Najbardziej lubię górskie serpentyny i naprzemienne zakręty. Lubię je brać tak naprawdę na ostro. Na pełnym gazie z maksymalnymi hamowaniami i odkręconą manetką do końca na każdym wyjściu z zakrętu. Jestem do tego stworzony.

Tekst i zdjęcia: Jarek Spychała www.jarekspychala.com

Uwielbiam to. Bez zbędnych postojów, bez czekania aż ktoś coś zwiedzi, bez kawek i pstrykania co chwilę zdjęć. Czy świeci słońce, czy pada, czy jest zimno czy gorąco. Kocham jeździć. Kręci mnie to. Jestem V-stromem, jestem Mechaniczną Pomarańczą.

Jechać, jechać, jechać

A więc Alpy!
Garaż jest jak więzienie, a długi postój boli jak redukcja bez sprzęgła. Jest środek lata, gorąco jak w maglu i czuję wlotami powietrza, że deszczu nie będzie co najmniej tydzień. Wszystko we mnie aż kipi, tak mi się chce wyrwać w trasę. Najlepiej taką bez końca, choć wiem że to niemożliwe, ale choćby w jakąkolwiek i dokądkolwiek. Czy on tego nie widzi, że marnujemy czas nie jadąc? W taką pogodę?? Ten mój drajwer ma generalnie jakieś masochistyczne upodobanie do jeżdżenia w deszczach i burzach, więc w sumie skoro mamy 38 stopni na plusie to nie powinno mnie aż tak bardzo dziwić to, że stoimy zamiast jechać.

Czy on nie widzi, że marnujemy czas nie jadąc?
Koleś pewnie znowu czeka aż się wszystko spieprzy i zabierze mnie w końcu gdzieś dalej dopiero wtedy jak lunie, zawieje, a najlepiej jak będzie jakaś burza i jeszcze pod wiatr. Jak to ma w zwyczaju. Nie żebym narzekał, bo mi to w sumie wisi, mogę lecieć w słońcu, mogę w deszczu, nie ma złej pogody. Ale jak jest słońce to na trasie zawsze można spotkać jakiś japońskich kolegów, pogadać z brytolskimi nakedami, czy utrzeć nosa jakiemuś wypasionemu bokserowi, że o pobrykaniu z jakąś włoską czerwoną laleczką nie wspomnę.

Tym razem jednak jest inaczej. Kiedy drzwi mojego garażu się otwierają, czuję, że do top case-a ładowane są różne duperele. A kiedy namiot ląduje na tylnej kanapie, to aż mi się cylindry napinają z radości i ciśnienie w gumach podnosi. Jedziemy!

Tylko dokąd? Z chińską nawigacją dogadać się ciężko, bo udaje że naszego nie rozumie, ale jak jej się odetnie zasilanie i lilipucia bateryjka zacznie piszczeć „plądu, pociebuje plądu…” to od razu jej się poprawia komunikacja. A więc Alpy – od Austrii, przez Włochy i Szwajcarię po Lichtensztajn i Niemcy. Wow. Ciacho. Pięknie. I żadnych bocznych kufrów.

Ssssssssspierdalać

Pogoda jak stół. Lecimy do Austrii
To lecimy. Po drodze dołącza do nas drugi Sztormiak, maści karej. Nowy model. Młody cieszy się jak głupi bo za granicą, nie licząc wjazdu w NRD, jeszcze nie był. Poza tym pęka z dumy, bo jest wylansowany na maksa. Kratka na reflektorze , tysiąc wyjść USB i chińskie lampki na gmolach powodują, że jest taki adwenczer i wojadżer że ło ho ho. Uspokajam go, żeby się nie podniecał, bo w kategorii „kto ma więcej bombek” każdy germański czołg klasy GS będzie miał tego na sobie i tak więcej.

Taka moda. Zakładają nam te obleśne aluminiowe kufry niczym na rajd po stepach Mongolii, doczepiają kanisterek na benzynę, 10 kilo rur na plecy, 5 kilo elektroniki w krwioobieg i fiu! na zlot pochwalić się kolegom. A potem na miesiąc znowu do garażu. Ale każdy się bawi tak jak lubi a firmy akcesoryjne też muszą z czegoś żyć, więc nie ma w tym nic złego. W końcu mały lansik nikomu jeszcze nie zaszkodził.

Piękna pogoda, boczne drogi, przelot przez Czechy z ominięciem autostrad i lądujemy w Pradze. Chłopaki idą na piwo, a my z Młodym stoimy sobie zaledwie 100 metrów od mostu Karola i podziwiamy. Ładnie, wesoło, czysto, multi kulturowo, w nocy przelatują street fightery, ale jak to u pepików na wydechach raczej pochłaniających, a nie wydających dźwięk. Dnia następnego pogoda jak stół i lecimy do Austrii omijając wszelkie płatne drogi, autostrady i tego typu ekspresowe wynalazki.

Aż nie wiadomo gdzie patrzeć
„Ssssssssssssssssspierdalać!” wrzeszczy z hukiem mijająca nas na prostej tuż przez Alpami Multistrada. Nooo koleżankooo. To, że jesteś Ducati, to że 150 koników i czerwony lakierek, to nie znaczy że ci tak łatwo pójdzie. Jako że zniewaga krwi wymaga, to z Młodym skoczyliśmy za tą pewną siebie lalunią, choć rajderzy marnie oceniają nasze szanse sądząc po podsłuchanej w interkomie wymianie poglądów. Że niby 68 koników to za mało. Chyba dla nich. Teoretycznie niby za mało, fakt, że razem z Młodym mamy mniej mocy niż owa – pewna siebie primadonna. Ale mieć a umieć wykorzystać to dwie różne rzeczy. Owa włoska laleczka w marnych jest rękach i w zakrętach zawodzi łącznik między podnóżkami i kierownicą, który pochyla się dokładnie odwrotnie od motocykla. A na prostych gaz na maksa. Czyli klasyk: mistrz prostej.

Zjadamy z Młodym tę laleczkę jak wisienkę. Razem z ogonkiem. A na odjezdnym szarpiącą się i chybocącą się z prawej na lewą w zakręcie włoską ślicznotkę Młody żegna jakimś tekstem o dokręceniu sobie bocznych tylnych kółek czy coś tam takiego.

A potem winkle i piękne widoki...
A potem zaczynają się winkle, piękne widoki, aż do podnóża jednej z najsłynniejszych dróg świata, czyli Hochalpenstraße prowadzącej na Großglockner. Rura mi staje na sam widok z kempingu przed wjazdem. Całą noc z Młodym dyskutujemy jak pojechać. No tak. Wszyscy myślą, że to motocyklista kieruje. Oj wy ludzie… litości. Czego wy nie robicie, żeby nas zabić. Za dużo gazu na wyjściu, za słabe hamowanie na wejściu, zły tor jazdy…. A potem siedzicie i opowiadacie sobie jacy byliście „świetni”. To my tu rządzimy. A Wam to się tylko tak wydaje.

Najważniejsze jest dopasowanie. Każdy bike ma inny charakter. Tak jak jeździec. Młody jest młody ale ostrożny – jak ma wyprzedzić kawałeczek na ciągłej to narzeka mocno, mi to natomiast kompletnie nie przeszkadza i mam, że poetycko zabrzmię, w dupie od urodzenia wszelkie ograniczenia. Mój weteran na całe szczęście ma podobne poglądy w kwestii że wolno to wcale nie jest tak bezpiecznie, tak więc pasujemy do siebie. No to z Młodym gadamy. Jak jechać?

Wolno czy szybko? Turystycznie, krajobrazowo, smakując każdy kilometr czy zapierniczamy ciesząc się drogą? Pytanie o tyle ważne, że trasa wjazdowa Hochalpenstrasse na Großglockner jest absolutnie wyjątkowa.

Wielki Dzwonnik

Na parkingu sprzęty z całej Europy
Wybudowana jeszcze przed wojną licząca 87 km długości wspina się na wysokość 2571 m. i kończy wjazdem na Edelweißspitze kostką brukową. Jej wybitnie motocyklowy charakter powoduje, że można na niej spotkać sprzęty z całej Europy (i nie tylko). Mamy niesamowite szczęście ponieważ nawet latem temperatura oscyluje tutaj w okolicach zera stopni i przeważnie pada. Ale nie dzisiaj. Dzisiaj świeci słońce, niebo jest błękitne, trzydzieści stopni, krótko mówiąc żyć nie umierać.

Zaczyna się niewinnie, potem szerokie wiraże z dobrą widocznością zachęcają do czegoś ostrzejszego. Ale muszę przyznać, że widoki działają zwalniająco, a moje podwójne światła dostają zeza rozbieżnego. Ciężko jest patrzeć i na drogę i na panoramę Alp. A to taką, a to siaką. Widoki niczym z fototapety rozpraszają.

Wesoło zaczyna się dopiero przy podjeździe na Edelweißspitze, kiedy nawierzchnia zmienia się z asfaltu w kostkę, a szerokie winkle zamieniają w 180 stopniowe nawracające wąskie serpentyny. Jakiś Harry płacze, że nie mieści się w promieniu zakrętu, a smaku całej zabawie dodaje samochód kempingowy który jadąc z góry musi używać na nawrotach wstecznego żeby się zmieścić na dwa razy.
Na górze… poezja. Nasze dwa łączniki z kierownicą idą pstrykać jak zwykle bohaterskie foty, a my lukamy w dół i gumy mi się grzeją na samą myśl pokonywania łuków, wiraży i serpentyn wiodących do lodowca na Großglockner. Wszędzie widać motocykle. My tu rządzimy. Są nas tysiące. Słychać wszelkie języki świata.

Na górze - poezja...
A potem już wspinamy się pod lodowiec. Piękna szybka trasa, cieszę się na powrót w dół. Czuję się dobrze, opony trzymają, a silnik rozgrzany pyta: czy w końcu ostro dajemy? Hamulce parskają niecierpliwie meldując, że są gotowe na wszystko. Widzę że Jaro czuje podobnie, więc zaczynam mu dodawać trochę gazu pokazując że turystyka rzecz piękna, ale można by ciut zaszaleć. I lecimy.

Ryczę tłumikiem z radości kiedy czuję jak jednym ruchem manetka obraca się gwałtownie do końca, aż piszczy linka gazu. Redukcja o dwa biegi w dół i obroty na czerwonym polu aż do szóstki. Pędzimy w dół niczym tornado. Złożenie bez hamowania, wiraż prawy, lewy, wyjście na pełnym gazie, redukcja przed nawracającym łukiem z hamulcami wbitymi do końca, klocki pachną spalenizną okładzin , złożenie, wizg opon i gaz gaz gaz do końca. To jest to! Tooo jest bracie jazda!

Zawieszenie ledwo nadąża lekko chybocąc motocyklem, a ja ciągnę ile się da aż światła mi się śmieją. Spadamy w dół niczym grzmot błyskawicy zostawiając po sobie zapach spalonej gumy i hamulców, rycząc silnikiem na pełnych obrotach i czując czystą wspaniałą adrenalinę.

Niestety wszystko co piękne kiedyś się kończy. Po jakimś czasie alarm włączyły hamulce puchnąc coraz bardziej i w końcu gotujący się płyn hamulcowy zameldował, że koniec przyjemności. Przy dohamowaniu przed kolejnym wirażem słabnąca klamka przedniego hamulca staje się tak miękka, że zatrzymuje się na manetce gazu. Daję więc na luz i dalej jedziemy już tempem turystycznym.

Spanie w trumnie

"O curve jasna..."
Wpadamy do Włoch, gdzie przelatujemy bardzo fajną i łatwą przełączą Jaufenpass kierując się w kierunku clou programu czyli Passo dello Stelvio. Zaliczamy na niej małą gonitwę ze usportowionymi BMW. Ciężko dogonić te ścigacze, bo my dla nich jesteśmy jak rowery, a poza tym mają założone slicki, ale trzymamy się na kole doznając po drodze zawrotu głowy, gdyż tempo zjazdu z przełęczy przypomina karuzelę połączoną z kolejką górską. Ale zabawa jest przednia. Dojazdówka do Stelvio wiodąca w poprzek podnóża włoskich Alp jest zapchana samochodami tak, jakby wszyscy lokalsi oszczędzali na autostradzie (w sumie nie ma się co dziwić, bo ceny jak u nas na odcinkach oddanych w ręce prywaciarzom, czyli strasznie drogo). W zasadzie się przebijamy a nie jedziemy.

Stajemy w końcu na popas na kempingu tuż pod wjazdem na Stelvio. Jest tam stary doświadczony GS – porządna maszyna, i dwa nowiutkie pewne siebie turystyczne wielkie czołgi z silnikami 1600 cm3, którym do kompletu brakuje tylko armaty z przodu i wyrzutni rakiet z tyłu. Opowiadamy sobie w nocy kto gdzie był. Stary GS wspomina czasy gdzie liczyły się umiejętności a nie systemy elektroniczne, a słoniowate turystyki kłócą się miedzy sobą, który ma więcej głośniczków i martwią kałużą na wyjeździe, od której mogą pobrudzić sobie rano kółka.

Od północy dziury jak wiadra
Nasi kierowcy coś dzisiaj zmęczeni, ale należy przyznać, że chłopaki dają całkiem nieźle radę. Fajna Włoszka – córka właściciela kempingu przynosi im za darmo dwa piwa w nagrodę za najmniejszy namiot świata jaki widziała. Faktem jest że kierowca Młodego w minimalizmie osiągnął mistrzostwo i ma coś co przypomina trumnę i do czego wchodzi się jakoś od góry. W sumie – fajny patent. Osobiście nie lubię wozić na grzbiecie wiele, bo im mniej tym lepiej jadę a i mniej zużywam paliwa. Czyli rzadziej musimy się zatrzymywać, a jak wiadomo, stać bez ruchu to ja nie lubię.

No credits

Nie ma kredytu. Życie jest jedno
Wjazd na Stelvio (2 758 m. npm.) od trudniejszej strony liczy 82 wiraże i 54 kilometry, a zjazd następne 63 wiraże i 32 km. Stelvio, uznawane za jedną z najtrudniejszych górskich dróg świata, ma od strony północnej bardzo dziurawą (dziury jak wiadra) niebezpieczną nawierzchnię, a na wjeździe stoją tablice z krzyżami i napisami „No credits”. Zabezpieczające stare murki w większości się rozsypały. Na wąskich nawrotach nic nie widać, więc każdy z nich to ruletka. Stromo, miejscami bardzo ślisko, kto ma lęk przestrzeni nie ma czego tu szukać, a słowo przyczepność nie jest tu znane. Tylko dla zaawansowanych i technikę jazdy mających w małym paluszku.

Startujemy wcześnie rano co samo w sobie nie jest błędem, ale błędem jest że mam zimne opony, zimne hamulce, zimny silnik , a ja ziewam i jeszcze się przeciągam kiedy zaczynamy się wspinać. Młody czuje się tak samo. Już po kilometrze w interkomie nasi bardzo mądrzy rajderzy przechodzą nie wiedzieć czemu na włoski ostrzegając się o zakrętach: „o curve to o curve tamto” chybocąc się na każdym kolejnym ślepym, dziurawym, wspinającym się prawie pionowo wąskim wirażu. A mówiłem, że na zimnych oponach, silniku i hamulcach będzie bolało? Ale nie słuchali.

No to pstryku pstryku
Bierzemy z Młodym sprawy w swoje ręce bo żaden z nas nie ma zamiaru zwiedzać bliżej tej dziurawej asfaltowo-szutrowo-betonowej nawierzchni pamiętającej chyba czasy Hanibala. I to nie Lectera. Bardzo ciężki podjazd, niebezpieczny, nawroty są tak ciasne, że lądujemy na wyjściu z każdego z nich na przeciwległym pasie i to mimo tego, że wchodzimy zawsze maksymalnie od zewnątrz do środka zakrętu. Czysta ruletka. A na wyjściu nic nie widać, więc idziemy centralnie na czołowo. Z każdym kilometrem ciut lepiej, opony nabierają temperatury, silniki też, a naszym mądralom też lepiej idzie. Z tym, że po setnym „o curve, o curve jasna” przestajemy podsłuchiwać interkom, bo ileż można słuchać tego samego, tym bardziej, że panowie składają sobie też jakieś intymne wyznania: „ja cię pierdolę”, a tego to wręcz nie wypada podsłuchiwać.

Na szczycie wszyscy mamy dość. Pół tysiąca różnych sprzętów. Część wjechała od Szwajcarii, niektórzy patrzą w dół na włoską stronę i się nie decydują na zjazd. Te, które wjechały poklepują się po wydechach i chojrakują, że w sumie to piece of cake, ale trzęsące się opony mówią co innego.

Szuuuuuuuterrrrrrr

Ten mniejszy namiot to trumna
Nasze chłopaki chodzą i jak zwykle psrtyku pstryku. Nadal rozmawiają wtrącając co chwile to włoskie słowo o zakrętach. Spadamy w dół jak kamień do Szwajcarii jadąc Umbrail Pass do Santa Maria. Też jest ostro i jakże pięknie, ale lecimy z góry, a po Stelvio już nic nas raczej nie zdziwi. Mkniemy trochę na łeb na szyję, do czasu, aż z drugiej strony nie wypada na nas z naprzeciwka jakieś spanikowane wyraźnie Ducati wrzeszcząc coś niezrozumiale po włosku z obłędem w oczach i pokazując lusterkiem za siebie, a za nią Harley z podobną miną krzycząc w panice po angielsku, który ciut znamy: „szuuuuuterrrrrrrrr!…. Uciekajcie! Nie ma asfaltu! Tam jest szuterrrrr!!!”

No i fakt. Asfalt się kończy ni w pięć ni w dziewięć centralnie na zakręcie, a serpentynki nie. Zaczyna się zabawa innego typu. Kiedy żwirek kończy się po iluś tam kilometrach zaczynamy się przyglądać bliżej sielankowym wręcz krajobrazom Szwajcarii jadąc przełęczami Ofenpass i Fluelapass i dalej kierunku księstwa Lichtensztajn.

Mały lansik nikomu jeszcze nie zaszkodził
Niemiecka trasa alpejska którą dojeżdżamy w okolice Garmisch jest przy tym bez wyrazu. W dodatku goni nas letnia burza, a tu okazuje się, że Niemcy chyba wyraźnie odczuli kryzys i na wakacje już nie jeżdżą do wypasionych hoteli. A może trwa moda na „survival”. Nie ma miejsca na żadnym kempingu. Wszędzie oblężenie. Dopiero w połowie drogi do Monachium znajdujemy jakieś beznadziejne coś w jakiejś dziurze gdzie chłopaki mogą rozbić namioty.

Powrót do kraju to gonitwa po autostradzie, co też jest fajne, o ile nie odbywa się w takim upale. Jest prawie czterdzieści stopni na plusie i męczymy się niemożliwie. Wiatrak od chłodnicy chodzi non stop, olej grzeje się maksymalnie, chłopaki też ledwo żyją. No ale dojeżdżamy w końcu do tego naszego Disneylandu, gdzie unikając polowania prowadzonego na głównych drogach przez zamaskowane samochody już nie wiadomo ilu formacji i służb oraz omijając najdroższe na świecie dla motocykli autostrady powolutku jadąc opłotkami cali i zdrowi bez zbędnych pamiątkowych fotek od tej czy innej wiejskiej straży lądujemy w domu.

No, to gdzie za rok?
Kiedy się rozjeżdżamy uzgadniamy z Młodym że musimy tych naszych bohaterów namówić na przyszły sezon na drugą część Alp, bo to istny motocyklowy raj, o czym świadczyły tysiące naszych dwukołowych kolegów tam spotykane.

A ponieważ zdecydowanie lepiej mi się jednak mruczy cylindrami niż pisze, to następną historyjkę będzie opowiadał mój jeździec, a ja się zajmę tym co lubię robić najbardziej, czyli połykaniem kolejnych kilometrów. Najlepiej na słonecznych długich wirażach alpejskich tras, choć pojadę wszędzie, byle daleko.

A kiedy zimą będziemy sobie razem siedzieć w garażu poprawiając i regulując to i owo to może zakoduję mu w głowie takie hasło… Furka Pass.. brzmi nieźle, prawda?

8 KOMENTARZE

  1. Gratuluje giętkości pióra panie panie Vstromie, bardzo byłbym zadowolony gdyby moje Varadero tak pisało. Super lektura.
    Już wkrótce relacja z mojego wyjazdu w Alpy.

  2. Robiłem te trasy w tym roku .Wjazd na Stelvio od Trafoi rzeczywiscie wk……….cy z braku dobrej widoczności na winklach –na zjeżdżających .Żadnych dziur nie zauważyłem . Większośc bikerów robi ten sam błąd wchodząc w zakręty .Ostre hamowanie przed wejściem ,walka,pózniej pyda i i ostro do nastepnego zakrętu itd. Nie chce się wymądrzac ,nie jestem instruktorem ani mistrzem .Troche literatury na ten temat jest ,warto poczytac .Opis fajny .dobrze się czytało ,czekam na następne .LWG

  3. Sławek…
    piszesz: “Większośc bikerów robi ten sam błąd wchodząc w zakręty .Ostre hamowanie przed wejściem ,walka,pózniej pyda i i ostro do nastepnego zakrętu itd. Nie chce się wymądrzac ,nie jestem instruktorem ani mistrzem .Troche literatury na ten temat jest ,warto poczytac …”.. może się pochwalisz swoim sposobem skoro dohamowanie i redukcja przed winklem, przejście na stałym gazie i wyjście na pełnym są błedem popełnianym przez nas wszystkich? Opowiadaj jak to zrobić prawidłowo, albo jak Ty to robisz :-)) To ciekawe.

  4. Jak pisałem ,nie uważam siebie za instruktora ,mentora i ch,,,,, wie kogo jeszcze .Moją uwage sprowokował opis pokonywania alpejskich winkli -opis gorący ,że aż płyn hamulcowy się zagotował.
    1.wchodze w zakręt z taką prędkoscią z jaką będe go pokonywał ,czyli dohamowanie robie odpowiednio wcześniej
    2.ewentualna korekta hamowania tylko i wyłącznie tyłem (użycie przedniego rozwala tor i płynnośc jazdy)
    3.wyjście oczywiscie na gazie
    4.zap………nie do następnego winkla i ostro po heblach przed wejściem to głupota (czyt,j.w)
    Na tym kończe i spadam bo(czytaj pierwsze zdanie)

  5. No to widzisz, piszesz dokładnie tak jak to jest w reportażu. Czytaj uważniej. Drobna uwaga: stwierdzając że przy wyjściu z wirażu danie w gaz to głupota nie zastanowiłeś się chyba nad tym,że może mieli ochote po prostu na ostry fun i się dobrze bawili.

  6. Trasa przednia, miałem okazje zaliczyć ja parokrotnie na początku lat 90tych pracując w pobliżu. Warto przejechać przez stilvio do livigno -piekne widoczki z doliny. Gratuluje podróżu… Miło powspominać kawalerski czasy….

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here