówki!). I oczywiście pieniądze: złotówki, euro i funty.

Do wożenia tego wszystkiego miałem: kufer centralny, sakwy boczne, worek nieprzemakalny na tylne siedzenie i tankbag, co do którego początkowo miałem obiekcje, a okazał się niezastąpiony i ułatwiający życie.

Tak przygotowany w pierwszym dniu mojego urlopu zastanawiałem się co dalej? Za oknem leje, a jutro (w dniu wyjazdu) ma być nie lepiej. Dobra. Świat należy do odważnych. Dzwonię do przyjaciółki, że jutro jadę. Niech dzwoni do brata w wolnej chwili.

Dzień 1 (16 lipca 2020, czwartek)

Chyba duża ilość emocji nie pozwoliła mi spać i o 6:00 już byłem na nogach. Za oknem siąpi, godzinna prognoza pogoda wskazuje, że za godzinę na chwilę przestanie. Tak też się stało. Ubieram wszystko na motocykl myśląc czy wszystko zabrałem. Jeszcze chwila wahania. Trudno. Jadę. Najpierw kierunek Opole. Jednak tyle co minąłem granice mojego miasta i znowu zaczyna padać. Zatrzymuje się i wkładam na siebie komplet przeciwdeszczowy. Dotychczas nigdy go wcześniej nie wykorzystywałem. Nawet pasuje i nieźle wygląda. Jadę dalej. Przypominają mi się wcześniejsze sytuacje, gdy jadąc tą drogą do Czech i Niemiec, w okolicach Lublińca, musiałem wracać do rodzinnej Częstochowy, jak zorientowałem się, że zgubiłem kluczyk od kufra. Nie, teraz nie mogę sobie na nic takiego pozwolić. Jeszcze raz wszystko w myślach analizuję i sprawdzam. Cały czas ciężkie chmury i mżawka. Za Opolem wjeżdżam na autostradę. Płacąc na bramce nawet jestem zadowolony, że ta autostrada jest, chociaż płatna. W taką pogodę, jadąc bocznymi ulicami, z koleinami i ciągłymi nakazami i zakazami, byłaby męczarnia. A kilometrów chce zrobić jak najwięcej.

Tankuję w deszczu na stacji benzynowej, gdzie miałem nadzieję skorzystać z toalety. Niestety nieczynna, na moje pytanie – To gdzie? – uzyskuję zadowalającą mnie odpowiedź, że – Tam dalej, w krzakach. Nawet lepiej, bo bezpieczniej, tylko ile tych ciuchów mam na sobie. Przed granicą również obowiązkowe tankowanie do pełna i – póki działa dobrze internet – rezerwacja noclegu przez booking. Tylko gdzie? Spojrzenie na mapę. Szukanie tanich noclegów w kwaterach. Do Kassel powinienem dojechać. Ceny też nieco niższe niż w innych rejonach. Ok. Rezerwuję. Muszę tam dzisiaj dojechać. Pod namiot w deszcz raczej nie mam ochoty.

W Niemczech pogoda zmienna, na zmianę słońce i deszcz. Co jakiś czas przecieram wizjer rękawicą, ale mając złe doświadczenie z przeszłości robię to delikatnie, bo go nie zarysować. Z czasem jazda w deszczu zaczyna mi się coraz bardziej podobać. Stwierdzam, że deszczowa Norwegia nie będzie mi straszna. Nawet widzę pozytywy: czysty wizjer i kask, którego nie muszę czyścić z przyklejonych robali. Całkiem fajnie. I najważniejsze, że jadę suchy. Ubranie przeciwdeszczowe działa wyśmienicie. A zdarzało mi się już kilkukrotnie, gdy wracałem przemoczony do domu, jak zastał mnie deszcz. Nic przyjemnego.

A teraz? Naprawdę to przyjemne. Było tak miło, że przejechałem zjazd, którym miałem jechać. Na szczęście to tylko kilkanaście kilometrów. Musiałem zjechać z autostrady i bocznymi ulicami wjechać na właściwą trasę. Nawet dobrze, że to się stało. Małe niemieckie i urocze wioski są naprawdę ładne. Czyste i malownicze. Wjeżdżam na autostradę. I nagle coś, co musiało się wydarzyć, czyli coś nieplanowanego, co mnie zaskoczyło. Oczywiście negatywnie. Mój podłączony do zasilania smartfon wyłączył się. Na parkingu próbuję go połączyć, a tu wyskakuje mi komunikat, że zasilanie wilgotne i należy odczekać, aż wyschnie. Nieźle. Nawet wcześniej mi takie rzeczy nie przyszły do głowy. Czy w ogóle dojadę, bo czas akurat jest dla mnie bardzo istotny, a jazda z mapą motocyklem to w zatłoczonych miejscach, gdzie trasy mają co chwilę ślimaka, to żadna przyjemność. Jakimś sposobem udało się go odpalić, chociaż, gdy sytuacja się powtórzyła, jechałem już na samej baterii. Wiem, że długo nie wytrzyma. GPS pochłania energię momentalnie. Ale koniec końców jakoś dałem radę.

Docieram do Kassel. Wyliczenie w sam raz. Dalej już mi się nie chciało jechać. Na właścicielkę muszę chwilę poczekać, ale kwatera jest super. Przede wszystkim mogę się położyć w wygodnym łóżku. Mam też dla siebie aneks kuchenny, więc wyciągam posiłek, bo od rana prawie nic nie jadłem. Stwierdzam, że dzisiejszy dzień był udany, a cel zrealizowany. Jeszcze tylko trzeba pomyśleć o jutrzejszym dniu. Trudno mi będzie określić na którą bym dojechał do Calais, skąd odpływa prom do Anglii, więc dzwonię z informacją, że jutro jeszcze będę na kontynencie, pojutrze natomiast dotrę do Londynu, zapewne po południu. Przez Internet rezerwuję prom, który – o dziwo – jest tańszy niż oczekiwałem. I dodatkowo za free posiłek. To chyba efekt uboczny koronawirusa, który dla mnie jest korzystny. Kolejna ważna sprawa do załatwienia – nocleg w okolicach Calais. Nie ma sensu nocować w mieście, około godziny jazdy od miasta noclegi są dużo tańsze. Rezerwuję nocleg w Arques koło Saint – Omer. Jeszcze tylko prysznic, chwila z TV i trzeba iść spać.

Dzień 2 (17 lipca 2020, piątek)

Noc minęła szybko, zmęczenie sprawiło, że spało mi się dobrze, ale wstałem wcześnie. Śniadanie w normalnych warunkach, poranna toaleta i można jechać dalej. Na dzisiejszy dzień zaplanowałem jazdę przez 4 państwa: Niemcy, Holandię, Belgię Francję. Ale na początek trzeba się przebić przez Zagłębie Ruhry. To taki niemiecki odpowiednik naszego Górnego Śląska, tyle, że większy. Na mapie wygląda to nieźle – cały czas autostrada. W praktyce przejeżdża się przez wielkie miasta: Dortmund, Bochum, Essen, Duisburg, gdzie zaczyna się pojawiać sygnalizacja świetlna i korki uliczne. Na szczęście ruch jest w miarę płynny. W okolicach Duisburga, największego portu rzecznego na świecie, zwężenia i most, ale jazda równie płynna. Jadąc przez tak dużą konurbację mam wreszcie okazję przyjrzeć się ludziom, których tutaj jest dużo. Prawie wszyscy chodzą w maseczkach, również na wolnym powietrzu. Nie sprawdzałem, ale od razu przyszło mi na myśl, że analogicznie jak u nas na Górnym Śląsku, tutaj też może być dużo zakażeń. W tym momencie dostrzegam pozytywy przemieszczania się motocyklem, samemu, a nie gdzieś w zatłoczonych autobusach i komunikacji miejskiej.

Z czasem natężenie ruchu staje się nieco mniejsze i zauważam coraz więcej żółtych tablic rejestracyjnych. Mijam granicę niemiecko – holenderską. Zajeżdżam na stację i – obowiązkowo w maseczce – rozmawiam po angielsku. Nie ma tu z tym żadnego problemu, w Niemczech starałem się jednak docierać do moich głębokich pokładów języka niemieckiego, którego uczyłem się jeszcze w szkole. Chwila przerwy i dalsza jazda. Coraz większy ruch, który zamienia się w korek na przedmieściach Eindhoven. Od razu widać, że kraje Beneluksu to tereny gęsto zaludnione. Mijam Eindhoven i za niedługo kolejna granica, holendersko – belgijska. To co pierwsze rzuca się w oczy, to inny rodzaj asfaltu. Inny kolor, odcień brązu i większa chropowatość. Ruch bardzo duży, aż trafiam na największy korek w całej wyprawie. Antwerpia. Cała rozkopana, i wydaje się jakby wszystkie auta się tutaj zjeżdżały. I po części to racja. Rzeka Skalda rozdziela dwie części miasta i połowa wjeżdża na most z jednej strony, druga z drugiej. Nie wiem czy inne mosty są w remoncie, ale tak to wyglądało. Sam wyjazd z miasta przypominał raczej drogę przez budowę niż autostradę, przy czym mam tu na myśli krajobraz i zwężenia.

Za miastem kieruję się do Francji. 3 pasy ruchu w jedną stronę i na wszystkich tłoczno. Co chwila z aut coś wypada, jakiś plastik odbijając się od drogi odbił się od mojej owiewki i poleciał dalej, za chwilę muszę coś wymijać. Belgia nie zrobiła na mnie dobrego wrażenia. Motocyklistów też nie widziałem zbyt wielu. Dobrze, że nie zarezerwowałem promu na dzisiaj, bo droga, choć krótsza kilometrażowo, to długa czasowo, przez te korki. I wreszcie Francja. Różnica w odbiorze jakże odmienna. Od razu pojawili się motocykliści, którzy prawie wszyscy dają lewą. Humor całkiem wraca, jak na jednej z pierwszych kładek nad autostradą ludzie machają do każdego kierowcy. Tak jakby nigdy się tam nie kończył Tour de France tyle, że miejsce nie to i inny rodzaj pojazdu.

Konieczność dotarcia do kolejnego noclegu zmusza mnie do zjechania z autostrady i przemieszczania się przez małe francuskie wioski. Jakże inne od poprzednich. Nasuwają mi się filmy z Louisem de Funes w roli głównej, tym bardziej, że co jakiś czas mijam samochód z napisem Gendarmerie. Pachnące zbożem pola i charakterystyczne dla francuskiej zabudowy budynki. Docieram na miejsce. To podrzędny hotel, ale z wszystkimi udogodnieniami jakie mieć powinien. Chociaż nieco droższy od kwatery w Niemczech, to jednak standard niższy. I tu pojawia się znowu drobny problem, na który byłem przygotowany, ale nie miałem na niego rozwiązania. To oczywiście język francuski. Francuzi, nawet jeśli znają angielski, to niechętnie się nim posługują, ale ja trafiłem niestety na takiego recepcjonistę, który w ogóle się nim nie posługuje. Był natomiast bardzo miły i używając trochę mieszaniny angielskiego, francuskiego i rąk daliśmy radę. Za naprawdę tanio, bo niecałe 4 euro, wykupiłem na jutro śniadanie i przystąpiłem do tradycyjnych czynności, tj. toalety, posiłku, itd. Co ciekawe, toalety były wspólne na korytarzu i wyglądały jak z przyszłości. Ściany i wszystkie rzeczy całe w plastiku, z wyjątkiem przycisków do spłuczki. Już widziałem takie toalety wcześniej tyle, że z metalu. Po załatwieniu potrzeb zamyka się takowa, słychać jak coś huczy, wiruje, leje i po chwili można znowu z niej skorzystać. Robi to sama tzn. automatycznie się dezynfekuje i czyści. Prysznice były w podobnej scenerii – wchodzi się do plastikowej kabiny. Coś jak w Seksmisji. Ludzi w hotelu prawie nie ma. Zajęte może 4 pokoje. Kolejny udany i pełen wrażeń dzień. Jutro Anglia i przeprawa promem.

Dzień 3 (18 lipca 2020, sobota)

Wstałem jak zawsze wcześnie rano, spakowałem rzeczy do sakw na motocykl i o 7:00 poszedłem na śniadanie. Typowo francuskie – na słodko: chrupki czekoladowe z mlekiem, dwa kawałki ciasta drożdżowego, sok pomarańczowy, bagietka, dżem, mus jabłkowy i do wyboru kawa lub herbata. Niecała godzina jazdy autostradą (tutaj już płatną) do Calais i czas odpłynięcia promu o 11:30 dawało mi dużą rezerwę czasową. Po wymeldowaniu się postanowiłem zatem pojechać bocznymi, niepłatnymi drogami Francji. Słoneczny poranek, piękne krajobrazy i motocykl – nic tylko chłonąć to całym ciałem. Po kilkunastu kilometrach jazdy mijam polską ciężarówkę zatrzymaną przez żandarmów, którzy reorganizują ruch uliczny i objazdy. Trochę mu współczuję, ale cóż ja mu mogę pomóc? Za kilka kilometrów znak zakazujący dalszej jazdy. Spokojnie, zmieniam drogę, chociaż GPS uporczywie mnie na nią kieruje. Po włączeniu w smartfonie roamingu danych wreszcie smartfon daje za wygraną i kieruje mnie inną drogą. Malowniczo. Droga na której ledwo mieści się jeden pojazd, ale jest ślicznie.

Dojeżdżam do Calais. Za wskazaniem GPS wjeżdżam na pierwsze rondo, a za chwilę za nim na drugie i w zjazd. I… i…. okazuje się, że zjechałem nie w ten zjazd! W sumie każdemu się może zdarzyć, tym bardziej w obcym kraju. Tyle tylko, że zjechałem na płatną autostradę w kierunku z którego właśnie przyjechałem. Najbliższy zjazd: 20 km. 20 w jedną i 20 w drugą to 40 km. Jeszcze nie panikuję, ale zdaję sobie sprawę, że czasu mam coraz mniej, prom na mnie nie będzie czekał. Na szczęście autostrada pusta, wymijają mnie jedynie pędzące samochody na brytyjskich blachach. Dojeżdżam do zjazdu i bezobsługowej bramki. Kilka nerwowych chwil mi zajęło jej otwarcie (udało się gotówką, monetami, choć przepłaciłem), nawrót i z powrotem bramka (już nie przepłaciłem). W szybkim tempie dojeżdżam do ronda, na którym już miałem okazję być i kieruję się do portu.

Sam port, z którego wypływają promy znajduje się w północnej części miasta. Wjeżdżam zgodnie ze znakami, klucząc między barierkami i ustawiam się w niewielkiej kolejce przed bramkami, przy których znajdują się celnicy i widnieje napis „UK Border Control” oraz wyświetlają się na świetlnej tablicy „UK Border Force” i „Please Have Your Passports Ready”. Po okazaniu dowodu osobistego i ekranu smartfona z potwierdzeniem zakupu biletu na prom z numerem rezerwacji, dostaję bilet z informacją godziny odpłynięcia, linią na której mam się ustawić przed wjechaniem do promu, a także voucher na posiłek. To w ramach promocji, gdyż bilet tego nie obejmował, ale być może przez epidemię linie DFDS Seaways próbują zachęcać do podróżowania. Bo rzeczywiście tłumów nie ma. Celnik informuje mnie też, że podczas całego rejsu należy nosić maseczkę na twarzy. Ponadto dostaję długi papierek z adresem internetowym strony rządowej Wielkiej Brytanii na który trzeba wejść i wypełnić deklarację związaną z COVID-19. Należy to zrobić do czasu zejścia na ląd, w przeciwnym razie będzie kłopot i kara 1000£ za niedopełnienie formalności.

Odjeżdżam, przejeżdżając przez kolejne tereny z oznaczonymi liniami, na których ustawiają się pojazdy do poszczególnych promów. Po znalezieniu swojej linii, widzę, że jeszcze mam trochę czasu, więc korzystam z toalety i zabieram się za wypełnianie deklaracji. Sformułowania ujęte w formularzu są ważne i samo domyślanie się o co chodzi nie wystarcza, dlatego obowiązkowo korzystam z tłumacza w telefonie. Drobne problemy, gdzie nie można przejść do następnego kroku, choć wszystko jest wypełnione zgodnie z wytycznymi, powodują dodatkowe nerwy i podniesienie ciśnienia krwi. W końcu udaje się to wysłać i dostaję potwierdzenie w wersji elektronicznej. Wtedy sobie uświadamiam jak bardzo stajemy się uzależnieni od współczesnej techniki. Zginięcie bądź zniszczenie smartfona praktycznie robi człowieka bezradnym. I nie mówię tu tylko o GPS, który naprawdę pomaga, skracając czas jazdy, a przez to i koszty, ale właśnie różnego rodzaju formalności, które należy wykonać przed przekroczeniem lub w trakcie przekraczania granicy. Poza tym samo szukanie noclegów w nieznanym kraju. Możnaby tak wymieniać dalej. Trochę jestem tym wszystkim przerażony, jednak z drugiej strony internet i cały ten sprzęt naprawdę ułatwia życie.

 

 

Stoję jako jedyny w mojej linii. Tuż obok samochody osobowe, jeszcze dalej TIR-y. Pracownik promu podchodzi do mnie i puszcza jako pierwszego. Okazuje się, że jestem jedynym motocyklistą, który będzie na pokładzie. Zaraz za mną osobówki. Wjeżdżam na specjalną szynę, po czym pracownik obsługi zabezpiecza motocykl przed wywrotką, ja muszę go jedynie trzymać w pionie w pozycji siedzącej. Po odpięciu tankbaga, w którym mam wszystkie dokumenty idę na górę schodami na pokład dla pasażerów. Ludzi niewiele, cały pokład powyżej przeznaczony jest jedynie dla kierowców TIRów. Wreszcie mogę chwilę odpocząć i pooglądać widoki zza szyby promu.

Po chwili idę na zewnątrz. Trochę tylko przeszkadza mi to, że noszę ze sobą jeszcze skórzaną kurtkę i kask. Po delektowaniu się widokiem oddalającego się wybrzeża Francji i fal Kanału La Manche idę zwiedzać statek. Otwarty sklep z różnymi pamiątkami i różnościami przyciągnął moją uwagę. I gadżety, które się w nim znajdują. Oglądając je zauważam, że są tam rzeczy związane z odmienności wynikającej z przepisów o lewostronnym i prawostronnym ruchu. Między innymi naklejki na lampy samochodowe i żarówki. Nawet wcześniej o tym nie pomyślałem, ale rzeczywiście! Reflektor motocyklowy/samochodowy jest tak skonstruowany, że lepiej doświetla prawą część drogi w pojazdach przystosowanych do ruchu prawostronnego, natomiast odwrotnie jest w pojazdach dostosowanych do ruchu lewostronnego. Czyli moja lampa może oślepiać kierowców w Anglii i zostawić niedoświetloną część lewej strony. Kupuję natomiast naklejkę z przelicznikiem mil na kilometry. Jedno zerknięcie pozwoli mi na poznanie dopuszczalnych ograniczeń prędkości, tym bardziej, że mój licznik podaje wartości tylko w km/h.

Zadowolony z zakupu idę do miejsca, gdzie dobiega mnie lekki hałas podróżnych i talerzy. Wreszcie można coś zjeść i wykorzystać voucher. Jedzenie typowo angielskie: fasolka w sosie, bekon, pomidor, kiełbaska, pieczarki, bułka i do wyboru herbata, kawa, napój gazowany. Smakuje wyjątkowo dobrze, w końcu od rana nic nie jadłem. Zza okna pomału zbliżają się białe klify Dover.

Piękny widok. Trzeba pomału się szykować do wyjścia. Tyle co zacząłem się ubierać przy motocyklu, a już uśmiechnięty pan z obsługi poprosił mnie bym usiadł, aby on mógł odpiąć zabezpieczenia. Dużo wrażeń, za chwilę cel mojej podróży: Anglia. Wyjeżdżam podekscytowany, każdy z pracowników na promie odwraca się do mnie wyciągając podniesiony kciuk. Naprawdę jest to bardzo miłe.

Już na samym początku Anglia robi na mnie ogromne wrażenie, a przede wszystkim serdeczność ludzi. Zjeżdżam na autostradę pilnując się lewej strony i chłonę wszystko co po drodze mijam. Pogoda też wspaniała – ciepło, słońce. Czego chcieć więcej? Dopiero po kilkunastu kilometrach, a właściwie milach uświadamiam sobie, że nie mam rękawiczek. Zostały, a właściwie chyba spadły z motocykla na promie, gdy nie zdążyłem ich włożyć, a już musiałem wsiąść, by pracownik promu mógł mnie odbezpieczyć. Trudno, jedyny problem to tylko znaleźć w Anglii sklep motocyklowy. W sumie i tak miałem je wymienić, gdyż w jednym palcu już były przetarte. Kolejne mile mijają i wypadałoby zatankować motocykl. Nie chciałbym utknąć na autostradzie z powodu braku paliwa. Zjeżdżam do najbliższej miejscowości, Ashford, gdzie na pewno jest stacja paliw. I tu dopiero zaczyna się prawdziwa Anglia. Ruch miejski uliczny lewostronny, na rondzie samochody jadą w przeciwnym kierunku. Tak, trzymać się lewej strony i myśleć. Myśleć, myśleć, myśleć. Zjeżdżam do zatoczki, ustawiam GPS na najbliższą stację i tankuję. Pierwszy zakup na Wyspach. Wszyscy mają maseczki i tylko jedna osoba może być w sklepie z kasami za paliwo. Mam też czas by nakleić przelicznik mil na kilometry.

Jadę dalej, kierunek Londyn. Przy okazji mile zaskakuje mnie zainstalowany na telefonie GPS, który wyświetla prędkość i odległości w milach. Czuję się coraz pewniej. Ruch lewostronny nie jest taki zły, chociaż przed wyjazdem kilka osób mnie ostrzegało, że to jakaś tragedia. Z tego powodu nigdy tu nie jechali, bo mieli jakieś tam doświadczenie samochodem. Bzdura. Jest fajnie, jest wyzwanie, są mili ludzie. Dojeżdżam do celu. Wita mnie żona Tomka, miła Czeszka, która zna i mówi także w języku polskim, choć z fajnym, czeskim akcentem. Tomek, który jest na rybach z kolegami, za chwilę po mnie przyjedzie byśmy wszyscy razem mogli tam być. Zanim przyjechał dowiaduję się, że sklep motocyklowy jest około 200 metrów od jego domu, więc nawet nie rozbieram się i jadę po nowe rękawice. Strata starych, jak się okazało, była dobrą rzeczą. Nowe, które sobie sprawiłem, są naprawdę świetne, a szukając wcześniej w Polsce żadne mi do końca nie odpowiadały. To był naprawdę dobry zakup. Zdążyłem się rozpakować gdy przyjechał Tomek i wspólnie pojechaliśmy na łódkę popływać po Tamizie i powylegiwać się na trawie. Piękny, choć długi dzień.

Dzień 4 (19 lipca 2020, niedziela)

Wstałem wypoczęty i zadowolony z osiągnięcia tego, co zamierzałem. Dzisiejszy dzień miał być jedynym dniem spędzonym w całości w Anglii. I tak też było. W trójkę pojechaliśmy do Stonehenge i Woodhenge, ale już samochodem. Centrum Londynu odpuściłem, bo poznałem je wcześniej dość dobrze podczas poprzedniej wizyty, gdy leciałem tutaj samolotem.

Kamienne kręgi fascynowały mnie natomiast od dawna. Bogata historia tego miejsca, które powstało już w czasach neolitu, do dzisiaj nadal jest w wielu aspektach zagadką. Być może wielu turystów będzie zawiedzionych tym, co zobaczą, ale dla mnie ważne jest to, co zostało, to miejsce i ta historia. Spełniłem kolejne z moich wielu marzeń. Po południu impreza ze znajomymi i delektowanie się tamizyńskimi szczupakami z grilla. Znów dłuuuugi dzień, choć tym razem bez motocykla. Jeszcze tylko rezerwacja na prom powrotny i można iść spać.

Dzień 5 (20 lipca 2020, poniedziałek)

Miłe wygodne łóżeczko trzeba było rano opuścić i przygotować się do drogi powrotnej. Tylko co dalej? Jeszcze mam parę dni, powrót bezpośrednio do Polski nie wchodzi w rachubę. Skoro już jestem w tej części Europy wypadałoby coś zwiedzić. Gdzieś w głowie chodzi mi kolejne miejsce, które bardzo bym chciał zobaczyć. Ale trochę daleko musiałbym odbić. Jechać, nie jechać? Prognozy pogody dobre. Zobaczę na promie, póki co jestem jeszcze w Anglii, decyzję podejmę w ostatniej chwili. Droga powrotna obwodnicą Londynu i dalej, w stronę Dover to sama przyjemność. Może dlatego, że w myślach jeszcze mam ostatnie, mile spędzone dni. Bez problemu wjeżdżam do części portowej, po czym celniczka kieruje mnie do części w której odbywa się kontrola celna. Celnik pyta mnie o to, czy przewożę materiały zabronione, i czy mam nóż. Już wyobrażam sobie, że będę go właśnie pozbawiony – mój ulubiony szwajcarski długi scyzoryk. Po pokazaniu go i otwarciu tankbaga pozwala mi go schować (uff!) i jechać dalej. Kontrola dokumentów i wydanie biletu po okazaniu potwierdzenia rezerwacji i można jechać dalej. Dobrze, że już nie muszę wypełniać jakichś formularzy. Jestem sporo wcześniej i ku mojemu zdziwieniu mam wyznaczoną linię do wjazdu wraz z osobówkami. Po kilkunastu minutach jednak podchodzi pracownik portu i każe mi przejechać na drugą, pustą. Oprócz mnie kilku rowerzystów, a za chwilę dojeżdża kolejny motocyklista. Tym razem nie będę jedynym na pokładzie.

Patrzę na blachy, Rumunia. Oczywiście powitanie i rozmowa w języku angielskim. Okazuje się, że Silviu, bo tak miał na imię, przyjechał do Szkocji, do pracy, a teraz chce wrócić do domu, odwiedzając przy okazji Francję i południową część Europy. Jego Suzuki V-Strom 650 obładowany chyba jeszcze bardziej niż mój. Na promie jemy wspólny posiłek, rozmawiamy. Okazuje się, że jedzie w tym samym kierunku co ja, czyli kieruje się w stronę Normandii. Jako, że jeszcze nie miałem żadnego noclegu zarezerwowanego, a jedynie ustawionych kilka potencjalnych miejsc do spania, tym razem campingów, zdecydowałem się, że będziemy nocować na tym samym polu namiotowym.

Podróż promem, która trwa 1,5 godziny, szybko mija, a w momencie dotarcia do Francji czas dodatkowo należało cofnąć o godzinę. Teraz różnica czasowa działała na moją korzyść. Przede wszystkim chodzi o godziny otwarcia pól namiotowych i czas pracy recepcji, która w większości przypadków kończyła o 19:00. Umówiliśmy się z Silviu na miejscu, bo on, podobnie jak ja, chyba też preferuje samotne podróże i własne tempo, a spotkania z ludźmi jedynie podczas przestoju lub odpoczynku. Tak, to też samotny wilk lub jak niektórzy mówią (a)lone wolf. Wyjeżdżam z promu, od nowa „ucząc się” jazdy, tym razem po prawej stronie. Jak szybko można się przestawić, teraz lepiej by mi się jechało po lewej! Wjeżdżam do centrum Calais, by zatankować i kieruję się na autostradę. Po kilku kilometrach widzę w tylnym lusterku jakiegoś motocyklistę, to Silviu, który mnie dogonił, by mi pomachać i za chwilę zjechać z autostrady.

Dojeżdżam do campingu w okolicy Hawru i rozbijam namiot. Przy rejestracji pani mnie tylko pyta czy jestem tym motocyklistą, który rezerwował wcześniej nocleg, ja jednak zaprzeczam i mówię, że jeszcze go nie ma. Na szczęście miejsc było dużo. Po jakimś czasie dobija Silviu. Prosi mnie bym mu pomógł rozbić namiot, bo nie wie jak się go rozkłada. I chociaż nie miał instrukcji obsługi bez problemu mu pokazałem, gdyż podobny użytkowałem podczas zlotu motocyklowego w Polsce. Szykuje się zatem pierwszy nocleg pod namiotem podczas tej wyprawy. Czuję dużą satysfakcję, że nie wożę tego wszystkiego bez potrzeby. Właśnie rzeczy biwakowe zdadzą pierwszy egzamin.

Pamiętam moją pierwszą wyprawę do Chorwacji, Słowenii i Włoch, gdy czułem pewne rozczarowanie po powrocie, że woziłem ze sobą kupę bagażu niepotrzebnie. Na polu namiotowym znowu wraca pewien dyskomfort związany z nieznajomością francuskiego. Ale ważne, że ludzie są mili. W toaletach, przy umywalkach i w częściach zamkniętych wszyscy respektują reżim jakim jest obowiązkowe noszenie maseczek. Na wolnym powietrzu już nie. Starsi użytkownicy kempingu grają w bule, co wzbudza zainteresowanie większości tutejszej społeczności. Szybko jednak robi się ciemno, a jutro kolejny intensywny dzień.

Dzień 6 (21 lipca 2020- wtorek)

Noc była chłodna i prawdę mówiąc śpiwór, który miałem ze sobą, był na wyższe temperatury, ale cieplejszy śpiwór równa się większej powierzchni. W nocy włożyłem na siebie bieliznę termoaktywną i w miarę się wyspałem. Dzisiaj natomiast chciałem spełnić jeden z kolejnych moich wymarzonych celów – katedra Mont Saint Michel. To katedra wraz z małym miasteczkiem otoczona średniowiecznymi murami obronnymi znajdująca się na wyspie, która…. raz jest wyspą, a raz nią nie jest. No właśnie.

To dlatego jest taka wyjątkowa. Otóż w tej części Francji, przy granicy Normandii z Bretonią, występują jedne z najwyższych pływów. I właśnie w czasie przypływu staje się ona wyspą, a podczas odpływu można do niej dojść suchą stopą. Współcześnie wybudowano tam jednak szeroką kładkę, która pozwala na dotarcie do tego cudu architektury i przyrody bez względu na czas pływu. Ubrałem się więc, spakowałem namiot i wszystkie rzeczy z niego, pożegnałem się z Silviu, który także już był gotowy do dalszej drogi i wyruszyłem do celu. Po kilkunastu kilometrach znowu go widzę w lusterku, machamy do siebie już po raz ostatni i rozjeżdżamy się w swoich kierunkach. W okolicach Hawru, przy ujściu Sekwany, na jej ostatnim moście dojeżdżam do bramek, gdzie pobierana jest płatność za przejazd. I jakież jest moje zdziwienie, gdy nad nimi znajdują się znaki zakazu wjazdu motocyklem! Na to nie byłem przygotowany. Czyżbym wcześniej przegapił jakiś znak zakazujący wjazdu? Wrócić się pod prąd autostradą prawie niemożliwe.

Parkuję swojego rumaka z boku, przeglądam na całej szerokości znaki i na żadnej z nich nie wolno mi wjechać. Trochę zdesperowany idę do jedynego budynku, który się tam znajduje. W środku jakieś kucharki zdziwione moją obecnością. Pytam na odległość, trochę po angielsku, trochę migowo jak mam dalej jechać motocyklem, choć zdaję sobie sprawę, że mogę nie otrzymać odpowiedzi, bo co kucharkę może obchodzić jakiś gościu z kaskiem? Po chwili jednak podchodzi do mnie jedna z kobiet i pokazuje, że motocykle przejeżdżają przez zwężenie z prawej strony, które jest całkowicie nieoznaczone. Było to moje pierwsze spotkanie z przejściem tylko dla motocykli. Tylko czemu nieoznaczone? Gdy później spotykałem się z takimi bramkami, był szlaban i znak motocykla. Tutaj nic takiego nie było. Teraz myślę sobie, że być może dlatego, że przejazd mostem dla motocykli jest bezpłatny, wszędzie indziej już pobierano opłatę. Zresztą te płatności za autostrady we Francji są bardzo różne, raz trzeba płacić jak za motocykl, innym razem nie ma znaczenia, bramki i opłaty są jednakowe dla motocykli i samochodów osobowych.

Przejazd przez ostatni most nad Sekwaną przed jej ujściem jest sam w sobie wielką atrakcją. Nie spieszyłem się, oglądając w oddali port i morze, a także potęgę tego mostu i jego pylony. Przeciąłem prawie całą Normandię autostradą i zbliżając się do celu znów mogłem podziwiać małe miasteczka i wioski, które są naprawdę urocze. Pod koniec mój GPS pokierował mnie wąskimi uliczkami z których, po pewnym czasie, mogłem dojrzeć charakterystyczną sylwetkę katedry.

Znak zakazu dalszej jazdy i strzałki pokazujące parkingi wymusiły bym zmienił trasę. Tak zwani parkingowi skierowali mnie w miejsce, gdzie znajduje się parking tylko dla motocykli. Po otwarciu bramki spostrzegłem jak dużo tam musi być ludzi. Samych motocykli było dużo, nie mówiąc o samochodach. Po zatrzymaniu się dopiero poczułem jak jest gorąco na dworze. Wszyscy chodzą w krótkich spodenkach, t-shirtach i lekkich butach, a ja w ciężkiej skórze, długich i grubych spodniach, nie mówiąc o ciężkich butach. W związku z tym, że parking, choć płatny, był niestrzeżony, wyjąłem pokrowiec na motocykl i upchałem pod nim skórę. Wrzuciłem tylko na siebie krótką koszulkę, okulary przeciwsłoneczne i ruszyłem do oddalonej w znacznej odległości katedry. Zastanawiałem się czy iść do końca, bo chciałem tak naprawdę zobaczyć ją tylko na własne oczy, niekoniecznie ją zwiedzać, bo przyjechałem tu głównie dla tego widoku, który mi utkwił w pamięci, czyli z dala. Ale im byłem bliżej, tym mogłem robić ładniejsze i wyraźniejsze zdjęcia.

I tak doszedłem do samych bram. Wejście, podobnie jak w innych odwiedzanych przez turystów miejscach, możliwe jest tylko w maseczkach. Turystów naprawdę dużo i duża liczba wyróżniających się żołnierzy, chodzących po kilku, z długą bronią. Od razu mi się przypomniało, że przecież Francja jest krajem zagrożonym terroryzmem i takie miejsce jak to, byłoby idealnym potencjalnym miejscem zamachu.

Po przekroczeniu bramy wejściowej rzeczywiście było pięknie. To tak, jakbym nagle przeniósł się w czasy średniowiecza. Dobrze zachowane mury miejskie, budynki, zwodzone mosty, fosa… to wszystko robi wrażenie. Jedynie turyści przypominają, że to XXI wiek. Warto było iść tak długo, by to zobaczyć. Po zrobieniu zakupów, kilku pamiątek, wracam co chwilę się oglądając, to na klasztor, to na atrakcje, które wokół się dzieją. Amazonki ujeżdżające konie stanowią dodatkową atrakcję wpisującą się w tamte czasy.

Lekko zmęczony, ale szczęśliwy docieram do swojego motocykla. Wszystko jest, nic nie zginęło. Mogę jechać dalej. Jeszcze tylko ustawienie na GPS nowego celu. Kemping na wybrzeżu Normandii. Plaża Omaha. Ten rejon Normandii będzie ostatnim, na który poświęcę cały dzień by go zwiedzać. Lądowanie aliantów 6 czerwca 1944r, zwane D-Day, które otwierało drugi front (zachodni) w Europie podczas II wojny światowej było jednym z najważniejszych wydarzeń tego okresu. Mijając kolejne drogowskazy z atrakcjami do zwiedzania docieram w końcu na miejsce. Na szczęście miejsca są, ale koszt noclegu na kempingu w tych rejonach jest prawie taki sam jak na przykład kwatery w Niemczech czy innych rejonach Francji (oczywiście tych mniej atrakcyjnych). Szybkie rozbicie namiotu i zwiedzanie tego, co jeszcze można, tzn. nie zostało zamknięte.

Okazało się, że wszystko już pozamykane oprócz tego co można zwiedzać przez cały czas, czyli to co jest na zewnątrz. Jadę więc obejrzeć linię umocnień niemieckich, czyli bunkry z zachowaną jeszcze częściowo artylerią zwaną Longues-sur-Mer battery i batterie PDT.

Nie zazdroszczę żołnierzom wychodzącym z okrętów, którzy dostawali się bezpośrednio pod ostrzał z niemieckich stanowisk. Piękna pogoda i jeszcze dość wysoko unoszące się słońce pozwalają mi na dotarcie do Pointe du Hoc, miejsca widokowego, znajdującego się między plażami Utah i Omaha, bo tak nazywały się miejsca wysadzenia desantów amerykańskich, na otaczające klifowe wybrzeże.

Tutaj większość niemieckich bunkrów została zniszczona, ale część z nich nadal jest i leje po bombach również. Najpiękniejsze są jednak widoki na wybrzeże. Podobno amerykańskie okręty wojenne bombardowały te klify, by łatwiej było się wspiąć żołnierzom po stromych ścianach. Trafiłem naprawdę z ładną pogodą i tą częścią dnia, gdzie nie ma wielu turystów a przyroda i zachodzące słońce tworzą niezapomnianą atmosferę.

Cmentarz żołnierzy amerykańskich, który znajduje się blisko kempingu zostawiłem na jutro, otwierają go o godzinie 9:00.

Dzień 7 (22 lipca 2020, środa)

Tym razem było w nocy ciepło, mimo tego, że znajdowałem się na samym wybrzeżu i w nocy dość mocno wiało. Nie miało to jednak na mnie wpływu i mogłem się wyspać. Po spakowaniu wszystkich swoich rzeczy na motocykl i porannej toalecie wyjeżdżam w stronę bramy cmentarza żołnierzy amerykańskich. Otwierają ją przy mnie o równej 9:00. Specjalny parking dla motocykli zawsze wzbudza u mnie zadowolenie i poprawia mi humor. Tym razem byłem jednak na cmentarzu i szybko dobry humor zmienił się w zadumę.

Bardzo dobrze zadbany, przystrzyżona trawa i później wyłaniające się pole białych krzyży, które upamiętniają zabitych żołnierzy tamtego okresu robią naprawdę duże wrażenie. Każdy krzyż ma wyryte dane zabitego żołnierza. Podczas spaceru podchodzi do mnie pracownica cmentarza, pytając czy jest w stanie w czymś pomóc, czy szukam jakiegoś grobu? Po odpowiedzi, że „nie, dziękuję” odpowiada, że gdybym jednak potrzebował pomocy to jest w okolicy i z chęcią pomoże. Między krzyżami pracują ciągle osoby dbające o nienaganny stan cmentarza. Trawa aż tryska zielenią. Pośrodku dwie wielkie flagi USA powiewające wśród krzyży. Po obu stronach monumentalne budynki wraz z pomnikiem przypominające tamte chwile. Wewnątrz wyryte wielkie mapy z naniesionymi kierunkami natarć.

To nie był dobry czas dla tych ludzi. Poświęcili się, żeby wyzwolić tę część Europy spod okupacji hitlerowskiej, często nie mając tu nawet rodziny. Plaże byłe zalane trupami. A w oddali widać tym razem łagodnie schodzącą do morza plażę Omaha, która do dzisiaj jest ich ostatnim miejscem spoczynku. Warto tu przyjechać, aby zastanowić się nad tym co naprawdę ma wartość i co jest ważne.

Opuszczam cmentarz zauważając, że w międzyczasie przybyło sporo motocykli i samochodów. Jeszcze tylko wejście do muzeum bitwy Overlord, by w przyległym sklepiku kupić coś na pamiątkę.

Niedługo południe, czas więc kierować się ku domowi. W sobotę wyjeżdżam na Mazury, więc w piątek powinienem już być w domu. Jak zwykle wszystko mam wyliczone co do minuty. Z jednej strony to dobrze, bo mam poczucie dobrze wykorzystanego czasu, z drugiej strony mam obawy, gdyby coś poszło nie tak. Ale w tym momencie najważniejsze jest by szczęśliwie dojechać do domu, nawet gdybym miał się spóźnić. Zdaję sobie sprawę, że przede mną najtrudniejsza część wyprawy. Obieram więc kierunek na Paryż, by w dalszej części jechać jak najbliżej granicy z Luksemburgiem, bo jeszcze tam chciałbym być. Po minięciu malowniczych normandzkich wiosek wjeżdżam wreszcie na autostradę. Co jakiś czas bezobsługowe bramki zaczynają mnie denerwować. I to nie dlatego, że autostrada jest płatna, a dlatego, że można na nich płacić jedynie kartą. Z tych, które posiadam nadaje się tylko kredytowa. Dobrze, że ją wziąłem, bo w przeciwnym wypadku miałbym naprawdę problem. Gotówką nie da się zapłacić, nie ma też nikogo na miejscu. Jedyny kontakt jest przez mikrofon w bramce, gdzie możesz sobie porozmawiać po francusku, jeśli go znasz.

Coraz większy ruch świadczy o zbliżaniu się do stolicy tego pięknego kraju. Od strony kierowcy już tak pięknie nie jest, chociaż i tak przejazd obwodnicą Paryża jest w miarę płynny. Jedynie 2-3 korki tak dużej aglomeracji uważam za sukces. Zwiedzanie mi nawet nie przyszło do głowy. Byłem tam już i wiem, że są dużo lepsze sposoby zwiedzania centrum miasta. Za rogatkami Paryża czuję, że trzeba sobie zrobić przerwę na jedzenie. Kierunkowskazy na Disneyland poprawiają mi humor, ale tam też nie zajrzę. Jadę dalej. Mój cel to tym razem kemping w Verdun. Blisko granicy z Luksemburgiem i słynne miasto z okresu I wojny światowej. W mieście miała miejsce jedna z największych bitew tej wojny, podczas której zginęło około 1 mln francuskich i niemieckich żołnierzy. Miasto jest też symbolem francuskiego oporu I wojny światowej. Docieram na kemping późnym popołudniem. Jest naprawdę malowniczo położony. Po raz pierwszy dają się też we znaki komary. Rozbijam namiot i idę spać.

Dzień 8 (23 lipca 2020, czwartek)

Wstaję i wiem, że będzie to jeden z najtrudniejszych dni mojej wyprawy. Raczej nie dam rady dojechać do Częstochowy, ale żeby chociaż zobaczyć Luksemburg i przejechać przez Niemcy. Jak zawsze zbieram się z parkingu jako pierwszy, ale czuję się dobrze. Ważne, że się wyspałem i nie zmarzłem. Skończyło mi się jedzenie i muszę zatankować, a to wszystko czas. Zbyt częste przystanki mogą zepsuć cały plan. Tu parę minut straty, tam parę minut straty i w ciągu dnia robi się dużo. A w przeliczeniu na przejechane w tym czasie kilometry to bardzo dużo. Ale pewnych rzeczy nie przeskoczę i odpoczynki też muszę robić, choćby na tankowanie. Mijane miasteczka leniwie budzą się ze snu, sklepy jeszcze pozamykane. Kierunkowskazy już wskazują na Luksemburg, gdy nagle pojawia się znaczek „Lidl”.

Wysiadam zrobić zakupy bo już jestem głodny. Obowiązkowe maseczki. Kupuję jedzenie, które mi się w drodze sprawdza: pieczywo, w tym przypadku bagietki, awokado, pomidorki. Zdrowe i dające dużo energii. Tym razem pozwalam sobie na słodką bułkę. Bardzo ciekawe rozwiązanie w sklepie, by ją wyjąć (bułkę) w czasie epidemii. Dostęp do niej jest tylko szczypcami, którymi przekłada się na pochylnię, by można się w końcu do niej dostać. Rozkładam się z tym wszystkim na siodełku od motocykla i jem „w powietrzu”. Widzę, że ktoś mnie obserwuje. W końcu podchodzi do mnie i mówi trochę po francusku, angielsku i polsku. Zauważył polską rejestrację, czym był bardzo zdziwiony, że przyjechałem tu na motocyklu. To Francuz z polskimi korzeniami. Kilka miłych słów, nawet teraz nie jestem w stanie powiedzieć w jakim języku i pora na dalszą jazdę. Mijam granicę i niebawem wjeżdżam na autostradę, tym razem już niepłatną. Od razu dużo większy ruch, pojawiają się nowoczesne budynki. Na chwilę robię przystanek na stacji benzynowej, gdzie paliwo jest wyjątkowo tanie i jadę dalej, w kierunku Polski. Szybko mijam kolejną granicę i teraz już w głowie tylko przejazd przez Niemcy. Czas szybko mija, a kilometry na liczniku przemieszczają się tak powoli. Ale wiem, że na autostradzie to i tak najszybsze przemieszczanie się z punktu A do punktu B. Przy wyprzedzaniu i zmianie pasa ruchu za każdym razem, obowiązkowo muszę się odwrócić, pomimo wcześniejszego zerknięcia w tylne lusterko. Przy tak wielu przejechanych kilometrach parę razy mi się zdarzyło, że jechał obok samochód w tak zwanym „martwym punkcie”. A przecież wystarczy popełnić błąd tylko raz. Na motocyklu nie ma żadnych szans. To jest jedna z tych ważnych rzeczy, których nauczyłem się podczas długich podróży i dużym ruchu.

Jadąc wokół komina zazwyczaj człowiek jest bardziej wypoczęty i lepiej kontroluje co się wokół niego dzieje. Przy długiej podróży trzeba wypracować sobie schemat działania i pewne rzeczy robić odruchowo. Kolejny raz doceniam GPS, który prowadzi mnie na skróty, by nie wjeżdżać do Frankfurtu, gdzie prowadzi większość okolicznych autostrad. Dopiero później już wiem, że nie zjadę już z niej aż do polskiej granicy. Jazda, jazda, jazda. Spodobało mi się stwierdzenie, które niedawno od kogoś usłyszałem: że coś jest nudne jak jazda niemiecką autostradą. Coś w tym jest, ale z drugiej strony uważam, że są najlepsze. Bo dobre i za darmo.

Około 19:00 przekraczam granicę polską w Zgorzelcu. Już mam dość jazdy, a właściwie bólu tyłka od jazdy. Nawet jak się tam dotknę to boli. To było jednak największe wyzwanie dla moich czterech liter. Jednak zadowolony zjeżdżam do Zgorzelca by wyszukać jakiś nocleg. Tym razem wezmę pokój. Bardzo miły głos recepcjonistki „Domu Turysty” informuje mnie, że oprócz pokoju ma dla mnie garaż na motocykl. Podjeżdżam pod sam budynek w samym centrum miasta i z bólem w d… wchodzę do pokoju. Prysznic od razu poprawił mi samopoczucie i szczęśliwy, że już jestem w Polsce kładę się wreszcie na wygodnym łóżku. Stary, wysoki budynek, który choć jest w średnim stanie, przypomina mi dzieciństwo, gdy jeździłem na kolonie i spałem w podobnych miejscach.

Dzień 9 (24 lipca 2020, piątek)

Wstaję dość późno jak na mnie, bo około 8:30 i cieszę się, że już jestem prawie w domu. Internet działa jak należy, sieć komórkowa też, każdy rozumie to, co mówię. Niby to oczywiste, ale jednak cieszy. Polska. Piękny kraj, który „zjeździłem” wzdłuż i wszerz. Wspaniały. Kilka telefonów, pakowanie i zejście do garażu. Jeszcze tylko nasmaruję łańcuch, bo ostatnio robiłem to we Francji, a teraz dostał porządnego kopa. Akurat jest fajne miejsce, na pochyłym szuterku, gdzie mogę to zrobić i każda zagubiona kropla oleju wsiąknie nie zostawiając śladu. Już „załadowany” motocykl przemieszczam w upatrzone miejsce i… Nie może być tak cudownie do końca. Nie utrzymuję go i mój rumak się przewraca z całym przytroczonym dobytkiem. Próbuję go podnieść. Jedna, druga próba. Nie dam rady. Jestem jednak ogólnie trochę przemęczony, a motocykl ciężki. Po kolei zdejmuję kufer, sakwy, tankbag, namiot itd., które wcześniej umocowałem. Tym razem podnoszę go bez problemu. I od nowa to samo, ubieranie go we wszystkie bagaże. Ten incydent nie był w stanie mi popsuć dobrego humoru, jednak po wejściu na motocykl od razu przypomniały mi się wszystkie bóle.

Ostatnie 400 kilometrów dam radę. Na autostradzie, jak na autostradzie, kilometry mijają szybko, ale długi odcinek pozostał mi jeszcze po drogach drugorzędnych. Minus jest taki, że wtedy dłużej czuję ból pośladków, bo dłuższa droga. Ale za to zmniejszył się ból, który wcześniej też był coraz bardziej uciążliwy, a mianowicie barków. Zacząłem go odczuwać przy dużych prędkościach w drodze powrotnej na autostradzie. Przy mniejszej prędkości malał, a na postoju całkowicie ustępował. Związane to było z tym, że jednak silny napór powietrza cały czas napierał na moje barki. Zresztą niedogodności było więcej. Prawie każdy motocyklista przy dłuższej jeździe rozprostowuje dłonie- to chyba efekt słabego krążenia i wystawienia na wiatr. Dobrze, że wcześniej nie miałem jednocześnie tych wszystkich dolegliwości, bo byłoby ciężko, teraz jednak skumulowały się one po długiej, ciągłej jeździe. Każdy kilometr wlókł się coraz bardziej. W końcu zmęczony, ale jednak szczęśliwy i dumny z siebie podjeżdżam pod własne mieszkanie.

Uff! Dobra robota. Nawet czas nie jest zły. Chyba nawet zdążę się przepakować. W końcu jutro rano wyjeżdżam na Mazury. Znowu prawie cały dzień za kierownicą, by w kolejnych zamienić ją na koło sterowe. Ale to już inna pozycja. Wspaniałe uczucie, ale przez najbliższy tydzień nie wsiądę na motocykl, choćby mnie ktoś namawiał. Tak. Zrobiłem to! Warto było! Cieszę się w duchu jak dziecko, bo wreszcie spełniam moje skrywane gdzieś głęboko marzenia. Ważne, że wszystko odbyło się zgodnie z planem i najważniejsze, że szczęśliwie.

Motovoyagerhttps://motovoyager.net
Nasi czytelnicy to wybrana grupa ludzi. Motocykliści, którzy w Internecie szukają inteligentnej rozrywki, konkretnych porad lub inspiracji do wyjazdów motocyklowych. Nie jesteśmy serwisem dla każdego, zdajemy sobie z tego sprawę i… uważamy, że jest to nasz atut. Nie znajdziesz u nas treści nastawionej jedynie na kliki, która nie wnosi niczego merytorycznego. Nasza maksyma to: informować, radzić, bawić nie zaśmiecając głów czytelników bezsensownymi treściami.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

POLECAMY

Badania techniczne motocykli mają być obowiązkowe w całej Unii Europejskiej

W Polsce właściciele motocykli muszą cyklicznie udawać się na badanie techniczne tak samo, jak kierowcy samochodów osobowych. Nie jest to jednak standardem na terenie...

Ducatisti, zapraszamy na Red Track Academy! Wielkie święto Ducati już 26 czerwca na Torze Jastrząb

Zbliża się wielkie wydarzenie dla wszystkich Ducatisti! Już 26 czerwca na Torze Jastrząb odbędzie się całodniowy trening torowy, gdzie wraz z innymi właścicielami motocykli...

Nadchodzi nowy japoński cruiser? Suzuki TR300

Azjatyckie portale donoszą o kolejnym motocyklu segmentu 300 – 400 cm3. Tym razem przyszła kolej na Suzuki. A dokładnie Haojue – chińskiego partnera japońskiego...

Motocyklowy rekord świata – ponad 2000 km i 11 państw jednego dnia na MV Agusta Turismo Veloce

Pobicie rekordu świata wiązało się w tym przypadku z premierą najnowszej MV Agusty Turismo Veloce. Nie ma chyba lepszego sposobu żeby pokazać niezawodność, wygodę...

Motocyklista spuszcza czeskiemu kierowcy srogi łomot na A4. Tylko czy słusznie?

Każdy kto jeździ motocyklem wie, że stanie grzecznie w korku, czy w kolejce do bramek na autostradzie w ponadtrzydziestostopniowym upale, jest delikatnie mówiąc problematyczne......