Jakkolwiek hasło „dookoła Polski” nie brzmiałoby banalnie, pewnego sierpniowego dnia postanowiłem przejechać tę honorową rundę. Pomysł był prosty: jechać jak najbliżej granic naszego kraju, a po drodze korzystać z okazji do spotkania się ze znajomymi, którzy zamieszkują różne zakątki Polski. Motocykl: Honda ST 1300.

Tekst i zdjęcia: Ireneusz Mażewski

Każda szanująca się trasa powinna mieć swoją nazwę i po krótkim szperaniu w głowie wyrzuciłem na papier tytuł „Dookoła Polski z palcem w nosie 2012”. Natchnienie przyszło gdy spojrzałem na swój motocykl. Dawniej miałem inne zamierzenia co do sprzętu na tę trasę, bardziej nastawione na naszą dawną rodzimą produkcję. Niestety na ten czas żaden z moich „skarbów” nie był na to przygotowany. Została mi teraz wielka Honda ST 1300, która kusiła bezproblemowością i wygodą. Jaka to filozofia wsiąść na typowego turystyka i pojechać sobie ile się chce? Myśli takie krążyły między uszami, ale jak runda honorowa to runda honorowa, nie ma co odkładać na „kiedyś tam”. Jadę! Będzie z palcem w nosie.

W prognozach wypatrzyłem już tydzień, który rokuje na brak opadów w całym kraju. Do bagażu wrzucam zestaw do noclegu pod namiotem i resztę najpotrzebniejszych bambetli. Niekwestionowaną zaletą mojego motocykla jest pojemność kufrów. Nic nie wymaga mocowania gumami, taśmami czy sznurkami. Czysta wygoda, żadne graty nie zakłócają teraz pięknej linii motocykla.

 

Polskie drogi

Plan jazdy jest nakreślony tylko ogólnie, bez sztywnego programu. Nie korzystam z GPS-u, a z mapą pod pachą chcę się powałęsać tu i tam. 13 sierpnia startuję z rodzinnych Borek koło Olecka, zamierzając dotrzeć do Gdańska. Tankowanie pod korek w Gołdapi i… witaj wesoła przygodo!

Okolice Żywkowa

Realia naszych dróg skutecznie sprowadzają mnie na ziemię. Po chwili muszę ostro hamować, bo trafiłem na poważne roboty drogowe. W Baniach Mazurskich odbijam na Rapę, aby któryś już raz popatrzeć na grobowiec rodziny Farenheitów. Fotka i dalej na zachód. Za Bartoszycami  przypominam  sobie o wiosce pełnej bocianów – chodzi o Żywkowo. I za chwilę mogę już podziwiać nasze ukochane bociusie, których w tym miejscu jest nieco więcej niż w innych rejonach kraju. Kolejny przystanek to Frombork. Zanim tam docieram już jestem porządnie wstrząśnięty nierównościami nawierzchni dróg, którymi dane mi jest tego dnia jechać. Z sielankowego nastroju wybija mnie też pewien starszy pan, który bardzo nierozważnie zajeżdża mi samochodem drogę – kończy się tylko na awaryjnym hamowaniu. Po oględzinach zamku udaję się do portu, aby rzucić okiem na Mierzeję Wiślaną. Słońce jest jeszcze wysoko.

Port, Frombork
Dojeżdżam do wioski Piaski, dalej już granica z Rosją. W drodze powrotnej z Mierzei tasuję się kilka razy z dwoma Niemcami na starych, wściekle zielonych Kawach. Droga jest sucha, można więc trochę podzidować na zakrętach. Na rozstaju dróg szczerzymy do siebie zęby z zadowolenia i każdy jedzie w swoją stronę. Za drobną opłatą przeprawiam się promem przez Przekop Wisły na drodze nr 501 w towarzystwie kilku samochodów.  Już się ściemnia, gdy wjeżdżam do Gdańska. Za każdym razem gdy tu wjeżdżam ogarnia mnie dzika radość. Dlatego wolniutko, z majestatem, kręcąc głową we wszystkie strony podziwiam miasto. Dzień kończy się wesołymi pogaduchami przy złotym napoju z kolegą Karolem, z którym znamy się jeszcze z lat młodzieńczych. Kończymy w hardkorowometalowej knajpie przy torach kolejowych.

Długi poranek dnia następnego nie krzyżuje mych ambitnych planów dotarcia do Świnoujścia. W okolicy Lęborka zatrzymuję się na krótkie spotkanie z kolejnym szalonym kolegą Wojtkiem i jego uroczą dziewczyną Pauliną.

Zamek we Fromborku
Z nim właśnie zaczynaliśmy naszą wspólną przygodę motocyklową wiele lat temu. W Sianowie zatrzymuję się by zajrzeć do starych zakładów produkujących zapałki. Niestety zastaję tylko ruiny – miejsce było by ciekawym obiektem dla eksploratorów. Dalej przez Gryfice dojeżdżam do Kamienia Pomorskiego, a następnie do Międzyzdrojów. Klimat wakacyjnego lansiarskiego miasteczka widać wszędzie. Szybkie oględziny miasteczka i postanawiam przespacerować się słynną „aleją gwiazd”. Jak lans to po całości! Telefon do Soi, kolegi, który akurat rezyduje w Świnoujściu – skutecznie zachęca mnie on do szybkiego opuszczenia miasteczka. W ostatniej chwili załapuję się na prom na drodze 93. Ledwie zdążam postawić moto na stopce, gdy obsługa podnosi klapy, zwija liny i prom z wieloma samochodami na pokładzie rusza w kierunku wyspy Uznam. Spotkanie u Daniela i Diany przeciąga się do późnej nocy. Następny dzień wypada przywitać się z morzem, pomoczyć nogi w wodzie i porządnie odpocząć przed kolejnymi trudami trasy.

Droga 501, przeprawa przez Przekop Wisły

Wcześnie rano zwiedzam budowę gazoportu w Świnoujściu. Jest na co popatrzeć. Przerzucam nogę przez siodło i ruszam w kierunku Szczecina, aby dalej drogą 31 skierować się na Kostrzyn nad Odrą. Zwiedzam odbudowę kościoła mariackiego w miejscowości Chojna. Ileż jeszcze pracy trzeba aby przywrócić jego dawny blask? Droga 31 zachwyca malowniczymi widokami, jazda jest dużą przyjemnością. Właśnie dla takich chwil uwielbiam włóczyć się na motocyklu. W Kostrzynie zatrzymuję się na małą kawę na stacji benzynowej w towarzystwie Janusza, z którym zagadałem wcześniej przed światłami na trasie. Janusz pracuje w fabryce BMW w Berlinie i właśnie wyjechał zrobić sobie małą pętelkę, by wpaść na chwilę do ojczystego kraju. Za chwilę spotkanie z Grześkiem, kolejnym kolegą z czasu studiów. Wspólny obiad – i ruszam w dalszą drogę przez Słubice, Krosno Odrzańskie, Żary, Lubań i Leśną, gdzie zamierzam przenocować w okolicy zamku Czocha. Jadąc fragmentem dziurawej drogi nr 18 (prawie jak autostrada, dwa pasy w jedną stronę) w kierunku Iłowy modlę się, by nie powypadały mi wszystkie zęby. Nawierzchnia jest koszmarnie popękana, ograniczenie prędkości do 60 km/h, a jazda sprawia wrażenie, jakbym ciągle przekraczał tory kolejowe. Udręka nie trwa jednak długo, skręcam w 296 na Lubań.

Lubań
Starówkę w tym mieście zwiedzam drepcząc wokół. Przed Lubaniem widzę przy drodze znak kierujący na najstarsze drzewo w Polsce. Takiej okazji nie mogę przepuścić! Dojeżdżam do miejscowości Henryków Lubański – to tutaj  rośnie. To mały cis pospolity, liczący od 1200 do 1500 lat, który jest tak niepozorny, że w ogóle na swoje lata nie wygląda. jego karłowatość to efekt wichury w latach 1988-1989, która mocno nadszarpnęła drzewo. Cis też w przeszłości wycierpiał niemało, choćby dziabanie pnia szablami przez Kozaków w 1813 roku. Do zamku Czocha docieram już po godzinie zamknięcia, jednak miła pani pozwala mi wejść na wieżę i przy okazji mogę pozaglądać w różne zakamarki. Zamek jest przepiękny. Noc spędzam w namiocie na polu namiotowym nieopodal zamku.

Poranek wita mnie ponurą pogodą z mżawką. Aura zmienia nieco mój plan zwiedzania atrakcji przy trasie. Postanawiam bez większych przystanków dotrzeć do Krakowa omijając autostradę A4. Zatrzymuję się w Świdnicy, by popatrzeć na Kościół Pokoju. Jako że wnętrza już kiedyś zwiedzałem, ograniczam się do podziwiania go z zewnątrz.

Znany Kościół Pokoju w Świdnicy
Dalej przez Nysę, Racibórz i Pszczynę docieram do miasta polskich królów. Jadąc przez Górny Śląsk nietrudno jest się natknąć na szkody górnicze, które czynią spustoszenie również w drogach. W ogóle jadąc tymi okolicami przy odrobinie wyobraźni można poczuć się jak w krainie Mordoru. Na nocleg zatrzymuję się u Tomka i Jagódki – poznałem go  na Elefantentreffen kilka zim wcześniej.

Następnego dnia, a jest to sobota 18 sierpnia, po odwiedzinach krakowskiego rynku i znajomego, który prowadzi tam sklep ruszam w stronę Zakopanego. Zaglądam jeszcze do Kościoła Mariackiego, który jest taki ładny, że zawsze gdy tam wchodzę to mam otwartą gębę. Przejeżdżam drogą 958 przez Chochołów, gdzie można podziwiać piękne drewniane zabudowania gospodarzy. Pewien pan zaczepia mnie, oferując sprzedaż motocykla marki CZ – bezskutecznie.

Dwujęzyczne nazwy miejscowości. Droga nr 45 w okolicy Kędzierzyna Koźla
Następnie wolniutko wioskami, przez Dzianisz dojeżdżam do naszej górskiej stolicy podziwiając niesamowite widoki. Zakopane odwiedzałem kilkakrotnie w przeszłości, zatem za radą przypadkowo spotkanego młodego człowieka, też motocyklisty, szybko wyjeżdżam z miasta podziwiać widoki, które mi polecił. W ten sposób wyjeżdżając z jednej z wiosek mogę chłonąć panoramę Trzech Koron. Dalej jest traska polecona przez Tomka niedaleko Jeziora Czorsztyńskiego: z Knurowa przez Ochotnicę Górną i Dolną do Zarzecza. Polecam wszystkim! Po niesamowitej sesji zakrętów kieruję się na wschód. Mam dotrzeć do Bukowska, gdzie czekał na mnie kolejny nocleg. W Dukli postanawiam pojechać skrótem przez miejscowości Lubatowa, Iwonicz Zdrój i dalej na Rymanów. No i w pewnym momencie robi mi się gorąco: droga zwęża się tak radykalnie i pojawiają się na niej takie wertepy, że jazda motocyklem staje się wręcz niebezpieczna. Podczas mojej przejażdżki jeszcze nie raz pojawią się takie sytuacje.

 

Jak obłaskawić pograniczników

Niedzielę przeznaczam na szwendanie się  po Bieszczadach. Kilometrowo robię pętlę niewielką, ale za to bardzo malowniczą. Po zwiedzeniu skansenu w Sanoku jadę do Leska, skąd wybieram drogę 894 na Terkę. Kierując się na Czarną Górną odbijam w dróżkę wzdłuż Sanu w kierunku Dwerniczka. I tutaj też zadaję sobie pytanie – gdzie ja się pcham tym krążownikiem?! Przegapiam znak zakazu wjazdu i pakuję się do Parku Narodowego – nim się zorientowałem przejechałem już spory kawał wyboistym szutrem w lesie i szkoda mi wracać. Dobrze, że nie spotkałem żadnego ciekawskiego misia.

Pogawędka z pogranicznikami za Wołosatem
Zatrzymuję się na jednej polance z przepięknym widokiem na góry. Spędzam tutaj chwilę na rozmowie z przemiłą rodzinką. Tam, w zupełnej głuszy, postanowili rozłożyć piknik,  a głównym punktem programu jest czesanie psa. Z lekką ulgą że żaden leśniczy nie poczęstował mnie śrutem ruszam dalej, kierując się na Ustrzyki Górne, a potem na Wołosate. Chcę dotrzeć jak najbliżej polsko-ukraińskiej granicy. Tutaj ucinam pogawędkę z pogranicznikami. Jest wprawdzie zakaz, ale koniecznie chcę fotkę na mostku, więc wjeżdżam, ale wtedy twarze pograniczników tężeją. Zaczynają coś przebąkiwać o mandacie, postanawiam ich jednak zagadać. Zauważam, że jeżdżą na jednocylindrowych KTM LC4, zarzucam ich więc pytaniami o służbę na tym sprzęcie. Napięcie między nami powoli się rozładowuje, zaczynają nawet psioczyć, że za ciężki. Wszyscy wolą małe hodnawki XL 125, bo wszędzie da się nimi wjechać. Po tej konwersacji ogłaszam odwrót i udaję się na Cisną, jednak tam nie docieram, skręcając w Dołżycy na Terkę. Tutaj znów zażywam niezapomnianej przyjemności z jazdy motocyklem. Polecam wszystkim ten krótki (bo tylko 12-kilometrowy) odcinek, ale jakże urokliwy! Po tych wszystkich przyjemnych przeżyciach wracam na nocleg, aby odetchnąć przez ostatnim odcinkiem na Mazury.

Mała przerwa na kawę w Zamościu

Okazuje się, że dystans ponad 650 km muszę pokonać w jeden dzień. Stąd decyzja o mocno okrojonym programie krajoznawczym. Zatem wcześnie rano kieruję swoją „pancię” z Sanoka na Przemyśl. Odcinek odkrywa swoje zalety w postaci serpentyn oraz miłych dla oka widoków. Większy przystanek na kawę wypada w Zamościu, na samym rynku. Obowiązkowe fotki, zaglądam jeszcze w zaułki wokół rynku i obieram kierunek na Chełm (urzekająca mozaika na elewacji kina Zorza). Stąd drogą 812 przez Włodawę do Bielska Podlaskiego i dalej do Białegostoku. Niestety – idylla idealnej pogody w trasie się kończy. Jadąc drogą co chwila zerkam w lewo i kalkuluję, czy zdążę uciec przed coraz bardziej widoczną na horyzoncie sino-czarną chmurą. Muszę się ratować postojem na stacji benzynowej w Zabłdowie. Okropna ulewa i pioruny, a porywisty wiatr jest tak silny, że łamie drzewa. Za chwilę na stacji gasną światła – awaria prądu. Osobówki w żółwim tempie zjeżdżają na stację, bo na drodze wody przybywa tyle, że tylko ciężarówki mogą spokojnie po niej jechać. Pokaz potęgi sił natury nie trwa na szczęście długo i mogę jechać dalej. W Białymstoku melduję się jedynie przy pałacu Branickich na oględziny odnowionego ogrodu. Tuż przed Augustowem po drugiej stronie drogi widzę na poboczu stojącego motocyklistę. Zawracam by upewnić się czy wszystko z nim w porządku.

Spotkanie na trasie przed Augustowem. Sean z Irlandi podczas okrążania Europy
To Irlandczyk imieniem Sean, który w drodze jest już od wielu tygodni. Wystartował z Irlandii, podróżował przez Skandynawię, kraje nadbałtyckie, Polskę i chciał dalej dotrzeć do Portugalii. Proponuję mu kilka ciekawych miejsc na południu Polski (później odpisał mi, że skorzystał z porad i jest bardzo zadowolony ). Takie spotkania na trasie zawsze pozytywnie mnie nakręcają, rozstajemy się więc w wyśmienitych humorach. Niestety dobry humor nie trwa długo: 5 minut po rozstaniu się z Seanem motocykl zaczyna dziwnie się zachowywać, po chwili ciężko mi utrzymać prawidłowy tor jazdy. Aż takie koleiny? Nie, złapałem na tyle gumę! Szlag by to! Z bagażu wyjmuję  specjalny, wożony  od lat na takie okazje spray do pompowania kół. Wreszcie ma szansę udowodnić swoją przydatność. Powietrze jednak szybko schodzi i w Augustowie muszę dokupić kolejny zestaw. Awaria ta zmienia zasadniczo mój plan zamknięcia pętli. Wcześniej chciałem przez Suwałki, Wiżajny dotrzeć do Gołdapi, jednak z flakiem w kole jest to absolutnie nierealne. Ma się już ku zachodowi słońca, naprawa i tak zabrałaby więc tyle czasu, że pierwotny plan muszę zmodyfikować. Obieram skrót przez Olecko. Super wynalazek do kół w ogóle się nie sprawdził – jadąc z prędkością 40-50 km/h, na dziurawym kole udaje mi się w końcu doczłapać wieczorem do domu. W miejscowości Gryzy zamykam trasę z wynikiem 3 324 km.

 

4 KOMENTARZE

  1. Nie na Bielsk Podlaski, a na Białą Podlaską prowadzi DW 812 z Krasnegostawu przez Chełm i Włodawę. To nie te rejony :)

    PS. Musiałeś jechać obok mojego domu, pozdrawiam! :)

  2. Opis się zgadza, nie pisałem tylko wszystkich numerów dróg, którymi jechałem. Kierowałem się na “19” na Bielsk, 812 końzczy się w Białej Podlaskiej. Pozdrawiam i dziękuję za komentaż. Podlasie jest piekne o tej porze roku!

  3. Wyprawa fajna planowałem coś takiego zrobić ale… zawsze jest jakieś ale, umyka wiele pięknych miejsc i zostaje żal, że po przejechaniu tylu kilometrów tak wiele pięknych miejsc ze względu na brak czasu trzeba sobie zwyczajnie odpuścić a potem no cóż trzeba tam wrócić

  4. To jest chyba dylemat każdego włóczykija. Nigdy nie będzie dość czasu aby zobaczyć wszystko na co ma się ochotę. Ale zgadzam się, że jak coś zaciekawiło bardzo to warto tam wrócić aby nasycić się na… jakiś czas :)

ZOSTAW ODPOWIEDŹ