Siedzę w samolocie do Paryża i wyobrażam sobie naszą wyprawę. Wspaniałe kręte drogi Hiszpanii, epokowe dzieła Gaudiego, romantyczne uliczki Paryża. Miało być pięknie i było – choć inaczej niż oczekiwałam.

 

Tekst i zdjęcia: Magdalena Józefacka

Kiedy wychodzę z lotniska, mój ukochany podjeżdża na swoim rumaku, lecz zamiast róży w kasku przywozi mi wiadomość: „Zgubiłem bagaż”. W pierwszej chwili nie dociera do mnie co mówi. No cóż, każdemu się zdarza – mówię. Daj mi tylko spodnie i jedziemy.

Spodnie były w bagażu

Nasza Aprilia w dniu wyjazdu
I tak wsiadam w dżinsach na motocykl i ruszamy na poszukiwanie naszego rollbagu. Po jakichś 100 km w jedną, a potem w drugą stronę, pozbawieni złudzeń, całego sprzętu biwakowego, jedzenia, apteczki i moich motocyklowych spodni docieramy do hotelu. Całe szczęście, że pierwszą noc mamy zaplanowaną w hotelu a nie na biwaku.

Droga D1001 do Paryża jest bogata w rolnicze widoki. Cisza i spokój. Szeroka droga prowadzi nas wprost na Paryż. O zbliżającym się Paryżu informują nas rozpoczynające się korki. Całe szczęście, że jesteśmy na motocyklu. Kultura francuskich kierowców zaskakuje nas bardzo pozytywnie.

[sam id=”11″ codes=”true”]

Widząc w lusterkach motocykl rozjeżdżają się, żeby umożliwić nam przejazd. Oj kiedy takich czasów doczekamy się w Polsce? Korek na A115 się zwiększa, temperatura ciągle wysoka, więc zaczynamy się lekko gotować w naszych strojach. Nawigacja prowadzi nas do hotelu, a my wierzymy, że prowadzi nas dobrze.

Kiedy pokazuje, że jesteśmy na miejscu, po hotelu ani śladu. Samochodów mnóstwo, wąskie uliczki, pędzące skutery, pot leje się z nas, upał choć już wieczór. Wyjmuję mapę, znajduję uliczkę na której znajduje się hotel, dwa kroki od nas. W końcu z mapą w ręku udaje nam się dotrzeć przed hotel.

Wieża Eiffla
Choć nasze ciała i umysły ciągną nas do łóżka, chęć zobaczenia Paryża nocą jest silniejsza. Nic nie zastąpi widoku wieży Eiffla nocą. Ruszamy na plac Trocadero, by podziwiać pięknie oświetloną wieżę, oraz zasmakować zgiełku i atmosfery paryskiej ulicy. Postanawiamy urządzić sobie romantyczny space. Najpierw Champs Elysees na piechotkę, potem Łuk Triumfalny i tętniący Plac Concorde. Ciepłe powietrze, tłumy na ulicach, otwarte sklepy, sznury samochodów – tak o północy wygląda Paryż.

Pozytywnie zmęczeni wracamy do hotelu. Jest pierwsza w nocy.

Niedziela w dżinsach

Po delikatnym śniadaniu z przepyszną chrupiącą bagietką i aromatyczną kawą, spakowani wyruszamy na wzgórze Montmarte. Pięknie – widok na cały Paryż, w dole Montmartre, zieleń i piękna biała bazylika, górująca nad miastem.

Gdzieś we Francji
Mamy jeszcze jedną rzecz do załatwienia. Musimy uzupełnić moją garderobę motocyklową. Niestety, w niedzielę sklep jest nieczynny. Podejmuję ryzykowną decyzję – jadę dalej w dżinsach licząc na dobrą pogodę. Wyjeżdżamy z Paryża drogą A6. Wyjazd z miasta totalnie zakorkowany, próbujemy się przecisnąć, lecz śmigające wkoło skuterki momentami nas przerażają. Pierwsze tankowanie w Fontainbleu na terenie Parku Naturalnego Gatinais. Piękne leśne tereny, chwila wytchnienia od słońca. Następnie zjeżdżamy na N7 i ruszamy w kierunku Moulins. Przejeżdżamy przez małe miejscowości, niektóre wyglądają na opuszczone. Nikogo na ulicach, w ogródkach nie słychać muzyki ani dzieci. Jakby wymarły kraj.

[sam id=”11″ codes=”true”]

Jedziemy wzdłuż Loary, w Pouilly sur Loire robimy krótką przerwę. Siadamy na trawie podziwiając płynącą rzekę, cisza i spokój, pełen relaks. Ruszamy dalej. Nie możemy się nadziwić ciszy miasteczek francuskich. Powoli zbliżamy się do Clermont Ferrand, miasta położonego na wysokości 410 m n.p.m. u stóp pasma wygasłych wulkanów Masywu Centralnego.

Najbardziej znany z wulkanów Puy de Dome znajduje się 13 km od miasta i wznosi się na 1465 m npm.

Wiaduc du Millau

Masyw Centralny
Po noclegu w tanim hotelu ruszamy dalej drogą N7, która wije się wzdłuż masywu gór, aż do Saint Flour. Wjeżdżamy na wysokość powyżej 1000 m npm. i zaczyna mi trochę dokuczać zimno. Dżinsy, nawet z bielizną termoaktywną nie są dobrym rozwiązaniem.

Piękne góry po naszej prawej ręce i małe miasteczka zbudowane wokół kościołów i zamków urozmaicają nam jadę szeroką, dwupasmową drogą. Coraz więcej motocyklistów pozdrawia nas z naprzeciwka. Daje nam to do myślenia. Tym bardziej, że po naszej stronie do tej pory minęliśmy kilka motocykli, a z przeciwka jadą grupa za grupą.

Podczas postoju w Severac de Chateau, dowiadujemy się, że grupy motocyklistów jadące z naprzeciwka to motocykliści wracający z MotoGP w Barcelonie. Chłopaki pędzą w swoją stronę, a my relaksujemy się na kawiarnianym tarasie podziwiając zamek na wzgórzu.

Wiadukt kolejowy w Garabit
Kolejny przystanek to wiadukt kolejowy Garabit – ogromna metalowa konstrukcja pomiędzy wzgórzami, z drugiej strony zatoka jachtowa. Wszystko robi niesamowite wrażenie. Wiadukt ogromny, nie chce się zmieścić w kadrze aparatu.

Autostrada A75 prowadzi nas prosto w objęcia najwyższego wiaduktu w Europie. Najwyższy punt wiaduktu Millau znajduje się na wysokości 341 m. Ogromna metalowa konstrukcja wznosi się nad doliną i miastem Millau. Co prawda za przejazd wiaduktem trzeba zapłacić, ale warto. Wrażenie niezapomniane. Przejazd wiaduktem staram się uwiecznić na zdjęciach i wykonując kaskaderskie wygibasy staram się jak najlepiej uchwycić wiadukt z naszą Aprillką.

Wiadukt Millau
Po szybkim posiłku zjeżdżamy z A9 na żółtą drogę D914 wijącą się u podnóży Pirenejów. Piękne widoki i cudownie kręta droga powoduje problemy ze skupieniem. Z jednej strony trzeba uważać na drodze, z drugiej strony nie sposób się oprzeć widokom jakie serwuje nam wybrzeże.

Gdzieś przed Cerbere znajdujemy na zakręcie drogi idealne miejsce biwakowe. Osłonięta drzewami zatoczka postojowa z zamontowanymi stolikami. Ideał. wybieramy w miarę mało kamieniste miejsce, zabezpieczone z tyłu drzewami. Z jednaj strony widok na morze, z drugiej spływający potok z gór wpływający w odpływ pod drogą.
Rozbijamy nasz nowy namiot, chwilę podziwiamy widoki i wciskamy się w zakupione po drodze śpiwory zmęczeni dzisiejszą trasą.

Hiszpańskie drogi

Budzi nas dźwięk odpalanego silnika autobusu, zrywam się na równe nogi. Jak to? Przecież nie słyszałam, żeby taki olbrzym wjeżdżał w nasze sąsiedztwo. Zanim wygramoliłam się z namiotu żadnego olbrzyma nie ma. Za to wita mnie śpiew ptaków, błękitne niebo i ciepłe słoneczko.

Pola winorośli
Dopiero teraz mogę bliżej przyjrzeć się naszemu biwakowi. Wychodzę na drogę, aby zrobić parę zdjęć i widzę po drugiej stronie drogi na zboczu samochód, który musiał się tu sturlać już jakiś czas temu. Działa na wyobraźnię. Przypominam sobie naszą wczorajszą drogę po zmroku i cieszę się, że to nie my tam leżymy. Po pysznym śniadanku, zwijamy biwak i ruszamy dalej.

[sam id=”11″ codes=”true”]

Podjazd, winkiel i prosto na granicę. Widok piękny, z jednej strony jeszcze wybrzeże francuskie, z drugiej strony już zatoka hiszpańska. Architektura i styl bardzo podobny po obydwu stronach. W końcu Katalonia nie kończy się równo z granicą państwa.

Hiszpania. Nie zmyślał ten, który mówił o pięknie hiszpańskich dróg. Droga górska, a jednocześnie szeroka, zakręty świetnie wyprofilowane, nawet ja bez paniki razem z kierowcą składam się coraz lepiej w zakrętach. Teraz ostry zjazd w dół, kolejny ostry winkiel i jesteśmy już w Portbou – pierwszej hiszpańskiej miejscowości na wybrzeżu.

Północne Pireneje - granica Francji
Damian ma problemy z kostką. Pomimo smarowania i środków przeciwbólowych boli coraz bardziej i nie pozostaje nam nic innego jak zmienić naszą trasę i najpierw udać się do szpitala miejskiego w Figueres.
Figueres wita nas pięknie przyozdobionymi rondami, na każdym z nich rzeźba katalońskiego artysty i wszechobecna mozaika ceramiczna. Bardzo dobrze oznaczone miasteczko kieruje nas swoimi uliczkami do szpitala. Gorące powietrze otacza nas ze wszystkich stron, znowu się gotujemy.

Po wyjściu ze szpitala stwierdzamy brak jednego namiotu. Pasek, którym był przymocowany do sakwy wisi sobie powiewając na lekkim wietrzyku. W korku sakwa się obniżyła i pasek stopił się od temperatury rury wydechowej.
Niezrażeni kolejnymi kosztami postanawiamy najpierw odwiedzić Muzeum Salvadora Dali. Budynek robi na nas niesamowite wrażenie, jednakże w środku spodziewałam się czegoś więcej. Może dlatego, że wiele dzieł Salvadora znam i nie robią one na mnie już takiego wrażenia.

Wjeżdżamy do Hiszpanii
Wychodzę z lekkim niedosytem, jednak kobieta ma swoje sposoby na poprawę humoru. Kupiłam nikomu nie potrzebny magnes w kształcie słynnych lejących zegarów. Będzie wisiał na lodówce. Wsiadamy na motocykl i ruszamy w kierunku wybrzeża. Nasz cel Cadaques i Port Lligat gdzie znajduje się dom Salvadora Dali.

Drogą C-68 jedziemy w kierunku Roses i dalej wąską górską drogą wprost do Cadaques. Przejeżdżamy miasteczko i udajemy się do Port Lligat, gdzie znajduje się dom Salvadora Dali, który od 1930 r. był powiększany i rozbudowywany o kolejne chatki rybackie. Ostrzę sobie zęby na to co może być w środku, wszakże Dali był surrealistą w każdym calu.

Do miasteczka prowadzi wąska, kręta dróżka. Wijące zakręty i wszechobecne skały dają wrażenie kosmicznego krajobrazu. Zjeżdżamy w dół do portu i udajemy się na piechotę do widocznego z oddali domu. Niestety – trafiamy na fajrant i nie ma możliwości dowiedzieć się o możliwość zwiedzania jutro.

Muzeum Salvadora Dali w Figueres
Zawiedzeni wracamy do Cadaques i wjeżdżamy na jedyny camping w okolicy. Okazuje się, że jedyny znaczy drogi. Za jedną noc dla dwóch osób, namiot i motocykl płacimy 36 euro. Po rozbiciu namiotu postanawiamy pozwiedzać miasteczko znane z obrazów Dalego. Udajemy się na mały spacer, który w efekcie kończy się pięciokilometrową wycieczką.

Idylliczny koniec świata

Hiszpańskie słońce budzi nas koło godz. 8, niespiesznie wyglądam z namiotu i chłonę świeże powietrze. Powoli przygotowuję śniadanie i pakujemy sprzęty. Dzwonimy do Port Ligat gdzie dowiadujemy się, że dom możemy zwiedzić dopiero o 13, a więc sporo czasu na relaks.

Droga na Cap de Creus
Postanawiamy wybrać się na Cap de Creus czyli fragment Przylądku Iberyjskiego najbardziej wysunięty na wschód. Zapakowani ruszamy w drogę przed nami jakieś 7 km totalnie zakręconych dróżek, kosmicznych krajobrazów, zjazdów i podjazdów, bo to miejsce gdzie wielkie Pireneje schodzą wprost do morza.
Jazda niesamowita, słońce przygrzewa, morze turkusowe, skały mienią się kolorami. Za każdym zakrętem fragment niesamowitej przyrody. Mijamy grupy rowerzystów, którzy dzielnie pedałują na sam szczyt. Momentami mam wrażenie, że jestem na jakiejś innej planecie.

[sam id=”11″ codes=”true”]

Docieramy wreszcie. Idylliczny koniec świata. Siadamy w kawiarni i napawamy się słońcem. Totalny relaks, tego nam było trzeba. Widok na Pireneje,morze i zatoki. Coś niesamowitego. Robimy sobie zdjęcia i czekamy na 12 żeby zjechać w dół na zwiedzanie domu Salvadora.

Widok z Cap de Creus
Na Cap de Creus poznajemy Austriaków na motocyklach, którzy patrząc na naszą Aprilkę są dość zdziwieni, że pokonujemy nią takie odległości we dwójkę i w dodatku z bagażem. Oni na wielkich maszynach w pojedynkę właśnie kontynuują powrót z moto GP. Poznajemy także Australijczyka, który taką Aprilkę miał jako pierwszy motocykl i także podziela zdanie Austriaków na temat naszej wspólnej podróży.

Ruszamy w dół. W Port Ligat odbieramy bilety i udajemy się na zwiedzanie domu z jajkami na dachu. Dom robi na mnie ogromne wrażenie w przeciwieństwie do dzień wcześniej oglądanego muzeum. Sposób aranżacji, wykorzystanie luster, a także jego indywidualny styl tworzenia widoczny w każdym elemencie i wnętrzu. Dla mnie bomba.

Port Lligat - Dom Salvadora Dali
Dwie godziny zwiedzania ładują mnie energią. Możemy ruszać dalej. Kierunek Barcelona – nasz port docelowy. Jednak po drodze jeszcze parę przystanków. Pierwszy w Cadaques na szybką fotkę z Salvadorem, którego wczoraj poszukiwaliśmy. Następnie L-Escala i jej orkiestra grająca na deptaku. Piękny widok wykutej orkiestry grającej sardanę na deptaku przy plaży. Siedząc naprzeciw ma się wrażenie, że z ich metalowych instrumentów płynie muzyka. Czas płynie a przed nami jeszcze kawałek drogi. Ruszamy na obiad do Palamos, słynne La Gamba de Palamos skutecznie skusiły nas do zmiany trasy i zahaczenia o to rybackie miasteczko.

Port Lligat
Dojeżdżamy tam około 17, widząc przy plaży restauracje czekające na klientów szybko postanawiamy dalej nie szukać i zasiąść w jednej z nich. Kiedy podchodzimy bliżej okazuje się, że pomimo pięknie nakrytych stolików zapraszających klientów, w restauracji nie ma żywego ducha, nawet obsługi. W końcu spotkamy kogoś z obsługi i otrzymujemy informację, że restauracja będzie otwarta o 19, bo teraz jest sjesta. Ach ta Hiszpania.

Tak więc głodni wyruszamy dalej w poszukiwaniu nowych wrażeń.

Do Barcelony dojeżdżamy około 19 i wtedy dowiaduję się, że Damian nie umie jeździć z nawigacją.  Zaczynam żałować, że to ja nie prowadzę. Kręcąc się w kółko, nieświadomi przejeżdżamy dwa razy koło hotelu nie zauważając go, gdyż skupiamy się na wskazaniach GPS.

[sam id=”11″ codes=”true”]

W końcu nadrabiając jakieś dwadzieścia parę kilometrów, udaje nam się dotrzeć do hotelu koło 20. Pokój jest idealny na odpoczynek po dniach przygód, niewygód i wymęczenia. Zamawiamy sobie kolację, dodatkowo od hotelu otrzymujemy butelkę wina i truskawki z czekoladą. Relaksacyjna kąpiel w wannie i room service powodują, że czuję się bardzo luksusowo.

Jutro ruszamy na zwiedzanie Barcelony.

Dali i Gaudi dają siłę

Sagrada Familia - Barcelona
Nasze reakcje śniadaniowe są zdecydowanie zróżnicowane. Moja to totalny zachwyt nad melonami, arbuzami, świeżym chrupiącym pieczywem, dżemikami morelowymi suszonymi owocami. Damian natomiast pieje z zachwytu nad jajecznicą, bekonem i kiełbaskami. Po przepysznym śniadanku jedziemy zwiedzać Barcelonę. Aprilia zostaje na parkingu, jej też należy się odpoczynek.

20 min dojazdu do centrum pozwala nam obmyślić plan zwiedzania. Na pierwszy ogień poszła Sagrada Familia. Udaje nam się – nie ma kilometrowych kolejek, o których czytaliśmy na forum. Sagrada Familia robi na nas obojgu kolosalne wrażenie. Bez względu na to, które elementy wykonano pod okiem Gaudiego, całość jest imponująca. Jego inspiracja naturą odwzorowana w elementach architektonicznych, jego dbałość o szczegóły świadczy o geniuszu. Nie mogę się napatrzeć. Zapominam o całym świecie. Mogłabym usiąść w środku i patrzeć doszukując się kolejnych niesamowitych rozwiązań i nawiązań do natury i Biblii. Chcę jednak zobaczyć inne słynne dzieła Gaudiego, bo taki jest mój cel przyjazdu.

Kominy Gaudiego - Barcelona
To Dali i Gaudi dają mi siłę, by przezwyciężyć wszelkie niedogodności w drodze do podziwiania ich geniuszu. Kończymy napawać się pięknem bazyliki i udajemy się metrem na główny deptak Barcelony La Rambla, chcąc zobaczyć Palac Guell zaprojektowany przez Gaudiego na początku jego kariery.

Dzieło to doprowadziło do przyjaźni panów Gaudiego i Guella. Zaowocowało to długą współpracą. Przy Rambli znajduje się największy w Hiszpanii targ, na którym feeria barw, zapachów i smaków każdego przyprawi o zawrót głowy.

My oglądamy tylko fragment ogromnego liczącego ponad 13 tysięcy m2 targu. Napawamy się widokiem warzyw, owoców, przypraw, ryb, serów, mięsa i owoców morza, które jeszcze się ruszają. Widok jest niesamowity. W ramach testowania nowych smaków próbuję sałatki owocowej z papają.

La Rambla - Barcelona
Kolejny punkt programu to Catedral de Barcelona, do której niestety nie zostajemy wpuszczeni ze względu na moje zbyt krótkie spodenki. Przechadzamy się w związku z tym rzymską częścią Barcelony, gdzie uciekamy przed palącym słońcem, chowając się w wąskie uliczki średniowiecznych grubych murów. Nagle natrafiamy na człowieka z kartką „help me, I lost my lugage. I’m hungry”.

Znając ból pozbawienia się bagażu postanawiamy poratować człowieka paroma euro. Pytając po angielsku skąd jest odpowiada nam, że z Polski. Tak więc ucinamy sobie krótką rozmowę z rodakiem. Idziemy dalej w poszukiwaniu sklepu z odzieżą motocyklową, w końcu dojechałam do Barcelony tylko w dżinsach i nie chcę ryzykować takiego powrotu.

Mając na uwadze zimno jakie mi dokuczyło przejeżdżając przez Masyw Centralny, wolę nie ryzykować zamarznięciem w Pirenejach. Znajdujemy sklep Harleya-Davidsona. Ceny wprawdzie “harleyowe”, ale cóż muszę mieć spodnie. Damian próbuje zagadnąć kogoś z serwisu na temat możliwości naciągnięcia łańcucha w Aprilii.

Okazuje się, że rozmiar 36 to nie dla mnie. Tonę. Pytam o mniejszy. Nie ma. No cóż nie jestem na pewno rozmiar “harleyowy”. Całe szczęście przemili Hiszpanie pomagają nam znaleźć sklep z odzieżą i akcesoriami motocyklowymi z większym asortymentem.

[sam id=”11″ codes=”true”]

Po przymierzeniu kilku par znajduję idealne Dainese. Do spodni dobieramy jeszcze fajną torbę, która pomoże nam poukładać nasze rzeczy biwakowe i nada troszkę ładu naszemu bagażowi. Zadowoleni udajemy się dokończyć zwiedzanie dzieł Gaudiego.

Wewnątrz Casa Mila
Ruszamy obejrzeć Casa Mila zwana La Pederera. Jej falującą fasadę zauważam z daleka i pędzę, bo zbliża się już 19. Dobiegam do kasy, gdzie informują nas i za 40 min zamykają, a na zwiedzanie potrzeba godzinę. Ryzykujemy. Wchodzimy na górę. Widok nas powala. Falujący dach, kominy wyjęte jak z filmu science fiction, zachodzące słońce oświetlające żółto pomarańczowym światłem piaskowe wykończenia. Jestem bliżej nieba. Niestety – znowu czas nas goni, więc schodzimy niżej obejrzeć ówczesny apartament, który nie robi już na mnie takiego wrażenia. Jak zwykle ciężko mnie zadowolić.

Gaudi pomimo swojego geniuszu nie powalił mnie. Udało nam się wyrobić w czasie, choć czułam pewien niedosyt. Trudno trzeba będzie wrócić do Barcelony. Idziemy dalej w kierunku kolejnego dzieła Casa Batlo. Jest godzina 20 i nie liczę, że uda mi się jeszcze zobaczyć jego wnętrza.

Ulice Barcelony
A jednak wchodzę jako ostatnia, Damian rezygnuje bo po takim spacerku kostka zaczyna mu poważnie doskwierać. Ja jak na skrzydłach pędzę obejrzeć wnętrza tego bajecznego budynku. Falujące kształty dominują na całej przestrzeni. Piękne pokoje, ciekawe rozwiązania. Robię mnóstwo zdjęć, nie mogę się skończyć zachwycać najmniejszymi szczegółami.

Gdy tylko przejdę do kolejnego pomieszczenia na nowo wpadam w zachwyt. Orientuję się, że gdy tylko wychodzę z jakiegoś pomieszczenia, obsługa muzeum ustawia za mną bramki, raz, drugi, trzeci w końcu zaczyna mnie to rozbawiać na tyle, że żartuję sobie z pana który chodzi za mną i zamyka przejścia.

Nasza Aprilia
W ten sposób wchodzę na dach, gdzie podziwiam słynne kominy Gaudiego, które górują nad miastem. Widok niesamowity. Widać wzgórze Montjuic, na które tym razem nie wjedziemy, a szkoda. Moje zwiedzanie dobiega końca zbliża się 21. Czas wracać do hotelu.

Kuśtykamy do metra, aby jak najszybciej dotrzeć do hotelu i odpocząć przed dalszą drogą. Oboje nienasyceni Barceloną, nienasyceni Gaudim i katalońską sztuką. Wracamy. To cudowny i męczący dzień. Padam z nóg. Po drodze krótkie podsumowanie. Barcelona jest cudowna i nie sposób opisać tego, co zobaczyliśmy i czego doznaliśmy, a ile jeszcze nie zobaczyliśmy? No cóż będzie okazja przyjechać tu ponownie.

Hiszpania żegna słońcem

Zbliża się czas pożegnania z Hiszpanią, ale jeszcze przed nami piękna trasa przez Pireneje. Do zobaczenia Barcelono, jeszcze tu wrócimy. Po śniadaniu wyruszamy. Nauczeni doświadczeniem zmieniamy trasę na szybszą, bo zostały nam tylko dwa dni na powrót do Anglii. Wyruszamy z Barcelony drogą A7 w kierunku Lleida, porzucamy współpracę z nawigacją i polegamy na mapie.

Lazurowe jezioro w Pirenejach
Po drodze widzimy piękne masywy górskie przerzucają mnie myślami do twórczości Gaudiego i jego inspiracji. Zamiast gór widzę kominy na dachach, w innym miejscu widzę żywcem przeniesione ukształtowanie masywu górskiego na fasadę Męki Pańskiej w Sagrada Familia. To niesamowite. Znów chłonę Katalonię i sztukę Gaudiego całą sobą . Właśnie po to tutaj jestem.

[sam id=”11″ codes=”true”]

Przed nami Pireneje. Nie licząc na wielkie niespodzianki widokowe pędzimy wprost w objęcia trzytysięczników, a tu niespodzianka. Kawałek za Barbastro pojawia się przed nami ogromna tama. Wyjmuję aparat i robię fotki, bo nad tamą widzę jakiś zamek, klasztor, sama nie wiem. Zajęta zdjęciami nie zauważam jak zbliżyliśmy się do tamy. Nagle odbiera mi mowę. Za tamą rozciąga się akwen w kolorze turkusowego błękitu. Kolor wody, jakiego nigdy w życiu nie widziałam. Nad akwenem piękny klasztor, ogrom zieleni i wznoszące się nad tym wszystkim góry.

Poruszeni widokiem jedziemy dalej. Po kilkunastu kilometrach stajemy w zatoczce biwakowej na odpoczynek i podziwianie trzytysięczników spowitych w chmurach z widocznym śniegiem na szczytach i błękitu jeziorka El Grado oraz turkusowych zatoczek.

Zachwycający lazur
Droga A138 prowadzi nas wzdłuż akwenu El Grado, aż do jeziora de Mediano w Ainsa u podnóży Pirenejów. Droga wije się w zakrętach, po prawej piękne w swym kolorycie jeziorka, po lewej wzgórza pokryte zielenią, co jakiś czas niewielka miejscowość, a przed nami Pireneje. Piękno samo w sobie. Co trzeba więcej? Chyba tylko czasu, żeby móc się jeszcze bardziej zachwycić.

Przystanek na ostatnie zakupy w Hiszpanii w Ainsa. Kiełbaski, pasztet pirenejski i Sangria to nasz prowiant na kolejne paręset kilometrów. Tankowanie i odpoczynek przy kawie i ciasteczkach. Łapiemy ostatnie promienie słońca.

Jedziemy, a w zasadzie wzbijamy się w górę, przed nami ponad 100 km przez góry. Piękna hiszpańska droga pozwala nam na szybszą jazdę, idealnie wyprofilowane zakręty aż proszą się o pozytywne zbliżenie do asfaltu. Staram się uchwycić to wszystko na zdjęciach. Góry coraz wyższe, temperatura coraz niższa, ale jeszcze nie czujemy dyskomfortu.

Francja wita nas chłodem
Hiszpania żegna nas cudownym, ciepłym słońcem, a Francja wita mgłą, mżawką i chłodem. Z sakw wyskakuje odzież termiczna, polary i bluzy. Tak zaopatrzeni zjeżdżamy w dół do Areau, gdzie odbijamy na drogę prowadzącą do Lourdes przez Col d’Aspin i Col de Tourmalet. Zjeżdżamy w dół, ale pogoda wcale się nie poprawia. Nasze plany wjazdu na 2115 m n.p.m. zaczynają wyglądać krucho. Na dole przynajmniej jest widoczność, choć ciągle mży.

Piękna wąska droga wijąca się serpentynami w górę, szkoda tylko że widoki zasłania nam mglista chmura, w którą wjechaliśmy. Docieramy na przełęcz 1450 m n.p.m. zadowoleni z siebie, a jednocześnie zmęczeni warunkami, bijemy się z myślami gdzie dalej jechać. Kilka fotek i z duszą na ramieniu ruszamy dalej. Pogoda nas nie rozpieszcza. Dojechaliśmy do rozjazdu, jeszcze z nadzieją na zdobycie 2000 m. Moje kochanie postanawia, nie jedziemy, zbyt niebezpieczne. Zbyt ślisko i zbyt małą widoczność, wąska droga to problem z zawróceniem, a nie wiemy co nas spotka na 2000 m. skoro już na 1000 m. zaczyna się chmura. Potulnie jak baranek przyjmuję jego decyzję, choć chęć wjazdu na Tourmalet jest ogromna.

Droga do Lourdes
No cóż opuszczamy powoli piękne Pireneje i zbliżamy się do Francuskiego Lourdes, gdzie postanawiamy spędzić noc. Przy samym wjeździe znajdujemy przyjemny camping, gdzie głównie parkują kampery. W recepcji bardzo miła Francuzka łamaną angielszczyzną przedstawia koszty (8,5 euro) i pyta czy życzymy sobie świeże pieczywo rano. To się nazywa klasa.

[sam id=”11″ codes=”true”]

Oczywiście zamawiamy bagietkę i pytamy o jakieś miejsce gdzie możemy zjeść ciepłą kolację. Kieruje nas do centrum, więc po rozbiciu naszego biwaku i wrzuceniu wszystkich betów do namiotu ruszamy w kierunku ciepłego jedzenia.

Na obrzeżach posilamy się wyborną rybką i wołowiną. Syci kupujemy prowiant na jutrzejsze śmiadanie, kilka małych butelek wina i oczywiście truskawki. Po powrocie na camping rozpoczynamy planowanie trasy powrotnej przy winie i truskawkach. Pomimo przejechanych 450 km, z czego spora część po terenie górzystym, energii nam nie brakuje. Truskawki i wino robią swoje, nastrój pomimo aury bardzo pogodny. Zaczyna się ściemniać więc pora wskoczyć do namiotu i oddać się w objęcia Morfeusza. Rano czeka nas znowu sporo kilometrów.

Komercyjne Lourdes

Cudowny poranek, rześkie górskie powietrze, śpiew ptaków, nieśmiałe promienie słońca przebijające się przez chmury. Śniadanie jak w hotelu, tyle że w gratisie dostajemy niepowtarzalny aromat gór. Zwijamy biwak i ruszamy do Lourdes po wodę dla naszych mam i babć. Lourdes zaskakuje mnie swoi ogromem i komercyjnym przygotowaniem. Na każdej uliczce same stragany, sklepy i sklepiki z pamiątkami, pojemnikami na wodę i figurkami świętych.

Kolacja w Lourdes
Oczywiście nie mogę się oprzeć i kupuję parę drobiazgów dla moich dzieci. Uzbrojeni w kiczowate buteleczki na wodę udajemy się w kierunku sanktuarium, które robi na mnie duże wrażenie. Piękna budowla, która swoim majestatem przyćmiewa małą grotę, od której to wszystko się zaczęło. Z boku kraniki z płynącą wodą, podchodzę do tego z rezerwą, kto mi udowodni, że to nie kranówa tylko woda ze świętego źródła? Nikt, ale mamy się ucieszą.

Zaopatrzeni w wodę idziemy do wnętrza sanktuarium, gdzie tłum pielgrzymów okupuje ławki i każdy skrawek miejsca. Nie lubię takich skupisk, wychodzimy. Wrażenie robią drzewa różańcowe i pola krzyżowe, które są pamiątką odbytych tutaj pielgrzymek. Wychodząc z Sanktuarium rzuca mi się w oczy ogromny zamek górujący nad miastem, szkoda że musimy już jechać.

Wyjeżdżamy z Lourdes kierując się najkrótszą drogą na Tours. Droga N21 prowadzi nas wprost do Bergerac, po drodze tylko przerwy na tankowanie. Przyjemna francuska droga, jednak już nie tak gładka i równa jak drogi hiszpańskie. Pędzimy zostawiając za sobą przepiękne Pireneje. Pogoda nas nie rozpieszcza, słoneczko schowalo się za chmurami i jest posępnie. Nie nastraja mnie to pozytywnie. Nawet aparatu nie chce mi się wyciągać, a przed nami ponad 600 km.

W pewnej chwili odwracam się aby sprawdzić bagaż i widzę powiewający pasek. Komenda STOP! Zeskakuję z motocykla i co widzę? Nasz bagaż się pali.

Nasz bagaż po pożarze
Próbuję ugasić ogień wydobywający się z naszej pięknej, nowej torby. W końcu udaje nam się opanować sytuację. Przez wypaloną dziurę w torbie wyjmujemy ręcznik i składamy się ze śmiechu. Ręcznik ma wypalone ogromne dziury, śmierdzi i kopci się. Nie mogę powstrzymać śmiechu, choć to tragiczne, bo nasza torba a dziurę wielkości arbuza.

Szczęście w nieszczęściu jest takie, że na dole torby był ręcznik, a nie śpiwory albo namiot, bo znowu pozbylibyśmy się dachu nad głową. Dochodzimy do wniosku, że jednak 120-130 km/h nie wytwarza takiej temperatury spalin jak 160 km/h. No cóż człowiek uczy się całe życie i głupi umiera. Zabezpieczając resztę naszego dobytku ruszyliśmy w nieco wolniejszym tempie w kierunku Chateau Renault, dzie mieliśmy zaplanowany nocleg.

[sam id=”11″ codes=”true”]

Nasza kolejna bagażowa przygoda dodaje nam tyle adrenaliny, że zapomnieliśmy o zmęczeniu. Jadąc autostradą ciągle śmiejemy się z tego co nas spotyka. Na camping docieramy o 23, całe szczęście Pani z obsługi jeszcze jest. Choć camping zamykają o 19, nas jeszcze wpuszcza. Musimy strasznie kiepsko wyglądać.

Rozbijamy namiot po ciemku, rozpakowujemy motocykl i wspominamy naszą dzisiejszą przygodę.

Dżdżysty powrót do domu

Pogoda nie ułatwia podróży
Poranne delikatne słońce powoli zakrywa się chmurami. Robi cię coraz bardziej ponuro. Postanawiamy ruszyć do Calais najkrótszą drogą, gdyż nie wiemy co zafunduje nam aura, a doświadczenia z wczorajszej autostrady nie napawają optymizmem.

Za Rouen wjeżdżamy na autostradę A28, bo czas ucieka a przed nami jeszcze kawałek drogi. Aura trochę zbastowała i przestało padać, jednak nadal delikatnie mży. Damian zmienia rękawiczki i zaczyna żałować, że nie zabrał pokrowców wodoodpornych na rękawice.

Dojeżdżamy do Abbeville, dłuższy postój. Trzeba się zagrzać jakąś czekoladą i kawą oczywiście. Stosujemy stary sprawdzony sposób i w rękawiczkach montujemy rękawiczki foliowe. Kiedy my siedzimy sobie w kafejce, Aprillka znów moknie na deszczu. Jeszcze ostatnie zakupy pamiątkowe we Francji i prosto do Calais.

Jak miło stara dobra Anglia wita nas swoją specjalnością: mokro, zimno i deszczowo. A nas czeka jeszcze jakieś 160 mil/ 270 km i wcale nie uśmiecha mi się jechać w takiej pogodzie. Jednocześnie nie widzę też opcji na rozbicie namiotu w deszczu. Zaciskam zęby i ruszamy.

Prom do Dover
Do Londynu całkiem nieźle, jeszcze coś widać. Jednak robi się coraz ciemniej i zimniej. Zauważamy różnice w asfalcie pomiędzy Francją, a Anglią, we Francji woda spod kół przejeżdżających samochodów nie dawała nam się tak we znaki.

Mijamy Londyn i zmęczenie w połączeniu z przemoczeniem i chłodem daje się nam ostro we znaki. Robimy postoje co 30 mil, aby zagrzać się i przesuszyć totalnie przemoczone rękawiczki. Buty coraz bardziej mokre, jedynie spodnie i kurtka się nie poddają.

[sam id=”11″ codes=”true”]

Dojeżdżamy do Oxfordu, mam dość. Zziębnięte i przemoczone ręce nie mają siły trzymać się motocykla. Ciemność i zmęczeni długą jazdą powodują, że oczy mi się same zamykają. Aby nie zasnąć zaczynam wypatrywać znaków z informacjami o kilometrach i kolejnych zjazdach.

Było cudownie!
Nie interesuje mnie już bagaż, czas ani żadna inna rzecz. Ja chcę już do domu. Ostatnie kilometry to gadanie do siebie i zabawa w nawigację. Co ciekawe Damian wszystko słyszy w słuchawkach, tylko ja mam totalną głuszę.
Wjeżdżamy do Banbury. Jeszcze tylko trzy ronda, parę zakrętów i jest nasza przystań.

Mam dość, ale jestem dumna z całej naszej trójki. Udało się. Przejechaliśmy 4000 km, zrobiliśmy ponad 1600 zdjęć, straciliśmy: 1 namiot, 3 śpiwory, 2 karimaty, wałówkę na kilka dni, apteczkę, spodnie motocyklowe, kuchenkę gazową wraz z butlą, garnki i kubki, niezbędniki, ręczniki i jeszcze parę drobiazgów.

Zobaczyliśmy: Paryż, Cadaques, Figueres, Barcelonę, Pireneje i wiele innych mniejszych miejscowości i cudownych miejsc.

Spotkaliśmy: wspaniałych ludzi lubiących podróże tak jak my: Polaków, Hiszpanów, fascynatów motocykli oraz jeszcze wiele przyjaznych osób. Poznaliśmy: smaki i zapachy Francji i Katalonii,

To wszystko w tylko w 9 dni, a teraz możemy spokojnie położyć się w naszym łóżku i odpocząć przed wylotem do Polski i kolejną podróżą, która już kiełkuje w naszych głowach.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here