W tym roku podróże jakoś nie dopisały.  Dość przypadkowo pod koniec sezonu zdecydowałem się na szybkie Bieszczady. To doskonałe miejsce by się wyjeździć wtedy, gdy na odpoczynek na dwóch kołach mamy zaledwie cztery dni. 

Tekst i zdjęcia: Piotr Gierasiński

Tak się złożyło, że obowiązki służbowe zaprowadziły mnie do warsztatu Grześka. Wiem że jeździ on na Trampku, naprawia samochody i zasadniczo tyle. Ja mu tłumaczę, dlaczego nie ma prądu, a on mnie pyta czy jeżdżę jeszcze Viaderkiem. Ano pewnie że jeżdżę, tylko słabo panie w tym roku z podróżami, oj słabo. Tylko Mazury zaliczyłem na początku sezonu i całe lato kicha. Viadro stoi w garażu, a mnie jakby robaki w portkach się zalęgły.

No to może razem gdzieś polecimy?

No dlaczego nie , a kiedy?

W ten weekend to nie, ale może w następny, jak pogoda dopisze?

Uzgodniliśmy, że lecimy w Bieszczady.  Cel jest w zasadzie jeden, w tym mamy pełną zgodność: chcemy polatać jak najwięcej  po bieszczadzkich zawijasach. Raz na sezon pokazać się tam przecież trzeba.

Wymiana telefonów, rączka -rączka i wracamy każdy do swoich zajęć. W czwartek około 13.00 wylatujemy z Radomia. Cel – Cisna. Tam poszukamy noclegu. Trasa mija bardzo przyjemnie. Zatrzymujemy się chyba tylko dwa razy na siusiu, piciu i telefon do żonek. Pogoda w kratkę, słoneczko na zmianę z deszczem, ale banan na gębach – wiadomo – cały czas. Dojeżdżamy gdy dzień się już kończy, więc szybciutko do sklepiku po prowiant i dzwonimy w celu załatwienia jakiejś kwatery. Tu sprawdza się stary i sprawdzony sposób szukania kwater: wizytówka od pani ze spożywczego. Po piętnastu minutach siedzimy już w pokoju z puszkami w rękach i rozpoczynamy wieczorną rozmowę przy gotowanej kiełbasie i zupce chmielowej.

 

W piątek późnym rankiem startujemy w bieszczadzkie zakamarki. Na pierwszy ogień – Przełęcz nad Roztokami, po czym Większa Pętla Bieszczadzka do Ustrzyk Górnych. Po drodze zjeżdżamy jeszcze w kierunku Bacówki w Jaworzcu. Docieramy do miejsc, gdzie kiedyś były wsie Jaworzec i Łuh. Troszkę nogi się robią wiotkie stojąc tam pod starą jabłonią i myśląc o tym co ludzie z tych wiosek przeżyli. Tam też „kilka metrów za okrągłym znakiem drogowym” rozmawiamy z pracownikiem Bieszczadzkiego Parku Narodowego który radzi nam żebyśmy jednak zawracali przy takich znakach „bo szef kazał łapać takich jak wy.

Jaworzec, Łuh

Nieistniejące obecnie wsie na terenie gminy Cisna.  Po II Wojnie Światowej zostały całkowicie wysiedlone i zniszczone. W kwietniu 1945 ukraińscy nacjonaliści z UPA zamordowali w Jaworzcu trzy rodziny cygańskie, które przeżyły tutaj okupację niemiecką.

W Ustrzykach posiłek w postaci placków ziemniaczanych i wciskamy się w prawy dolny róg naszej pięknej ojczyzny przez Muczne i Tarnawę do Bukowca. Początkowo trasa od Stuposian biegnie krętym dziurawym asfaltem przez las, po czym za Tarnawą wyjeżdżamy na łąki, gdzie odsłaniają się piękne widoki na polskie i ukraińskie Bieszczady. Drogi biegną wzdłuż granicy – kto tam nie był niech żałuje, jest tam naprawdę pięknie. W drodze powrotnej zatrzymujemy się przy przydrożnych kapliczkach i kotłach do wypalania węgla drzewnego. Wracamy na Wielką Pętle Bieszczadzką i przedzierając się przez gęstą mglę docieramy do Krościenka. Pamiątkowa fotka na przejściu granicznym – i dalej zagłębiamy się w bieszczadzkie zakamarki. Dojeżdżamy do Zatoki Teleśnickiej i fajnymi serpentynami w bardzo gęstej mgle i po dziurawym asfalcie do ośrodka wojskowego Jawor. Mamy nadzieję zobaczyć jezioro, niestety widzimy tylko stalową bramę z białym orłem. A więc odwrót – i najkrótszą drogą przez Polańczyk i Terkę lecimy na kwaterę.

W sobotę do południa czekamy aż przestanie padać, po czym około godziny pierwszej startujemy do Baligrodu, gdzie odbijamy na Wołkowyje. Miały być przeprawy przez brody rzeczne, okazało się jednak, że brody zostały już wybetonowane, a między nimi zalega glina po pachy. Mimo wszystko jest  fajnie.

Potem w Polańczyku punkt widokowy, zapora w Solinie (takie bieszczadzkie Krupówki, mało fajnie), zapora w Myczkowcach i objazd Małej Pętli Bieszczadzkiej z wizytą na parkingu widokowym nad Lutowiskami. Z mostu w Rajskim oglądamy dno Sanu, bo wody w nim jak na lekarstwo oraz ślady niedźwiadka na piasku. W Terce wciągamy po przepysznym pstrągu i wracamy do Cisnej. Kolacja w „Łemkowskiej”, piwko w „Siekierezadzie” i spać. W niedzielę przez Komańczę, Rzepedź i Bukowsko do domu. Automapa pokazuje takie cuda, że gdybym jej słuchał pewnie jeszcze by mnie w domu nie było. Trasa zasadniczo taka sama jak dojazd, tylko deszcz nie pada i oczy tęsknie patrzą w przeciwnym kierunku.

2 KOMENTARZE

  1. Bieszczady zrobiliśmy naszym GS 500 f dwa lata temu, było może to 5% tego co można zjeździć. Rezerwować dwa tygodnie, piękne widoki, serpentyny, wspaniali ludzie. Polecam i trza wrócić w 2013 ;) takie noworoczne życzenie…

  2. Ja też mam takie noworoczne życzenie :) zrobię sobie późną wiosną wycieczkę w Bieszczady :) a właściwie trasę Kraków – Zakopane – wzdłuż granicy – Bieszczady (2-3 dni) – Hrebenne – Tarnobrzeg – Kraków

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here