Przyjaciel z czasów studiów zaprosił mnie do siebie, do Weinheim. Dla mnie, miłośnika militariów, historii Polski i starej motoryzacji była to nie lada gratka. Mając dwa tygodnie urlopu zaplanowałem listę miejsc do zwiedzenia.

Tekst i zdjęcia: Marek Safiańczuk

Ta wyprawa bierze udział w konkursie „Dziel się frajdą, zgarniaj nagrody”.

Wyjazd poprzedziła dokładna analiza trasy, rozpisanie kolejnych punktów zwiedzania jak i potencjalnych noclegów. Zgodnie z założeniem unikałem dróg płatnych i skupiałem się często na tych bocznych, mniej uczęszczanych. Rzeczywistość tradycyjnie nieco zweryfikowała plany i tak niektórych miejsc nie zobaczyłem, ale za to po drodze doszło kilka nowych.

[sam id=”11″ codes=”true”]

Nie pozostało nic innego jak spakować się dzień przed wyjazdem i porządnie wyspać, a w dniu wyjazdu kilka rzeczy usunąć z bagażu, robiąc miejsce dla kilku innych, które w ostatniej chwili uznałem na potrzebniejsze. Między innymi w ten sposób kilka minut przed wyjazdem z bagażu wyleciał namiot który zajmował sporo miejsca, a w jego miejsce powędrowało kilka drobiazgów, pozwalających bez wysiłku domknąć kufer i sakwy. Siłą rzeczy pola namiotowe już na starcie zostały wyłączone z kręgu potencjalnych noclegów. Ale to nic – i tak zamiast materaca wolę normalne łóżko.

Smutne pamiątki

Majdanek
Obóz zagłady w Majdanku
Wyjeżdżam z samego rana, czyli około godziny 10., na rozgrzewkę jadę do Lublina drogą krajową 17, gdzie czeka mnie pierwszy zaplanowany punkt zwiedzania, czyli obóz koncentracyjny Majdanek w Lublinie. Obóz ten funkcjonował od 1941 do 1944 roku i pochłonął według różnych szacunków ok 80. tysięcy ofiar. Wejście na teren obozu jest darmowe, płatny jest tylko parking – za motocykl płacę 2 zł. Po trwającym kilka godzin zwiedzaniu (teren obozu jest bardzo rozległy, dodatkowo jest sporo wystaw) opuszczam Lublin i jadę na teren kolejnego obozu.

Kilka kilometrów od Włodawy znajdują się pozostałości po obozie koncentracyjnym Sobibór. Obóz ten funkcjonował od roku 1940 do powstania więźniów w 1943 roku w wyniku którego został ostatecznie zamknięty, a pozostali przy życiu więźniowie, wraz z więźniami z innych obozów, uczestniczyli w procesie zacierania śladów po nim. Z tego względu obóz jest bardziej pomnikiem niż żywym świadectwem tego co miało tam miejsce. Łącznie na terenie obozu śmierć poniosło prawdopodobnie ok 250 tysięcy ludzi.

Sobibór robi wrażenie, choć niemal nic po obozie nie pozostało
To ostatni punkt zwiedzania tego dnia, nie zostało nic innego jak skierować się do uprzednio zarezerwowanego noclegu. Za 30 zł mam do dyspozycji duży pokój, a właściwie pół piętra, ponieważ jestem tam akurat jedynym gościem. Miły i skory do rozmowy gospodarz podsuwa mi kilka ciekawych miejsc do zwiedzenia, które automatycznie wpisuję do planu zwiedzania na dzień kolejny.

Ukryte bunkry

Bogatszy o nowe wskazówki wyruszam rano w kierunku cmentarza w miejscowości Osuchy. Pochowanych jest tam około 300 powstańców, którzy ponieśli śmierć w wyniku akcji oczyszcza okolicznych lasów z partyzantki. Po drodze można natknąć się na pomnik poety Mirosława Romanowskiego, który zginął w podczas powstania styczniowego. Po drodze jest jeszcze gdzieś niedaleko spalony tartak z 19. wieku, ale niestety nie udaje mi się go odnaleźć a miejscowi, których pytam o drogę nie wiedzą nic o tym miejscu.

Bełżec - przerażająca pamiątka po ludobójstwie
Z Osuch kieruję się do kolejnego obozu zagłady – w Bełżcu. Obóz ten funkcjonował dość krótko, bo ledwie w 1942 roku, ale pochłonął łącznie około 600 tysięcy ofiar. Wejście na teren obozu i muzeum jest darmowe, płatny jest tylko parking (motocykle 2 zł).

[sam id=”11″ codes=”true”]

Kolejnym punktem zwiedzania są bunkry linii Mołotowa we wsi Lubczyca Królewska. Wiem o nich od mojego wczorajszego gospodarza. Nie mając większej ilości informacji skupiam się na tym co udaje mi się znaleźć. A niestety nie ma tego wiele, w dodatku bunkry które oglądam znajdują się na obsianych polach. Dzięki uprzejmości jednego z gospodarzy, na terenie którego znajdował się najbliższy bunkier, mam okazję go zwiedzić. Kolejny powód żeby po zebraniu dokładniejszych danych powrócić kiedyś w te rejony. Uwaga – z racji bliskości z granicą trzeba uważać na roaming, telefon w tamtych rejonach często łapie zagraniczne sieci, ma to znaczenie w przypadku nowszych telefonów które do działania potrzebują transferu danych.

Bunkry Lubczyca
Aby znaleźć niektóre bunkry trzeba się naszukać
To ostatni punkt zwiedzania tego dnia, więc kieruję się ku miejscu noclegowemu w okolicach Nowego Sącza, skąd mam plan nazajutrz wybrać się na Słowację. Jadąc drogą wojewódzką 865 odkrywam trzy perełki, przy których muszę się zatrzymać. Pierwszą z nich jest ciekawy opuszczony, popadający powoli w ruinę kościół z małym cmentarzykiem w miejscowości Oleszyce. Parkując motocykl na poboczu drogi wpadam w małą grząską pułapkę.

[sam id=”21″ codes=”true”]

Jadąc dalej w kierunku Przeworska, poruszam się bocznymi, pustymi drogami. Za wsią Gorzyce odnajduję malutki cmentarzyk żołnierzy z okresu I wojny światowej (niemieckich, austriackich, rosyjskich – część mogił bezimienna). To co rzuca się w oczy to ceramiczne tabliczki z nazwiskami żołnierzy. Nie startuję nawet dobrze, a  kilometr dalej moją uwagę przykuwa pomnik z tablicą poświęconą Władysławowi Jagielle.

Nie napotykając dalej już nic ciekawego śmigam w kierunku Nowego Sącza, znajduję ostatecznie nocleg w bacówce będącej własnością Uniwersytetu Adama Mickiewicza w Poznaniu. Ładne, klimatyczne miejsce z fajnymi widokami i dobrym piwem. Koszt noclegu około 25 zł.

Piękna Czeszka

Planuję tego dnia zawitać na Słowację, ale w okazuje się, że muszę nieco zmodyfikować trasę i dojechać do Weinheim dzień wcześniej niż planuję. Udaję się na zachód w kierunku zapory na Zbiorniku Goczałkowickim. Kilka kilometrów za Zakliczynem dostrzegam drogowskaz kierujący do ruin zamku. Są to ruiny gotyckiego zamku rycerskiego w Melsztynie. Z zamku pozostało tylko kilka ścian i świetny widok na Dunajec. Jadąc tam należy mieć na uwadze parking pułapkę Położony jest on na sporej pochyłości, jest także dość mały i ograniczają go z jednej strony skarpa zarośnięta trawą a z drugiej urwisko, przez co manewrowanie na nim może sprawiać pewne trudności.

Goczałkowicki
Chwila odpoczynku nad Jeziorem Goczałkowickim
Zbiornik zaporowy na Wiśle, czyli Jezioro Goczałkowickie powstało w 1956 roku. Jego powierzchnia wynosi 3200 ha, a to co mnie tutaj sprowadza, czyli zapora, ma prawie trzy kilometry długości. Ładny obiekt. Po nasyceniu oczu widokiem natury okiełznanej przez człowieka, tuż po południu kieruję się ku pierwszemu żelaznemu punktowi tej wycieczki, czyli Muzeum Techniki Tatra w Kopřivnicach. Chciałem je zobaczyć odkąd dawno temu przeczytałem artykuł o Tatrze T700, która do tej pory jest moim ideałem nieszablonowej limuzyny.

Jako że do Kopřivnic dojeżdżam tuż przed zamknięciem muzeum, nie zostaje mi nic innego jak pokręcić się po okolicy w celu znalezienia noclegu. Jak się okazuje nie jest to wcale takie proste ponieważ ceny są tu iście europejskie. Upragniony nocleg znajduję  kilka kilometrów dalej w miejscowości Pribor. To mały hotelik przy głównej drodze koło przejazdu kolejowego, z pubem w którym przesiadują miejscowi. Tutaj mam w końcu okazję sprawdzić czy naprawdę łatwo jest się Polakowi dogadać z Czechem. Da się, wystarczy mówić powoli i wyraźnie.

Koprzivnice
W Koprivnicach podziwiałem historię czeskiej motoryzacji
Dostaję bardzo schludny pokój za iście śmieszną jak za standard cenę 35 złotych. Nie zostaje nic innego jak zejść na dół na piwo i poobserwować miejscowych i okolice. A jest co obserwować – obsługą hotelu stanowi śliczna Czeszka, dla której chciałoby się zamieszkać w tym hotelu na stałe. Śmiało mogę polecić to miejsce dla szukających noclegu w tych rejonach.

Nostalgiczne muzeum

Wstaję z samego rana bo wiem, że dzisiejszego dnia czeka mnie dużo zwiedzania. Gnam co sił w cylindrach do Koprzivnic, gdzie po zakupieniu biletu za 35 złotych rzucam się w wir podziwiania czeskiej motoryzacji. Muzeum ma trzy główne kondygnacje i jest ciasno upchane wszelkiego rodzaju perełkami, więc wybierając się tam warto zarezerwować sobie kilka godzin wolnego żeby wszystko spokojnie obejrzeć. Oprócz statycznego oglądania, jest sporo prezentacji multimedialnych i sklepik gdzie można zaopatrzyć się w pamiątki. Wejście do muzeum, kosztuje ok 30 zł, pamiątki też w rozsądnych cenach.

Koprzivnice2
W Koprivnickim muzeum mógłbym spędzić kilka dni
Po dokładnym obejrzeniu wszystkiego z każdej możliwej strony i zaopatrzeniu się w niezbędne pamiątki wsiadam na Yamahę i kieruję się ku chyba jedynemu w naszym kraju Muzeum Horroru na terenie pałacu w Wojnowicach koło Raciborza. Urocze miejsce, gdzie po ogrodzonym terenie wokół biegają sobie sarenki, osiołki i inna zwierzyna, miejsce jest także wynajmowane na wesela (pałac a nie muzeum). Jak się okazuje jestem jedynym gościem tego dnia i właściciel nie ma innego wyboru jak zrobić prezentacje tylko dla mnie. W samym muzeum obowiązuje zakaz fotografowania za wyjątkiem kilku miejsc. Poza jednym miejscem, gdzie nawet ktoś przygotowany na to co się może stać podskoczy do góry, reszta jest całkiem urocza i ogląda się wszystko z przyjemnością. Wstęp kosztuje 10 zł.

[sam id=”11″ codes=”true”]

Z Wojnowic kieruję się dalej na zachód w okolice Kłodzka by tam znaleźć nocleg w pobliżu miejsc, które miałem zamiar zwiedzić w dniu następnym. Jadąc tam można zajechać do kopalni złota w Złotym Stoku. Ja niestety przyjeżdżam kilka minut przed zamknięciem, więc kieruję się dalej na poszukiwania noclegu. I to są zdecydowanie najtrudniejsze poszukiwania noclegu w mojej karierze podróżnika – kończy się na kilkunastu telefonach do mijanych w pobliżu noclegów aż w końcu znajduję upragnione lokum w Kudowie Zdroju w Gościńcu Solan. Przemiły właściciel, wychodzący z założenia, że lepiej wynająć pokój jednej osobie na jedną noc i coś zarobić niż nie wynajmować wcale. Samotny nocleg w trzyosobowym pokoju kosztuje mnie 30 zł. Na kolację łapię się na grilla robionego przez turystów – niestety nie pamiętam skąd dokładnie, ale gdzieś z południa Polski. Są bardzo mili i gościnni, ale jako że miałem plany co do dnia następnego po kilku kolejkach uciekam do swojego pokoju.

Wieczorem właściciel napomina mi o bunkrach tuż za granicą, w miejscowości Nachod. Właściwie o całej lini bunkrów. I znowu jak ktoś lubi takie miejsca może tam spędzić sporo czasu. Ja wybieram kilka po drodze do muzeum wojskowego w Kralikach.

Dobrosov
Bunkry kompleksu Dobrosov
Po wjechaniu do miejscowości Nachod dość szybko rzuca się w oczy bunkier przeciwpiechotny Brezinka (będzie widoczny po lewej stronie, naprzeciwko dużego marketu). Jest zachowany w bardzo dobrym stanie i zawiera mnóstwo wojskowego sprzętu. Wstęp kosztuje kilka złotych. Instrukcje są w kilku językach, także w polskim. Bunkry wchodzą w skład okręgu artyleryjskiego Dobrosov

Drugim obiektem na jaki trafiam jest grupa warowna Dobrosov, czyli kompleks kilku, połączonych ze sobą bunkrów. Wstęp kosztuje ok. 10 złotych, oraz jak się później okazało więcej dla grup zorganizowanych z przewodnikiem, ale grupa mogła zejść niżej i zwiedzać przejście między bunkrami. O tym nie wiem, ale na szczęście nie przykuwa to niczyjej uwagi i przez nikogo nie niepokojony zwiedzam sobie w spokoju co chcę. Na dole jest dość chłodno, więc lepiej przygotować zawczasu polar.

[sam id=”22″ codes=”true”]

Na najniższy poziom prowadzi 171 schodów. Ostatecznie wychodzi się w drugim bunkrze oddalonym ok ok 200 metrów od pierwszego. Kilka kilometrów przed muzeum w Kralikach trafia się kolejny samotny bunkier-muzeum Lichkov, przy drodze 312. Niestety na miejscu nie spotykam nikogo, więc zwiedzam tylko z zewnątrz.

Wejście do muzeum w Kralikach kosztuje ok 10 zł. Znajduje się tam ogrom wojskowego sprzętu, jeżdżącego, latającego i przeważnie strzelającego. Można tam utknąć na długie godziny a wychodząc obkupić się w miejscowym sklepiku.

Kraliki
Muzeum w Kralikach
To ostatnie zaplanowane miejsce zwiedzania w tym dniu. Muszę dojechać do punktu noclegowego, czyli do Pragi. Co jak się okazuje wcale nie jest takie łatwe. Cały dzień nawigacja płata mi figle działając jak chce, by ostatecznie po wjechaniu do Pragi odmówić całkowicie współpracy. Sytuacja nie wygląda ciekawie, bo dochodzi godzina 20., a ja jestem sam w obcym mieście bez noclegu. Ratuje mnie telefon – łapię darmowe wifi jakiejś kawiarni i wprowadzam adres potencjalnego noclegu. Udaje się i z niemałymi trudnościami zajeżdżam pod akademik. Nie wygląda szczególnie zachęcająco, tak samo jak okolica, w dodatku nie jest przesadnie tani (60 zł), ale jestem już na tyle zmęczony i zły, że przystaję na to co mi zaoferowano.

[sam id=”11″ codes=”true”]

Stawiam dwa piwa nocnemu gospodarzowi mojego budynku a ten obiecuje, że będzie miał na uwadze bezpieczeństwo Yamahy. Chyba się sprawdził, bo rano stoi tam gdzie ją postawiłem, czyli przed wejściem. Wieczorem postanawiam, że z rana rozejrzę się za nową nawigacją, bo dopiero od tego dnia zaczyna się tak naprawdę wyjazd.

W cieniu Bundeswehry

2013-07-22 17.00.21
Drezno to bardzo ładne i czyste miasto
Poszukiwania taniej nawigacji w Pradze nie przynoszą rezultatów – w sklepach wciskają mi sprzęt za 800-1000 zł. Grzecznie dziękuję i decyduję, że na moment skoczę do Polski i kupię jakąś tanią navi. Jeszcze nie wiedząc gdzie dokonam zakupu kieruję się najpierw na Mlada Boleslav, potem na przejście graniczne Jakuszyce i przez Szklarską Porębę dojeżdżam do Jeleniej Góry. Od granicy jadę fantastycznym odcinkiem DK3, stromym z fajnymi zakrętami. Po dokonaniu niezbędnego zakupu muszę wykreślić dwa punkty z mojego planu wycieczkowego znajdujące się w Niemczech przy granicy z Czechami.

Kieruję się na Zgorzelec i bezpośrednio do Drezna, gdzie mam do zwiedzenia jedno ciekawe miejsce i zaplanowany nocleg. Odcinek nie jest szczególnie długi, więc jadę na miejsce unikając autostrad, powoli przemieszczając się zwykłymi drogami. Po drodze trafiam na ruiny starego kościoła i pomnik poświęcony żołnierzom we wsi Pasiecznik kilkanaście kilometrów za Jelenią Górą.

Drezno2
To co lubię: historia militariów w Muzeum Bundeswehry
W końcu po południu wjeżdżam do Drezna. Śliczne miasto, pełne zabytków, czyste. Pozostało znaleźć nocleg. Spoglądam na listę hosteli, którą przygotowałem sobie w domu i wybieram pierwszy lepszy. Hostelik jest bardzo ładny, fajnie urządzony, w fantastycznym miejscu z barem na dole. Koszt noclegu w pokoju 10 osobowym wynosi mnie 60 zł. Towarzystwo młode, ale spokojne, żadnych rozrób, burd itp. Można w spokoju porozmawiać z ludźmi z całego świata.

Dzień szósty, pobudka z samego rana, szybkie śniadanie i ruszam do oddalonego o kilka kilometrów Muzeum Wojskowo-Historycznego Bundeswehry. Całość jest położona w kilkupiętrowym, ciekawie zaprojektowanym budynku. Część wystawy – większe pojazdy typu czołgi, ciężarowki, łódź umieszczone są na terenie okalającym budynek. Zbiory są gigantyczne, podzielone na kategorie, z różnymi wystawami tematycznymi. Koszt wjazdu 5 euro.

[sam id=”11″ codes=”true”]

Tego dnia mam dość ambitny plan dotarcia przed nocą do Weinheim, ponieważ Konrad wyjeżdża na dwa dni i ma mi przekazać klucze do mieszkania. Muszę nieco nadgonić więc trzymam się autostrad, zjeżdżam na chwilę w Zwickau żeby zatankować i coś zjeść. Kręcę się po okolicy, spaceruję po ładnym rynku i pędzę dalej na zachód. Do tej pory pogoda mi dopisuje, niestety jakieś 200 kilometrów przed Weinheim robi się szaroburo i zaczyna padać deszcz. Ubieram szybko przeciwdeszczówkę i gnam dalej. Niestety – z lekkiego deszczu robi się ściana wody a autostrada zamienia się w rwący potok, do tego wyprzedzane tiry robią dodatkowy prysznic wszystkiemu naokoło.

Droga2
To, co lubię: mniej uczęszczane drogi
Pasuję i postanawiam przeczekać najgorsze pod jakimś wiaduktem. Po pół godzinie deszcz uspokaja się na tyle, że da się w miarę normalnie jechać więc pędzę dalej z planem nadgonienia straconego czasu. Udaje się i późnym popołudniem dojeżdżam do całkiem ładnej, turystycznej miejscowości. Udaje nam się jeszcze skoczyć na pizzę i coś do picia, po czym Konrad żegna się i pędzi załatwiać swoje sprawy. Ma wrócić kolejnego dnia wieczorem.

W miłym towarzystwie

Wypoczywam i zwiedzam okolicę. Weinheim to ładne miasto leżące w masywie górskim Odenwald, w dodatku z mnóstwem starych budowli, niektóre mają po kilkaset lat. Widać że II Wojna Światowa obeszła się z tym rejonem łaskawie. W bruku wmurowane są tabliczki informujące o żydowskim właścicielu danego budynku z informacją kiedy i gdzie został wywieziony. Wieczorem Konrad wraca i, jak było do przewidzenia, postanawiamy powspominać czasy studenckie. Dołącza do nas jeszcze Piotrek z Patrycją i w takim komplecie wspominamy dalej.

Mannheim2
Urocze atrakcje Mannheim
Pobudka nie należy do łatwych, po dojściu do siebie ruszam na dalsze zwiedzanie okolicy. Po południu Piotrek i Patrycja zabierają mnie na zwiedzanie Mannheim, karmienie gęsi i innego żarłocznego ptactwa. Wieczór to już spokojne rozmowy i zwiedzanie tego co ma do zaoferowania Weinheim i okolica (ruiny zamku Windeck), pod wprawnym okiem Konrada i powolne pakowanie rzeczy do jutrzejszego wyjazdu.

Wreszcie Berlin

Plan wygląda prosto: Weinheimm – Berlin. Jadąc autostradami i trzymając się mniej-więcej ograniczeń prędkości docieram popołudniem do Berlina, gdzie mam zapewniony nocleg u rodziny, w dzielnicy Tempelhof. Rezerwuję sobie cały na zwiedzanie tego, co w Berlinie mam do zobaczenia, czyli: Bramy Brandenburskiej, Muzeum Motocykli NRD, Muzeum Luftwaffe kilku innych pomniejszych.

Muzeum NRD
W takim niepozornym budynku mieści się Muzeum Motocykli NRD
Na pierwszy ogień idzie muzeum motocykli NRD, myślę że punkt obowiązkowy każdego miłośnika motoryzacji, wstęp za 7,5 euro (w tym opłata za fotografowanie). A w środku OGROM starych motocykli, tych jeżdżących na co dzień jak i prototypów. Gdzie się nie zakręcić tam coś ciekawego do sfotografowania. Czuję się jak japoński turysta robiący zdjęcie wszystkiemu dookoła. Muzeum mieści się w takim to niepozornym budynku.

Następnie Brama Brandenburska, wygląda… jak wygląda :) Trochę pachnie cepelią, tłumy turystów, rycerze jedi i Lord Vader pozujący do zdjęć za kilka euro i śniadzi ludzie kręcący się po okolicy i wciskający bezwartościowe losy, bony, cegiełki na ratowanie czegośtam. Szybko pędzę dalej pokręcić się po okolicy. Trafiam na ładny pomnik poświęcony żołnierzom radzieckim.

Luftwaffe2
Do Muzeum Luftwaffe trafiłem po dłuższych poszukiwaniach
Z kolejnym punktem zwiedzania czyli muzeum Luftwaffe mam niejaki problem, ponieważ to co sobie zapisałem jako adres nie było jednak adresem. Spotkany policjant również nie zna lokalizacji muzeum, nawet o takim nie słyszał. Dzwoni gdzieś i za chwilę trzymam w dłoni kartkę z adresem.

Muzeum mieści się na terenie byłej amerykańskiej bazy wojskowej, a właściwie lotniska wojskowego. Wstęp jest darmowy lub co łaska, nie zrozumiałem do końca, ale udało mi się wejść za darmo. Składa się ono z trzech hangarów, ale wstęp jest tylko do dwóch z wystawami oraz terenu dookoła, z mnóstwem samolotów i sprzętu który jest niezbędny do funkcjonowania lotniska wojskowego.

Co znamienitsze obiekty znajdują się w hangarach, podzielonych tematycznie, w jednym są samoloty, wyposażenie, kabiny samolotów, stanowiska kierowania lotami, itp z okresu funkcjonowania tam amerykańskiej bazy, w drugim znajdują się niemieckie (nie tylko) latające perełki od początku lotnictwa do mniej więcej drugiej wojny światowej. W tym odrzutowy Messerschmitt Me 163. Jest też trochę prezentacji multimedialnych, oraz demonstracyjne stanowiska do kontroli lotu, gdzie można zobaczyć jak wyglądała praca kontrolera na żywo, ponieważ wszystko działało.

Luftwaffe
Mój myśliwiec też nie najgorszy
Tego dnia jest tak gorąco, że krótko po wyjeździe zawracam i zostawiam w mieszkaniu kurtkę. Z czasem żałuję, że nie mam krótkich spodni, dawno nie podróżowałem w takim ukropie. Na koniec dnia dopiero zauważam, że moje ręce przybierają brązowy odcień i zaczynają swędzieć. Opalenizna utrzymuje się jeszcze długo po powrocie do domu.

Na koniec dnia jadę jeszcze kolejką podmiejską nad zbiornik wodny, którego nazwy nie pamiętam i próbuję narodowej niemieckiej potrawy, czyli kebabu serwowanego przez turka. Dobry.

Wracam do Sulejówka. Mam cały dzień więc postanawiam zrobić mały eksperyment i przejechać całą trasę starając się nie łamać przepisów i unikać dróg płatnych. Jak mogłem się spodziewać, pokonanie 660 kilometrów zajmuje mi cały dzień. Po drodze zatrzymuję się tylko przy rekonstrukcji wiatraków w Moraczewie, oraz kawałek dalej przy pomniku poświęconym bohaterom września 1939 r.

Droga
Takie drogi kocham najbardziej

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.